70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Każdy pojmuje własny dar

Gdy czytamy Nowy Testament, nie znajdujemy w nim hierarchizacji wspólnoty wierzących na podstawie ich „stanu cywilnego”. Chrystusowe wezwanie usłyszeli i w pełni na nie odpowiedzieli zarówno żyjący bezżennie Paweł, jak i żonaty Piotr.

Pochwała dziewictwa wybranego „dla królestwa niebieskiego” (Mt 19, 12) rozbrzmiewa w Kościele od zawsze. Jego duchowa wartość jest w istocie bezsprzeczna. Dobrowolna rezygnacja przez niektórych z małżeństwa uzmysławia całej wspólnocie wierzących jej charakter Oblubienicy Chrystusa, stającej do mistycznych zaślubin jako „czysta dziewica” (2 Kor 11, 2). Już w pierwszych wiekach dziewictwo stało się szczególnie dobitnym wyrazem całkowitego poświęcenia życia Bogu, do którego wezwany został każdy ochrzczony.

Blask tego charyzmatu, będącego zresztą udziałem samego Jezusa (mistycznego Oblubieńca Kościoła), zdaje się często porażać wzrok. Dziewictwo lub celibat jawi się wtedy jako warunek pełnej doskonałości chrześcijańskiej, a przynajmniej coś bardziej wartościowego niż „zwyczajne” życie w małżeństwie. Zapewnienie, że „dobrze jest człowiekowi nie łączyć się z kobietą”, znajdujemy już w Pierwszym Liście do Koryntian, choć rozwijając swą myśl, autor natchniony zaznacza, że „nie ma w tej sprawie nakazu Pańskiego” i udziela jedynie rady na podstawie własnych doświadczeń (por. 1 Kor 7, 1. 25-40). Mimo to ojcowie Soboru Trydenckiego uznali za stosowne obłożyć ekskomuniką wszystkich, którzy zaprzeczają twierdzeniu, że jest „lepiej i szczęśliwiej pozostać w dziewictwie lub celibacie”. W związku z powyższym szeroko rozpowszechniła się opinia, że Kościół uroczyście orzekł wyższość dziewictwa nad małżeństwem. Nowsze studia nad doktryną Trydentu pozwalają jednak powątpiewać w rzeczywistą intencję ogłoszenia niezmiennej i nieomylnej nauki we wszystkich kanonach zawierających anatemę . Jak się zdaje, XVI-wieczny sobór po prostu stanowczo przeciwstawia się w danej kwestii poglądom reformatorów dezawuujących stan zakonny.

Głosiciele wyższości dziewictwa powołują się niekiedy na wypowiedź Pana Jezusa zapisaną w dziewiętnastym rozdziale Ewangelii według Mateusza. Gdy w odpowiedzi na pytanie o dopuszczalność rozwodu Chrystus mówi o stawaniu się w małżeństwie jednym ciałem, uczniowie reagują stwierdzeniem: „Jeśli tak (…), to nie warto się żenić”. Wówczas Mistrz oznajmia: „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko, ci, którym to jest dane” (por. Mt 19, 1-12). Czy jednak możemy uznać, że nasz Pan wyraża w ten sposób zgodę na wniosek wynikający z małoduszności słuchaczy? Przecież owo „nie warto” stanowi reakcję mężczyzn, którym właśnie przypomniano, że małżeństwo nie polega na dowolnym dysponowaniu podporządkowaną sobie istotą, lecz że związek mężczyzny z kobietą jest z woli Bożej misterium głębokiego zjednoczenia, komunią osób. Egoizm i wygodnictwo każą im więc powiedzieć: „w takim razie nie warto się angażować”. Czy mamy prawo przypuszczać, że Jezus pochwala taki punkt widzenia?
Uważna lektura przywołanego fragmentu Ewangelii pokazuje coś wręcz przeciwnego. Cały tekst brzmi o wiele bardziej logicznie, jeśli przyjmiemy, że zdanie „nie wszyscy to pojmują” odnosi się do wyłożonej dopiero co przez Jezusa nauki o małżeństwie. Zaraz potem Nauczyciel dodaje wyjaśnienie, że istnieją ludzie do „pojmowania” małżeństwa niezdolni (w tekście oryginalnym dosłownie: „kastraci”) – którzy się takimi urodzili lub których tej zdolności pozbawiono. Dopiero na końcu, najprawdopodobniej usprawiedliwiając własny styl życia, dorzuca frazę o takich, którzy „kastratami” zostają „dla królestwa niebieskiego”. Również w tym przypadku następuje odwołanie się do osobistych predyspozycji każdego z słuchających: „Kto może pojąć, niech pojmuje”.

Chyba trudno się tu dopatrzyć wartościowania poszczególnych sposobów przeżywania ludzkiej płciowości. Zawarte u Mateusza pouczenie dobrze koresponduje między innymi z doktryną o małżeństwie jako „tajemnicy wielkiej w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła” (Ef 5, 32). Czy bycie ikoną mistycznych zaślubin Pana z ludzkością może zostać uznane za coś tylko „naturalnego”, wręcz przyziemnego w porównaniu z oblubieńczym oddaniem Chrystusowi w poświęconym dziewictwie? Raczej należałoby powiedzieć za Apostołem: „Każdy otrzymuje własny dar od Boga: jeden taki, a drugi taki” (1 Kor 7, 7). Jedni wyrażają swym życiem prawdę o Jedynym Oblubieńcu każdej duszy, drudzy – nie odmawiając Panu miłości całym sercem, duszą, umysłem i mocą – ucieleśniają w zjednoczeniu z danym im przez Boga współmałżonkiem trudne piękno wzajemnego poddania (por. Ef 5, 21). Ukochana osoba, którą widzą, jest dla nich w szczególny sposób sakramentem Umiłowanego, którego nie widzimy (por. 1 J 4, 20). Należałoby może spytać, czy wobec ukazanej w Objawieniu godności małżeństwa zawartego i przeżywanego „w Panu” (por. 1 Kor 7, 39) uprawnione jest widzenie w nim powołania wymagającego mniej łaski i kwitowanie całej sprawy stwierdzeniem, że „odwołując się do naturalnych ludzkich pragnień, można zbudować dobrą rodzinę” ? Istnieją z pewnością całkiem dobre rodziny niewierzących, lecz w sakramencie małżeństwa chodzi o coś więcej: o „domowy Kościół”. Kościoła zaś nie buduje się w oparciu o naturalne ludzkie pragnienie bycia z innymi. Analogicznie do wywyższania dziewictwa kosztem małżeństwa można by uznać powołanie eremity – dzięki szczególnej łasce obcującego z Bogiem sam na sam – za doskonalsze od wezwania do życia w bardziej „naturalnej” wspólnocie kościelnej lub choćby tylko zakonnej. To jednak brzmiałoby dość dziwnie w kontekście uwidocznionego w historii zbawienia Boskiego upodobania do zbawiania ludzi nie pojedynczo, lecz właśnie we wspólnocie (por. Lumen gentium, 9).

Czy jednak na wyższość dziewictwa nie wskazuje w istocie jego podobieństwo do ostatecznego stanu zbawionych, którzy przy zmartwychwstaniu umarłych „nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić” (Mt 22, 29)? Także w przypadku tej wypowiedzi Zbawiciela należałoby uważnie prześledzić jej kontekst. Chrystus odpowiada na sprytnie skonstruowany zarzut wobec wiary w zmartwychwstanie, pojmowane przez adwersarzy jako powrót do życia w warunkach zbliżonych do panujących obecnie. Czyją żoną ma być po zmartwychwstaniu kobieta, która przed śmiercią siedmiokrotnie owdowiała? Odpowiedź Chrystusa wskazuje przede wszystkim, że w przyszłym świecie tego rodzaju kwestie nie będą stanowiły problemu. Jednak wnioskowanie na tej podstawie o zniknięciu bez śladu głębokiej więzi, jaka z łaski Bożej zaistniała w doczesności między małżonkami, również wydaje się wiązać z niezrozumieniem odradzającej mocy Stwórcy. Spytajmy siebie w obliczu ikony Zmartwychwstałego, czy to, czego przy końcu czasów oczekujemy, czego „oko nie widziało, ucho nie słyszało i serce człowieka nie zdołało pojąć” (por. 1 Kor 2, 9), będzie czymś mniejszym czy większym od naszych obecnych doświadczeń dobra i piękna? Czy jest możliwe, by uszczęśliwiająca rzeczywistość wiecznego Jeruzalem, gdzie Bóg otrze wszelką łzę i dokąd zostaną przyniesione wszelkie skarby (por. Ap 21, 4. 26), miała się wiązać z pozbawieniem czegokolwiek, co dobre i święte? Czy nie znajdziemy tam raczej oczyszczonej i doskonałej postaci naszych ziemskich miłości? Zgodnie z wiarą katolicką zmartwychwstały Jezus nie przestał być Synem Maryi, lecz uwznioślił i rozszerzył Jej uświęcone macierzyństwo. Wolno chyba ufać, że każda z dobrych relacji, jakie przeżywamy tu, na ziemi, odrodzi się w uszlachetnionej formie. Podobni do Boga (por. 1 J 3, 2), obejmiemy miłością każdego i pomieścimy w sercu niejedną intymną więź. Niebo nie będzie przecież wiecznym pensjonatem pełnym jednoosobowych pokoików. „Niebo jest społecznością i Ciałem (…) społecznością, ponieważ każdy jej członek ma coś do powiedzenia innym – zawsze świeżą wieść o >>moim Bogu<<, którego każdy w Nim znajduje i którego wszyscy sławią jako >>naszego Boga<<” .

Tak więc, choć świadectwo życia osób bezżennych „dla królestwa niebieskiego” przypomina o przemijalności ziemskiej postaci małżeństwa, to zarazem doświadczenie chrześcijańskich par małżeńskich wskazuje na głębię i całościowy wymiar komunii osób, jaka została nam obiecana. Oczywiście, w przyszłym świecie nie będzie prokreacji. Ale będzie coś, czego ikoną jest ludzki akt seksualny – błogosławione, pełne wzajemne oddanie i przyjęcie. Nie będzie tam również tego dystansu wobec pewnego typu wzajemnej bliskości, jaki obecnie muszą zachowywać celibatariusze. W niebie małżeństwo i celibat zostaną pogodzone, a zarazem przekroczone.

Czy zatem nasze spory o to, „kto jest największy” (por. Mk 9, 34), mają w ogóle sens? Każdy pojmuje przede wszystkim wartość daru, który został przez Pana dany właśnie jemu. Subtelne wywody mające uzasadnić „obiektywną” wyższość danego charyzmatu, wydają się służyć dzieleniu jednego Ciała. Tymczasem „nie może oko powiedzieć ręce: nie jesteś mi potrzebna”, a części ciała pozornie mało czcigodne okazują się w istocie szczególnie ważne dla funkcjonowania całości (por. 1 Kor 12, 12-27). Gdy czytamy Nowy Testament, nie znajdujemy w nim hierarchizacji wspólnoty wierzących na podstawie ich „stanu cywilnego”. Chrystusowe wezwanie usłyszeli i w pełni na nie odpowiedzieli zarówno żyjący bezżennie Paweł, jak i żonaty Piotr – co do którego można co najmniej podejrzewać, że godził swą późniejszą pracę misyjną z życiem małżeńskim (por. 1 Kor 9, 5) . Słowa Pana o opuszczeniu „domu albo żony” (Łk 18, 29) dla królestwa nie mogły przecież oznaczać zachęty do zabronionego przez Niego samego „rozdzielania, co Bóg złączył” (por. Mt 19, 6)! Chodziło w nich jedynie (i aż) o to, żeby Bóg był zawsze absolutnie najważniejszy. Owocną służbę dla Kościoła pełniły zarówno cztery dziewicze córki diakona Filipa (por. Dz 21, 9), jak i małżonkowie, Pryscylla z Akwilą (por. Dz 18, 2; 1 Kor 16, 19). Bracia i siostry napełnieni jednym Duchem po prostu realizowali, każdy na swój sposób, Jego natchnienia. Kościół nie posiadał kast, nie dzielił się na „konsekrowanych”, „duchownych” i „świeckich”. Był wspólnotą w jednej łasce uświęcającej i rozmaitości charyzmatów oraz urzędów danych dla posługi.
Ostatecznie wszystkie nasze wzniosłe i uczone rozważania trzeba konfrontować z mądrością słowa Bożego. A ono, owszem, wzywa do „starania się o większe dary”, lecz wskazuje przy tym na „drogę jeszcze doskonalszą” (por. 1 Kor 12, 31). Kochać Boga całym sobą, a bliźniego, tak jak Chrystus nas ukochał (por. Mk 12, 30; J 13, 34 ) – oto, co się naprawdę liczy. Z prostotą dziecka przeżywać swą przynależność do Pana. Z Jego rąk przyjmować wszystkie sytuacje, zdarzenia, spotkania i relacje. Cieszyć się darem powierzonym sobie i darami, jakie otrzymali inni.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata