Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

CZERWIEC 2007, NUMER 625

Strona główna


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 



SPOŁECZEŃSTWO NIEOBOJĘTNYCH



Pracuję w szkole integracyjnej

MARIA TUCHOWSKA

Tytułem wstępu

Pracuję w Gimnazjum z Oddziałami Integracyjnymi im. ks. Józefa Tischnera w Woli od początku jego istnienia, czyli od 1999 roku. W związku z niżem demograficznym liczba jego uczniów zmalała: od około pięciuset w roku 2002 (pierwsi absolwenci) do około trzystu obecnie. Zmieniła się także liczba oddziałów integracyjnych, która co roku uzależniona jest od tego, ile dzieci zakwalifikowanych zostaje przez poradnię psychologiczno- pedagogiczną do nauczania w takich klasach. Aktualnie mamy dwudziestu trzech uczniów w pięciu klasach – zgodnie z przepisami w jednym oddziale może być pięcioro dzieci z orzeczeniami, a klasa nie może przekraczać dwudziestu uczniów. Na lekcjach – poza przedmiotami artystycznymi, wychowaniem fizycznym i religią – pomaga dzieciom o swoistych potrzebach edukacyjnych nauczyciel specjalista.

Bardzo trudno pisać o pracy w takich klasach, ponieważ nie jest możliwe żadne uogólnienie. Z każdym uczniem trzeba pracować inaczej, tak aby metody pracy odpowiadały potrzebom dziecka. Dla każdego z nich wychowawca przygotowuje indywidualny program pracy uwzględniający specyficzne uwarunkowania i to wychowawca stale monitoruje adekwatność tego programu i stopień jego realizacji. Taki system wymaga bardzo ścisłej współpracy całego zespołu uczącego w danej klasie.

Codzienność

K a s i a i A g n i e s z k a. Siostry, trzecio- i pierwszoklasistka, dotknięte ataksją Friedricha, chorobą atakującą mięśnie, która w coraz większym stopniu uniemożliwia samodzielne poruszanie się, a nawet utrzymanie długopisu.

Praca dziewczynek włożona na przykład w prowadzenie zeszytu jest niewspółmiernie wielka do normalnego wysiłku dziecka. Starsza z dziewczynek potrzebuje pomocy w poruszaniu, sama nie jest w stanie się przemieszczać. Młodsza z sióstr ma problemy, ale porusza się sama, choć dla jej bezpieczeństwa konieczna jest asekuracja – szczególnie na schodach. (Budynek naszej szkoły ma wiele barier architektonicznych, nie był budowany z myślą o szkole integracyjnej).

Kasia jest moją uczennicą od dwóch lat. Uczę religii, więc na lekcjach nie ma nauczyciela wspomagającego. W klasie jest jeszcze czworo dzieci, które potrzebują indywidualnej pomocy czy też innych metod pracy. Ambitna dziewczynka stara się sama prowadzić notatki – choć potrzebuje dużo więcej czasu. Jeśli jest więcej treści do zapisania, przygotowuję dla niej gotowe wydruki, które ma tylko wkleić do zeszytu, albo piszę sama, równocześnie prowadząc pogadankę z klasą. Wymagania programowe wobec Kasi są ograniczone do poziomu podstawowego, jednak dziewczynka często sama wychodzi ponad ten poziom, na przykład przygotowując się do prac sprawdzających, odpowiada na pytania z poziomu ponadpodstawowego i rozszerzonego. Nie odzywa się zbyt wiele, ale zapytana, odpowiada poprawną polszczyzną, ładnie buduje zdania. Bardzo chce się uczyć. Zapytana, czy chciałaby uczyć się w domu, skoro chodzenie wiąże się w ogromnym wysiłkiem fizycznym, odpowiada zdecydowanie: „Nie! Chcę chodzić do szkoły, być codziennie wśród ludzi. Nauczyciele mi pomagają, szkoda że nie uczniowie. Pewnie się boją, że mogą mi zrobić krzywdę. Ale mam koleżanki i kolegów. Chcę chodzić do szkoły”…

K r y s t i a n. Drugoklasista, który kilka lat temu uległ ciężkiemu wypadkowi samochodowemu – liczne złamania, stłuczony mózg. Kolejne lata to pobyt w szpitalu, operacje, rehabilitacja, walka o każdy dzień i każdy ruch. Trzy lata trwało nauczanie indywidualne w domu. Do szkoły zaglądał bardziej z wizytą – po to, by mieć kontakt z rówieśnikami. Potem przyszedł do gimnazjum. Nie może pisać (niesprawne ręce nie potrafią utrzymać długopisu), porusza się samodzielnie, choć nie tak sprawnie jak inni (nawet ćwiczy na zajęciach wf – choć pod opieką nauczyciela wspomagającego). Mówi wolno, niezbyt wyraźnie, trzeba dobrze słuchać, aby zrozumieć. Zapytany czy chciałby wrócić do nauczania w domu, reaguje całym ciałem: „Nie! Absolutnie! W szkole jest fajnie, mam kolegów, koleżanki, czuję się bezpiecznie, są dobrzy nauczyciele”. Bystry, łatwo kojarzy fakty, bardzo aktywny na lekcjach, często się zgłasza. I mimo że uczę w tej klasie drugi rok, ciągle z podziwem patrzę na grupę, która – łącznie z chłopcami nadpobudliwymi psychoruchowo – cierpliwie słucha Krystiana, pozwalając mu wypowiedzieć się do końca.

Zwykły chłopak, czasem łobuzuje. Ogląda się za dziewczynami, pracuje albo leniuchuje – normalnie. Wie, że jest akceptowany, że może się uczyć tak jak inni.

M i c h a ł. Zespół nadpobudliwości psychoruchowej, czyli ADHD. Mamy w szkole dwunastu uczniów z takim orzeczeniem. Dziecko z zaburzeniami koncentracji nie jest w stanie zrozumieć dłuższego polecenia, skupić się na pogadance, wykładzie. Potrzebuje ruchu, krótkich poleceń, kontrolowania wykonania zadania. Takie dzieci łatwo bywają przyczyną konfliktów, ciągle powtarzają te same błędy, nie potrafią wyciągnąć wniosków z sytuacji. Często karane, posądzane o udział w każdej szkolnej „aferze”.

Mama Michała, która przeżyła wiele takich sytuacji, nieustannie wzywana do szkoły z powodu „złego zachowania syna”, bardzo obawiała się gimnazjum. Co to będzie? Przecież syn jest coraz starszy, wyniki w nauce słabe, nie chce chodzić do szkoły, ona w straszliwym stresie przed każdym dniem.

Po pierwszym semestrze w klasie integracyjnej okazało się, że w szkole była tylko na zebraniach rodziców i wtedy, gdy sama chciała dowiedzieć się o wyniki syna. Michał poprawił znacznie oceny, do szkoły chodzi z przyjemnością, ma kolegów i koleżanki, wychowawca go chwali za zaangażowanie. Jest spokojniejszy, mimo wejścia w etap dojrzewania i wszystkich związanych z tym okresem problemów.

Wychowawczyni chłopca, zapytana, czy wzywała rodziców do szkoły, zareagowała zdziwieniem: „Po co? Przecież Michał wymaga po prostu innej pracy. Po co mam wzywać rodziców? Ja jestem specjalistą, ja mam wiedzieć, jak go wyciszyć, gdy jest pobudzony, zachęcić do dokończenia pracy, pomóc w zrozumieniu polecenia, sprawdzić poprawność wykonania, wyjaśnić niestosowność zachowania, gdy jest taka potrzeba. I robię to. A rodzicom należy się rzetelna informacja. Ale żeby ich ciągle wzywać? Po co?”.

K r z y s z t o f. Chłopiec, u którego ADHD zdiagnozowano bardzo późno, zbyt późno. Na problemy nadpobudliwości nałożyły się te, które zdążyły się już przekształcić w nerwicę, i te związane z wiekiem dorastania. Dzisiaj ma tak zaburzoną psychikę, że wymaga leczenia farmakologicznego i specjalnej terapii. Ma poczucie odrzucenia przez dorosłych, szuka akceptacji w grupach rówieśniczych, unika nauki, pracy – bo po co? „Przecież to nic nie zmieni. Wszystko jest bez sensu”. Mimo całej naszej uwagi, opieki, bardzo boimy się o niego.

M a c i e k. Chłopiec upośledzony umysłowo w stopniu lekkim. Niektórzy uważają, że miejsce takich dzieci jest w szkole specjalnej. Myślę, że powinni oni zobaczyć, z jakim zaangażowaniem potrafi pracować, jak bardzo wytęża siły, aby dorównać rówieśnikom. Jest akceptowany przez kolegów, a to, że pracuje trochę inaczej, ma inne wymagania, nie wpływa w żaden sposób na jego pozycję w klasie. Potrzebuje pomocy, to jasne, ale potrafi też za tę pomoc odwdzięczyć się naprawdę wielką pracą.

B a s i a , M i c h a ł , M a r i o l a. Dzieci z dużym niedosłuchem. Pracują niemal na równi z innymi. Potrzeba im trochę wolniej wymawianego polecenia, patrzenia w ich stronę, żeby łatwiej im było zrozumieć, koncentrując się na ustach mówiącego. Obdarzone wieloma talentami. Pięknie rysują, a jedna z dziewczynek śpiewała nawet (naprawdę dobrze!) w szkolnym chórze.

Próba uogólnienia

Tytułem podsumowania spróbuję jednak uogólnić. W powszechnym przekonaniu osób, które nie stykają się na co dzień ze szkołami integracyjnymi, uczniowie w tych szkołach to dzieci na wózkach, niewidome, niesłyszące, kalekie. Oczywiście, takie też są. Każde z nich potrzebuje jakiejś indywidualizacji nauczania, najczęściej w zakresie metod pracy, nawet nie programu.

Jednak coraz liczniejszą grupę uczniów o specjalnych potrzebach edukacyjnych stanowią dzieci z ADHD. Kiedy słyszę publicznie wygłaszane opinie, że taka diagnoza jest tylko przykrywką do pobłażania młodocianym bandytom, ich autorom życzę refleksji: czy gdyby problem dotyczył ich bliskich, również chcieliby, by tak ich traktowano? Praca z tymi dziećmi jest szalenie trudna, wymaga ogromnej cierpliwości i wiedzy. Kiedy czasem czuję ogarniającą mnie irytację – jestem przecież tylko człowiekiem, mam lepsze i gorsze dni – przypominam sobie słowa psychologa, który nas, nauczycieli, szkolił w zakresie sposobów pracy z takimi dziećmi: „Kiedy będziesz już tak zmęczona stałym powtarzaniem tych samych poleceń, koncentracją nad upilnowaniem takiego dziecka, znużona sprawdzaniem oczywistych rzeczy, że zaczniesz tracić cierpliwość i ogarnie cię poczucie zniechęcenia, to pomyśl, że ty masz to dziecko tylko przez kilka godzin w tygodniu, a rodzice – cały czas. To samo przypomnij sobie, zanim wezwiesz tych rodziców w związku z zachowaniem ich dziecka”. A kiedy jeszcze podczas przerwy widzę Kasię, która z mozołem pokonuje schody w asyście nauczyciela, a za nią cierpliwie czeka na możliwość przejścia kilku naszych nadpobudliwych uczniów, to cała irytacja mija i myślę sobie, że to jest piękne. I dla takich chwil warto być nauczycielem.

Wszelkie podziały na „lepszych” i „gorszych” uczniów są złem same w sobie, bo naznaczają człowieka. A to budzi mój sprzeciw. Społeczeństwo składające się tylko z poukładanych, grzecznych dzieci, z których wyrosną zdyscyplinowani, o bardzo wysokim ilorazie inteligencji obywatele, to utopia. W społeczeństwie musi być miejsce dla wszystkich. Każdy człowiek ma prawo do realizowania swojego modelu szczęścia – jedynym ograniczeniem powinna pozostać wolność drugiego człowieka, której naruszać nie wolno.

Pozostaje trzecia grupa dzieci, która ma specjalne potrzeby edukacyjne, jednak bardzo często nie wynikają one z żadnego schorzenia, które uzasadniałoby umieszczenie takiego dziecka w klasie integracyjnej. Są to dzieci pochodzące z rodzin w różnym stopniu patologicznych. Dzieci, które trafiają do gimnazjum z doświadczeniem świata opartym na tym, co zobaczą w telewizji i w domu, gdzie alkohol, agresja, przeraźliwa bieda i brak jakichkolwiek wartości stanowią o codzienności. Szkoła przyjmuje wtedy na siebie wiele obowiązków rodziców (obiady z opieki społecznej, wypożyczanie podręczników, ubrania i przybory organizowane przez nauczycieli, wycieczki szkolne opłacane często z kieszeni wychowawców), za co nie otrzymuje nic w zamian. Wyniesione z domu przekonanie o braku perspektyw powoduje, że takie dzieci nie chcą się uczyć, lekceważą wszelkie formy pomocy (bo czują się poniżane, mimo że przecież nie udziela się im jej publicznie), reagują agresją na próby zaszczepienia jakichkolwiek norm. Te dzieci nie są chore w sensie fizycznym czy psychicznym, ale zdecydowanie są chore w sensie społecznym. Jeśli szkoły nie będą mogły im pomóc, będzie rosnąć grupa młodych ludzi pozbawionych możliwości osiągnięcia jakiejś stabilności społecznej, poczucia odpowiedzialności za siebie i rodzinę.

Z moich obserwacji wynika jednak, że o ile gimnazja – tak jak szkoła, w której pracuję – starają się jeszcze takim dzieciom pomóc, o tyle szkoły ponadgimnazjalne zbyt często załatwiają sprawę krótko: „Albo się uczysz, respektujesz regulamin, albo cię wyrzucamy”. Dla szkoły problem się wtedy kończy, dla społeczeństwa narasta jeszcze większy. Bardzo krytycznie oceniam pomysł tworzenia ośrodków dla „niegrzecznych” uczniów. Uważam, że ogromnym błędem jest umieszczanie takich dzieci w placówkach wychowawczych (chyba że stanowią naprawdę zagrożenie dla innych), izolowanie ich od „normalnych” (czytaj: „rozumiejących normy”) rówieśników, ponieważ pozbawia się je ostatniej możliwości zrozumienia i zaakceptowania innych wzorców postępowania niż te, które wyniosły z domu czy środowiska. W takim wypadku stan niedostosowania społecznego będzie się pogłębiał zamiast się zmniejszać.

To samo zjawisko dotyczy pozostałych dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Szkoły ponadgimnazjalne niezbyt chętnie przyjmują uczniów, którym trzeba pomagać, a efekty ich edukacji są raczej wychowawcze niż przeliczalne na wynik egzaminu maturalnego lub innego rodzaju sukcesu. A to także nie jest takie oczywiste, bo wysokie średnie wyniki egzaminów końcowych w mojej szkole, która przyjmuje dzieci chore i upośledzone umysłowo w stopniu lekkim, przeczą takiemu prostemu rozumowaniu. To, co w naszej pracy najtrudniej zaakceptować, to fakt, że nasz trzyletni wysiłek zostaje często zmarnotrawiony, bo nie ma chętnych do kontynuowania naszych działań. Dla dzieci chorych, pozbawionych wielu możliwości rozwoju, codzienna obecność w szkole, wśród rówieśników i życzliwie nastawionych nauczycieli, często jest całym życiem. Z powodu swojej niepełnosprawności fizycznej lub intelektualnej skazane są na pogodzenie się z wieloma ograniczeniami. Ale to nie może w żaden sposób naznaczać ich jako gorszych, mniej lub całkiem nieważnych. To często wspaniali ludzie, pełni ciepła, empatyczni, serdeczni, życzliwi. Potrzebują tylko uwagi, pomocy, często nawet niezbyt wielkiej, aby mogli w pełni rozkwitnąć.

Szkoły integracyjne mają wielu zwolenników, ale jeszcze więcej przeciwników. Najbardziej boli, gdy istnienie takich szkół jest podawane w wątpliwość ze względu na koszty lub też przelicza się efekty pracy na punkty zdobyte przez te dzieci na egzaminie. To okrutne, bezmyślne i nieludzkie. Pomija się cały zakres korzyści społecznych, jakie niosą te szkoły. Przecież oprócz dzieci chorych uczęszcza do nich zdecydowana większość dzieci zdrowych, rozwijających się w miarę harmonijnie. Kontakt z dziećmi o innych potrzebach niż ich własne uczy tolerancji, wrażliwości, poszanowania godności i inności drugiego człowieka, a są to cechy konieczne dla tych, którzy mają być świadomymi członkami społeczeństwa. Integrację w szkołach trzeba pielęgnować i wspierać działania nauczycieli. Konieczne są mądre rozporządzenia, umożliwiające indywidualizację nauczania, a także rozsądne decyzje władz samorządowych, świadomych korzyści, jakie daje taka szkoła. A nauczycielom potrzebne jest zaufanie do ich kompetencji zawodowych i związane z tym docenianie ich rzetelnej, efektywnej i bardzo trudnej pracy. My wiemy, że integracja jest trudna, ale warto o nią walczyć. I walczymy.

Imiona dzieci zostały zmienione.

Zamów numer

MARIA TUCHOWSKA, nauczyciel w Gimnazjum z Oddziałami Integracyjnymi im. ks. Józefa Tischnera w Woli (powiat pszczyński), wiceprezes Stowarzyszenia „Drogami Tischnera” łączącego szkoły, którym patronuje ksiądz Józef Tischner.

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK

 

 

 


E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.