70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W poszukiwaniu Zeitgeistu

Lekturę tej godnej podziwu książki rozpocząłem od końca, mianowicie od tablicy chronologicznej przyklejonej do tylnej okładki. Znikła iluzja sekwencji teorii; tego, że pierwsze są te omówione na początku, a ostatnie znajdują się na końcu tomu.

Wprawdzie badania kulturowe bądź pragmatyzm to sprawy rozkwitłe pod koniec XX wieku i wzrastające po dziś dzień, jednak tablica wskazuje początki pragmatyzmu sięgające 1907 roku (Pragmatyzm Jamesa), a początki badań kulturowych umieszcza w roku 1922 (Historia i świadomość klasowa Lukácsa). Tablica pozwala także wyodrębnić zjawiska najnowsze: dekonstrukcja, badania genderowe czy dwudziestowieczny historyzm rozwinęły się już w drugiej połowie lat sześćdziesiątych i później. Na tablicy widać równoległy rozwój niektórych nurtów i postaw badawczych. Fenomenologię (Badania logiczne ukazują się w 1901) flankuje z jednej formalizm rosyjski (Wskrzeszenie Słowa Szkłowskiego z 1914) i strukturalizm (Kurs językoznawstwa ogólnego de Saussure’a z 1916), obok rozkwita psychoanaliza (Freud wydał Objaśnienie marzeń sennych w roku 1900). Tablica unaocznia także powiązania teorii, oraz ich swoiste genealogie.

Poprzez podręcznik można zobaczyć wyłaniający się niezbyt jeszcze wyraźny Zeitgeist wieku XX. Pierwsze dziesięciolecia oglądają przełom antypozytywistyczny. To filozofia Bergsona, fenomenologia, psychoanaliza, hermeneutyka, Heidegger… Te filozofie promieniują – oświetlają teorię literatury a i samą literaturę (przypomnę powinowactwo Bergsona i Prousta…). Odejście od pozytywizmu oznacza zniechęcenie sceptycyzmem i poszukiwanie niewzruszonych podstaw poznania. Dziesięciolecia te jednak oglądają także filozofię niepozytywistyczną i takież teorie literatury, no bo odejście od pozytywizmu, ów „przełom” nie jest całkowity. Powstaje przecież Koło Wiedeńskie, a jego neopozytywizm logiczny trwa niemal cały wiek dwudziesty, bo przenika do anglosaskiej filozofii analitycznej, która z kolei inspiruje teorię literatury. Wokół neopozytywizmu krąży też jakże wpływowy Wittgenstein… Czytając Teorie…, widziałem kolejne podważanie wzorów racjonalności i instaurowanie nowych; śledziłem związek tych przemian z filozofią i estetyką; związek, na który autorzy zwracają baczną uwagę – należy im się za to pochwała.

Myśl autorów biegnie wieloma torami.

Referując kolejne stanowiska teorii literatury, unaocznia rozwój pojmowania języka od esencjalnego i strukturalnego w pierwszej połowie wieku po radykalnie pragmatyczne. Czy to ewolucja czy tylko przemiany pojmowania znaku językowego? Jeśli ewolucja, to jaki ma kierunek? Czy też jest bez kierunku? Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie, której nie znam, główną linią, złotą nicią książki jest pokazanie tego, jak w wieku dwudziestym widziano, pojmowano język i sens w związku z literaturą. Książka pokazuje ewolucję tego pojmowania poczynając od Badań logicznych Husserla, w których zdania prawdziwe mają sens idealny, a konkretna wypowiedź sięga niejako do tego idealnego skarbca. Badania logiczne wpłynęły na teorię literatury Romana Ingardena, w której – co książka chyba za słabo podkreśla – dla teorii literatury nie tyle ważna jest ontologia i sposób istnienia literackiego dzieła, ile wskazanie, że wyróżnikiem literackiego dzieła sztuki, jest jego wartość artystyczna. Wedle Ingardena usunięcie aksjologii paraliżuje mowę o sztuce, w szczególności o literaturze. Interesujące też jest pojmowanie przez Ingardena estetycznego przeżywania literatury, które to pojmowanie okazuje się zadziwiająco aktualne. Ponadto literackość, o której w książce mówi się jako o tym co wedle niektórych szkół czy teorii wyróżnia szeroko pojęty tekst artystyczny, jest jakością wartościową w Ingardenowym sensie, pytanie tylko, czy formalną czy materialną. Jak dla Husserla, tak dla badaczy pierwszej połowy wieku sens – tak czy inaczej pojęty sens – jest, istnieje i należy go odkryć. Tak myślą formaliści, wartość dzieła wiążąc tylko z jego formą. Forma jest dla nich treścią dzieła. Formalizm wyłoni z siebie strukturalizm, który poszukując arche języka, wskazuje fonem i grę opozycji binarnych – uznaje zatem priorytet formy jako struktury, co tkwiło in nuce u formalistów, z tym, że radykalny strukturalizm nie interesuje się już referencyjnością języka, jego sensowności upatrując wyłącznie wewnątrz systemu, wewnątrz struktury, która dyryguje każdą indywidualną wypowiedzią. Uznaje też prymat struktury. Ostatecznie strukturalizm powie: jesteśmy mówieni. Również dla hermeneutyki sens jest obecny, jednak należy doń dotrzeć poprzez tekst, przy pomocy odpowiednich zabiegów. Książka naturalnie nie pomija różnicy między heremeneutyką jako metodą analizy tekstu a hermeneutyczną filozofią Heideggera, Gadamera czy później Ricoeura i pokazuje, jaki te techniki i filozofie miały wpływ na pojmowanie literatury.

Druga połowa wieku ogląda przełom poststrukturalistyczny szeroko w książce omówiony. Jak wiadomo, strukturalizm zmierza ku swemu post, ono w strukturalizmie tkwi, tyle że ujawnia się dopiero w drugiej połowie wieku, a książka oddaje mu sprawiedliwość wnikliwym omówieniem dekonstrukcji Derridy oraz neopragmatyzmu. Daje także zajmującą prezentacją burzliwie rozwijających się pod koniec wieku feministycznych teorii literatury oraz tych, które zwą się po angielsku gender i queer. Badania genderowe (tak Burzyńska spolszcza termin) różnią się od feministycznych tym, że interesuje je płeć społeczno-kulturowa, a nie tylko specyficzne „doświadczenie kobiece”. Te pierwsze zajmują się zatem tak kobiecą, jak i męską teorią literatury. Przy czym kobiecość i męskość to akcydensy, i to akcydensy relacjonalne. To tak jakby praczłowiek był hermafrodytą, a jako mężczyzna określałby się dopiero w obliczu Ewy; i przeciwnie – Ewa definiowałaby się jako kobieta dopiero wobec Adama. Adam narzuca kobiecość Ewie, Ewa męskość Adamowi („bądźżesz wreszcie mężczyzną!”). Gender to wynik zabiegów kultury, gwałtu zadanego człowiekowi przez kulturę. W gender brak jakiejkolwiek konieczności, nie mniej raz narzucony bywa opresywny. Queer to wypisanie na sztandarze tego, co było obelgą. Jesteśmy zboczeni, owszem, ale to dobrze, bardzo dobrze! Dewianci – mamy swoją literaturę, mamy Platona, Safonę, Wilde’a, Prousta… także swoją teorię literatury. I coś w tym jest…

W książce nie zabrakło miejsca na znakomitą prezentację neopragmatyzmu, historyzmu czy zaczynających grać pierwsze skrzypce badań kulturowych oraz postkolonialnych.

Ewolucja pojmowania języka opisana w podręczniku przebiega zasadniczo podobnie do ewolucji teorii logicznej u Husserla, który w Logice formalnej i transcendentalnej uznał, że transcendentalne uzasadnienie logiki prawdy musi sięgnąć do transcendentalnej analizy i krytyki doświadczenia.

Dotychczasowa logika przyjmowała „byt sam w sobie” oraz „prawdy same w sobie”, logika nowa zarzuca ten pogląd, rozszerzając zagadnienie transcendentalne na dziedzinę tworów logicznych, a także na samą logikę. Jednocześnie odchodzi Husserl od absolutności kartezjańskiego, transcendentalnego ego na rzecz wielości podmiotów, które wchodzą ze sobą w relacje opisywane przez fenomenologię intersubiektywności. Ta właśnie problem intersubiektywności, palący dla późnego Husserla, zainspirował, jak wiadomo, filozofię dialogu, a potem filozofię dramatu – u nas rozwijaną przez Józefa Tischnera: wszystko to nie jest bez związku z literaturą, bo teoria literatury rozwija się analogicznie – stopniowo porzuca absolutyzm dzieła na rzecz swoistego relatywizmu twórczości i odbioru.

Wiąże się to z krytyką metafizyki, która dla niejednego badacza jest źródłem wszelkiego zła, nadużycia władzy, opresji kobiet, nadzorowania i karania… Jaka metafizyka? Metafizyka, którą wykładał w Uniwersytecie Jagiellońskim Władysław Stróżowski, bliższa jest metafizyce wydarzenia, bo i tak – jako metafizykę wydarzenia – można odczytać dekonstruktywizm Derridy. Metafizyka Stróżewskiego jest pluralistyczna.

Warto przyjrzeć się bliżej temu, jak książka referuje niektóre stanowiska, bo o wszystkich nie sposób tu pisać, wówczas obok książki Markowskiego i Burzyńskiej trzeba by napisać książkę nową.
Najpierw strukturalizm. Strukturalizm to esencjalizm, system relacyjny, w którym arche, principium jest atom języka. Poszukiwania analogiczne podjęła fenomenologia, pytając o jakości proste i jakości czyste, idealne. System możliwy jest dzięki składowi, relacjom wiążącym elementy systemu i ich zależnościom funkcjonalnym. Co jest pierwotne – element czy relacja, funkcja?

Struktura, byłabyż ona zestrojem wartości?

Niejakie światło na strukturalizm w teorii literatury rzuca strukturalizm w teorii barwy, prawa kontrastu interpretowane jako opozycje binarne i jako analogie czyli pokrewieństwa. Wyłania się tu także interesujący problem genealogiczny: w jakiej mierze kubizm wpłynął na teorię literatury? Kubizm, jak wiadomo, rozmnożył obserwatora, uruchamiając oko malarza. Przedmiot konstytuuje się w kubistycznym obrazie w szeregu spojrzeń zasadniczo nieskończonym, a ograniczonym jedynie przez możliwości realizacyjne malarstwa. Słusznie Lyotard wskazał wzniosłość jako naczelną wartość tej sztuki. Obraz kubistyczny nie zna „przedmiotu w sobie”. Przedmiot ma wiele oblicz powiązanych zawsze z okiem, ruchomym okiem artysty. Obraz kubistyczny ukazuje „konflikt wyglądów”, z których żaden nie jest wyróżniony, aczkolwiek ich hierarchizacja nie znika.

W Powieści zapowiada kubizm Proust w Poszukiwaniu…, w pełni realizuje Joyce w Ulissesie.
Książka porusza doniosły problem poetyki, zatem jakichś reguł tworzenia sztuki, pytał o poetykę literacką Todorov, ja pamiętałem czytając o poetyce muzycznej Strawińskiego, malarskiej Kandinskiego, Ittena, Albersa (s. 220). Zestawiałem poszukiwanie uniwersalnej gramatyki literatury z poszukiwaniem uniwersalnej gramatyki malarstwa.

Powiedziałbym, że książka omawia także odpowiedzi dawane w wieku XX na sformułowane przez Erazma Kuźmę w „Nowej Krytyce” pytania stawiane przez dwudziestowieczną estetykę:
Czy dzieło staje się poprzez harmonię zespolonych elementów, czy też staje się ono poprzez napięcia między nimi?
Czy dzieło podkreśla własną tożsamość, odgraniczając się od dzieł z innych dyscyplin sztuki, czy odwrotnie, dąży do syntezy z nimi?
Czy dzieło sztuki, dzieło literackie wyraźnie odcina się od nie-sztuki, czy też zaciera tę granicę?

Ewolucję dwudziestowiecznej teorii literatury książka przedstawia także jako odchodzenie od usiłowania budowy teorii czystej, analogicznej do czystej fenomenologii, czystej nauki o języku, czystej logiki, czy – w sferze sztuki – czystej plastyki. Jak pisze Erazm Kuźma: „Odchodzenie od Heglowskiej opozycji tożsamość-sprzeczność do nieopozycyjnej postmodernistycznej pary: różnica-powtórzenie, która z kolei zrodziła filozofię różnicy, ta zaś – problem granicy”. Odejście to pociągnęło za sobą uwzględnienie przypadków teorii nie całkiem „czystych”, a nawet „brudnych”.

Piszę tę recenzję z mojego własnego kąta malarza. Malarz recenzuje teorie literatury? Kto mu na to pozwala? Redakcja „Znaku”. Co mu na to pozwala? Może owo odejście od czystości… Może także przekonanie malarza Pawła Taranczewskiego o analogii rządzącej Zeitgeistem. O tym, że sztuki ze sobą korespondują, jakoś do siebie odsyłają, że Święto wiosny Strawińskiego powstało z tego samego ducha co malarstwo Matisse’a, a Ulisses Joyce’a z tegoż ducha co obrazy kubistyczne Picassa czy Braque’a…
Książka jest sekwencją odsłaniającą rozwój teorii literatury po innych jeszcze krętych liniach. Oplata się wokół rozumienia dzieła sztuki i dzieła sztuki literackiej, odróżnienia go od piśmiennictwa, krąży wokół pytania – czy takie odróżnienie jest w ogóle możliwe? Krąży też książka wokół dwudziestowiecznych teorii lektora i lektury, rozumienia dzieła i jego wykładni, zajmuje się kluczowym dla teorii literatury pojmowaniem języka, wiedząc, że od tego, jak pojmiemy wszystkie warstwy czy momenty języka (sens, znaczenie!), zależy waga literatury i jej rola w kulturze. Dzięki temu, owym wątkom przewodnim, książka jest jednością, a nie tylko dzięki tematowi i temu, że okres, którym się zajmuje, już został zamknięty.
Ponadto książka unaocznia – jakby mimochodem – międzyteoryjne krążenie pytań, pomysłów, koncepcji; omawiane teorie to manifestacje Zeitgeistu wieku XX. Widać to już dość dobrze. Nie tak dawno nikt by nawet nie próbował zestawiać pisarstwa Zoli z dramatami muzycznymi Wagnera, dziś Bogdan Pociej widzi związki, o czym pisze w swej książce o Wagnerze. Podobnie ma się sprawa z Zeitgeistem XX wieku, filiacje i przepływ idei między odległymi, jak się zdawało, zjawiskami widoczne są coraz lepiej.

Książka to także historia teorii sztuki wieku XX widziana poprzez teorię literatury. Podziw budzi wszechstronna i głęboka erudycja autorów, co dziś rzadkie: umiejętność streszczenia i porównania heterogenicznych i idiogenicznych teorii oraz odróżnienie jednych od drugich. Nie umiem powiedzieć, czy trafnie streścili zebrane w tomie teorie, to niemożliwe, musiałbym się znać na wszystkim. Czytając, byłem jednak głęboko przekonany, że tak. Ponadto Michał Paweł Markowski chyba lubi hermeneutykę i Derridę, a duch jego między nimi rozpięty – widać to ze sposobu referowania: z sympatią, bo o innych pisze z niepokojem, obojętnie, a czasem niechętnie. Podręcznik mówi więc coś o upodobaniach jego autorów.

Chwalić trzeba konstrukcję całości, zestawienia bibliografii, wspomnianą tablicę chronologiczną, także „słownik” w „kapsułkach” czy „okienkach”, który wplata się w główny nurt wywodu.
Autorzy pokazują, że teorie literatury wiążą się z filozofiami. Typ związku ustalmy jako pokrewieństwo wewnątrz Zeitgeistu. Bo, że nie jest to pochodność – wiadomo, czy zależność, zawisłość?
Do podręcznika dodali autorzy antologię! Antologię można krytykować jedynie ze swego własnego punktu widzenia. Ktoś może mieć pretensje o to, że zamieszczono teksty jego zdaniem nieistotne lub że nie zamieszczono tekstów – także jego zdaniem – istotnych dla badanego okresu. Na szczęście nie jestem teoretykiem literatury, a moje ogólne (ogólnikowe?) wykształcenie humanistyczne pozwala mi podziwiać i trud (heraklesowy!) wyboru, i jego efekty.

Chowałem się na formalizmie w malarstwie, dotknął mnie totalitaryzm i paternalizm abstrakcji, totalitaryzm i paternalizm galerii, jestem z wami, M&B! Ale… Mam pytania, pytania ignoranta – niektóre skierowane do autorów, większość do omawianych teorii.

Czy ostatecznie książka mówi, co to takiego literatura? Ogólniej: co to takiego sztuka? Czy nie trzeba ostatecznie założyć aksjologicznego wyróżnika, któremu autorzy, jak się zdaje, są niezbyt życzliwi? Może jest tym wyróżnikiem forma znacząca resp. forma symboliczna? Czy można zatem bez aksjologii określić uniwersalną istotę literatury? Literackość wygląda mi na jakość wartościową taką, która każdą inną jakość czy wartość zmienia na swoistą dla literatury. Na przykład groza literacka dzięki niej różni się od grozy teatralnej czy malarskiej… a dalej: groza utworu pisarza X różni się od grozy utworu pisarza Y. Wszystkie one zaś różnią się od grozy prawdziwej. Co stanowi principium individuationis?

Na jakiej podstawie pewne teksty czy teorie są wyróżnione jako teorie literatury? Innymi słowy: co sprawia, że pewne wypowiedzi autorzy uznają za teorię literatury i w książce omawiają, a inne pomijają, uznając za bełkot? Co decyduje o naukowości tekstu?

Jak to jest z tym kartezjanizmem i antykartezjanizmem? Kartezjański podmiot zachowuje dystans wobec przedmiotu, dystans ten zresztą pojawia się już w chwili wypowiedzenia słowa „przedmiot”, który zawsze jest dla jakiegoś podmiotu. Dla teoretyków pierwszej połowy wieku literatura była przedmiotem badania. Druga połowa poddała krytyce podmiot kartezjański i starała się zmienić dystans do przedmiotu w uczestnictwo, możliwe także dzięki ciału. Na dzieło sztuki nie tyle patrzymy, ile w nim uczestniczymy. Zresztą już w pierwszej połowie wieku uczestnictwa szukał Antonin Artaud czy surrealiści (z którymi był on częściowo związany). Czy zatem uczestniczenie w dziele wyklucza stawianie mu pytań esencjalnych?
Czy pluralizm to z konieczności skrajny indywidualizm?

Jaką formę niweczy dekonstrukcja? Czy wydarzenie nie ma formy? Czy może nie mieć? Czy jest możliwe wydarzenie pozbawione jakiejkolwiek formy? A dalej: czy możliwe jest wydarzenie, które jest strukturą? Inaczej: Czy struktura może być wydarzeniem?

Jaki wpływ mieć może czy ma intertekstualność na biblistykę? Jeśli pod tym kątem zajmiemy się Biblią, to podręcznik M&B aż drży teologiczną nośnością.

W związku z omówieniami Burzyńskiej, która wnikliwie pisze także o sztuce kobiecej, o gender i gear, pomyślałem o gnozie i o tym, że poglądy referowane są antygnostyckie. Chodzi o rolę ciała, jego wpływ na widzenie świata. Sztuka, literatura feministyczna czy gejowska odchodzi od dualizmu duszy i ciała, które jest siedliskiem grzechu i stawia je na pierwszym planie, nie uznając grzechu ciała. Niezależnie od zastrzeżeń, jakie można i chyba należy zgłosić wobec tych poglądów, przypominam, że chrześcijaństwo też wysuwa ciało na plan pierwszy, ba, umieszcza je w centrum kultu – wcielenie, moje ciało i krew – poprzez które przyszło zbawienie… Chrześcijaństwo nie jest spirytualizmem! Spirytualizmem o gnostyckim zabarwieniu były natomiast formalizmy, widać to u Malewicza czy Kandinsky’ego. Dla nich sztuka abstrakcyjna otwiera drogę wyższego poznania duchowego. Obaj odrzucają cielesność; ciało i świat to hyle, materia, zło. Podobnie Mondrian. Chrześcijaństwo ze względu na Wcielenie nigdy nie wyprze się ciała, również ze względu na odkupienie dokonane w ciele i zapowiedziane zmartwychwstanie ciał!
„Herezja” gender i gear rzuca tu światło na ortodoksję.
Jeszcze sprawa wolności, tego, kto, a nie co wyzwala. Oczywiście wolność od, wyzwolenie od opresji… ale potem – jednak wolność do doskonałości…
Poruszył mnie rozdział o tak dziś dyskutowanej dekonstrukcji i związanym z nią wyniesienie wydarzenia. Markowski pozbawia dekonstrukcję demoniczności i piętna nihilizmu. Podczas lektury pamiętałem, że dekonstruowali już logicy początku wieku, formalizując czy wykazując niekonsekwencje i sprzeczności w tekstach filozoficznych, także. Wiedziano, że język filozofii nie jest doskonały, tyle że starano się go poprawić, sprzeczności i wieloznaczności usunąć. Dekonstrukcja uznała ich niezbywalność. Mówi Markowski o prymacie wydarzenia u Derridy. Pomyślałem przy tym o teologii biblijnej, która ma do czynienia z samymi właściwie wydarzeniami: wszystkie spotkania, powołania, widzenia – są wydarzeniami. Wydarzeniem jest wcielenie, narodzenie, ostatnia wieczerza, ukrzyżowanie i odkupienie; te wydarzenia trzeba nieustannie tłumaczyć, wiedząc, że nie wytłumaczy się ich do końca nigdy i nigdy do końca nie zrozumie. Rozbieżność czterech ewangelii – którą długo starano się usunąć – to ujawnienie nieskończonego sensu wydarzenia, jakim jest wcielenie.
Z wydarzeniami do czynienia ma teologia mistyczna.

Pytanie: czy do wydarzenia jesteśmy w stanie zbliżyć się, dysponując tylko wydarzeniem naszego myślenia?

Powiedzenie „Nie ma poza tekstu” równoważne powiedzeniu „nie ma poza-bytu” będące konsekwencją logionu Parmenidesa: „byt jest, niebytu nie ma”. Wprawdzie nie ma poza tekstu, ale wolno mówić o nicości tekstu. Wszędzie, gdzie jest tekst, jest nicość tekstu, która go przenicowuje – ale nie przeciwnie. Jeżeli nicość, to niekoniecznie tekst, niekoniecznie byt…

M&B pozwolili mi lepiej zrozumieć, dlaczego dekonstrukcja i postmodernizm to nie to samo. Pytałem, czytając, czy dekonstrukcja ostatecznie to tyle co nieustająca konstytucja? Pamiętałem, czytając dzieje mojego oglądania Pancernika Potiomkina, który – wielokrotnie oglądany – konstytuuje się w mojej świadomości od początku lat pięćdziesiątych wieku XX po dziś dzień.

Autorzy – co zrozumiałe – zajmują się słowem. Ja – przy nich – myślałem o Balthusie, dla którego w malarstwie najważniejsze jest to, co niewidzialne. Literatura jest sztuką słowa, ale – tak myślę – najważniejsze kryje się poza.

Ostatecznie: czy szukamy estetyki ergocentrycznej (Stróżewski), czy skierowanej na przeżycia (Liessmann)?

Jeśli jest literatura, sztuka kobieca, gejowska i lesbijska… to jest także literatura, sztuka klasowa, robotnicza, chłopska… Jeśli jest literatura, sztuka czarna, to jest literatura, sztuka biała, żółta itp. Ale i literatura, sztuka aryjska, żydowska… A to już nie wygląda tak miło, jak pluralizm w podręczniku. Naturalnie, że literatura, sztuka tworzona przez czarnych amerykanów czy afrykanów różni się od literatury tworzonej przez białych amerykanów czy afrykanów, ale… feminizm tworzy podzbiór ze względu na zoologię? Cielesność? Kulturę? Płeć kulturowa: Czy jednak hermafrodyta określa się jako mężczyzna Adam dopiero w opozycji do Ewy, przeciwstawiając Ewie, jako nie-Ewa? Czy kibice Cracovii określają się tylko w opozycji do kibiców Wisły… – jako nie Wiślaki? Czy czerwień definiuje się tylko w opozycji do zieleni… jako nie-zieleń?

Czy kobieta musi być zamknięta w feminizmie, czy feminizm nie ogranicza jej analogicznie do ograniczeń, które narzuciła jej dominacja męska? Czy gender nie zamykają wyodrębnionych na tej podstawie podzbiorów ludzi w gettach? To pytanie już nie do M&B, to pytania do teorii, które prezentują. Może to prymitywne stwierdzenie, ale koncepcje gender i gear pozwalają rzec: jesteś kobietą, musisz myśleć po kobiecemu, w nauce nie możesz myśleć po prostu naukowo. Jesteś czarnoskóry, musisz myśleć jak czarnoskóry, jesteś Japończykiem, musisz myśleć jak Japończyk, ergo – nie pojmiesz europejskiej kultury. Cisną się pytania: Czy pisarstwo, filozofia Jeanne Hersch jest kobieca, czy filozofowanie Izydory Dąmbskiej jest płciowe? Czy teoria literatury Kristevej jest płciowa? Czy jest po prostu pisarstwem, filozofią?

Jeżeli wyrwanie się z zaklętych kręgów nie jest możliwe, to zamiast II wojny światowej mielibyśmy: II wojnę polską, niemiecką, rosyjską, francuską, angielską, amerykańską, żydowską…
Czy jest coś takiego jak istota II wojny?

Autorzy mimo całego pluralizmu spojrzenia jednak wyłączają poza nawias teorii. Dla czego nie ma mowy o teorii dramatu Hansa Ursa von Balthasara? Bo teolog? Można jednak jego wiarę wziąć w nawias. I wówczas… To pytanie pociąga za sobą następne: na jakiej podstawie pewne teorie są uznawane jako takie, a inne nie (nie mam na myśli uzasadnionego wykluczenia przez autorów marksizmu). Jakie narzędzie przykładają autorzy do tekstu, by uznać go za teorię literatury? Czy wybór ich jest intuicyjny, czy oparty o słynną definicję matematyki? Na pytanie, co to jest matematyka, odpowiada się, że jest to to, co robi matematyk. Lecz kto to jest matematyk? Ano ktoś taki, kogo inni matematycy uważają za matematyka. Po podstawieniu mamy: Co to jest teoria literatury? Coś, co robi teoretyk literatury… itd. Sądzę, że aporia związana z wyodrębnieniem z wszystkich wypowiedzi językowych takich, które są teorią literatury nie omija M&B. Książka to trochę takie myślenie o myśleniu w myśleniu – autorzy tkwią przecież w myśleniu o literaturze XX wieku.

Werbalnie książka M&B nie jest estetyką, jednak estetyka wyziera przez wszystkie pory książki.
Książka, dzieło M&B to zbliżania się do literatury, do jej teorii, do literatury poprzez teorię, do teorii poprzez refleksję nad językiem, znakiem, znaczeniem, sensem. Współmyślenie o tych sprawach wraz z wielkimi, zanurzenie się w żywiole ich myślenia. Z tego względu książka powinna zostać wnikliwie omówiona przez fachowców.

Mój osobisty zysk po lekturze: autorzy wyłożyli przede mną sprawy, którymi – z braku czasu, podeszłego wieku i płynącej stąd konieczności stosowania zasady Goethego: In der Begrenzung zeigt sich der Meister – sam już nie mogę się zająć, których nie mogę zgłębić a które powinienem znać – przynajmniej w takim stopniu, w jakim omawia je podręcznik. Wiem, że nigdy nie zdołam przeczytać wszystkiego, o czym w podręczniku mowa. Autorzy zrobili to za mnie i jestem im wdzięczny. Zagubionemu w lesie dali do ręki mapę, wskazali „drzwi do bajek” w murze ogrodu Akademii Pana Kleksa i dali do nich klucze. Max Dvořák napisał swą Kunstgeschichte als Geistesgeschichte – Teorie literatury XX wieku M&B także można czytać jako Geistesgeschichte. Ale i jako wartościowanie oraz ocenę wieku XX – ocenę, bo autorzy w widomy sposób sympatyzują z tymi nurtami teorii, które w pełni uwyraźniły się w drugiej połowie wieku.

Czytając, piłem wodę źródlaną. Co za streszczenia: Fenomenologii, Heideggera i jego drogi, psychoanalizy, strukturalizmu i całego nurtu post…! Co za analizy; najwyższej jakości! Naturalnie uproszczenia były niezbędne, ale M&B chyba udało się trafić w sedno każdej z prezentowanych teorii, a moje pytania i wątpliwości nie oznaczają dezaprobaty, lecz uznanie, które zmusza do współmyślenia.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata