70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zirytowani pasterze, rozdrażnione owce. O chorym i zdrowym antyklerykalizmie

Casus arcybiskupa Wielgusa obudził coś drzemiącego w naszej kościelnej rzeczywistości, o czym raczej się nie mówi, by nie wywołać demona konfrontacji. Łatwiej i wygodniej w opiniach i komentarzach poruszać się na poziomie polityki, stosunku do historii i sprawy narodowej, czy wreszcie samej kwalifikacji moralnej czynów. Tymczasem pod warstwą debaty o lustracji księży i rozliczeniu się z totalitarną przeszłością, pod gorączką dociekania, kto bohater a kto tchórz, ukrywa się inny poziom: wzajemnych relacji w Kościele.

Zwierciadło wydarzeń
Z wolna dają o sobie znać „podziały” dotąd uśpione pod skorupą sennej rutyny funkcjonowania olbrzyma, jakim jest polski Kościół. Oskarżenia rzucone przez prasę w stronę hierarchy mającego objąć najbardziej prestiżowy tron biskupi w kraju wywołały reakcję. Padły z ambon kościelnych mocne słowa, „że w środowiskach ludzi mediów, kultury i polityki wiele rzeczy wymaga naprawy”. W odpowiedzi na to dziennikarze zaczęli z przekąsem zastanawiać się, „czy w procesie oczyszczania nie powinno dojść do procesu autolustracji wszystkich biskupów w Polsce?”. Niektórzy wręcz twierdzili, że wypowiedziami hierarchów „urażeni zostali świeccy, którzy walczyli o zmianę”. I jakby idąc za ciosem zaczęto domagać się na biskupa stolicy „nowego Ambrożego”, czyli „młodego, nieuwikłanego i dynamicznego kapłana”. W tle tego wielokrotnie powtarzanego żądania kryła się nadzieja zastąpienia starego, postkomunistycznego, sklerykalizowanego pokolenia hierarchów nowym wyidealizowanym „pokoleniem Jana Pawła II”, w którym znaczącą rolę odgrywa przebudzona samoświadomość świeckich. Należy pamiętać, że św. Ambroży na biskupa Mediolanu został wybrany spośród katechumenów przez aklamację ogółu wiernych.

Nie chodzi o samą rolę biskupa w Kościele, ale kto ma w tej sprawie prawo głosu.

Wcześniejsze próby dzielenia rzeczywistości eklezjalnej w Polsce na Kościół łagiewnicki i Kościół toruński, na katolików otwartych i katolików konserwatywnych, na model moherowy czy też kapeluszowy w momencie przesilenia związanego z ingresem arcybiskupa Wielgusa znalazły swe skonkretyzowanie w postaci wzajemnej niechęci pomiędzy duchowieństwem a laikatem. Jedni mieli z wyniosłą dumą podkreślać: „Kościół to my”, drudzy podejmować krucjatę w sprawie upokorzenia tamtych. Ów klerykalizm i jego przeciwieństwo przyjęły jakby nową postać spolaryzowania w symbolu władzy: klerykalizm mierzony odległością od ołtarza oraz laicyzm mierzony odległością do dziennikarskiego mikrofonu. My mamy przeciwko wam ambonę, a my mamy przeciwko wam gazetę. Wiele także pytań o celibat księży czy rolę kobiet w Kościele bierze się z tego samego napięcia w dochodzeniu, kto jest uprzywilejowany, a kto niedoceniony, komu ująć a komu dodać.

Pozostawiając w tle aktualne wydarzenia, pragnę zastanowić się nad fenomenem klerykalizmu i antyklerykalizmu obecnego w naszej przestrzeni doświadczania Kościoła. Skąd się bierze? W co może się przeobrazić? Czy jego rola jest jedynie niszcząca, czy również ozdrowieńcza? Czy są sposoby na uwolnienie się od jego wpływania na uczniów Chrystusa? Co zrobić, aby ludźmi Kościoła nie rządziła ta „milcząca schizma” między duchownymi a wiernymi, ale zasada personalistyczna, pozwalająca wspólnie zaangażować się we wszechstronny rozwój osoby ludzkiej?

Między tramwajem a manifestem
Nasz swojski, nadwiślański antyklerykalizm rozciąga się pomiędzy dwoma biegunami: jednym jest tramwaj, drugim pisma skrajnie lewicowe. Pierwszy reprezentuje jego odmianę zgrzebną, rubaszną, jowialną i emocjonalną, Rozbrzmiewa w postaci dowcipów, opowieści, oburzających przykładów aż po fanatyczne akty pogardy czy napastliwości. Stanowi krytykę stylu życia księży, rodzaj wyżywania się na ich wadach czy poglądach. Karmi się osobistą urazą, dynamiką plotki bądź filozofią „kozła ofiarnego”: wszystkiemu winni są „czarni”.

Od tej „tramwajowej”, obyczajowej odmiany antyklerykalizmu różni się zasadniczo jego postać światopoglądowa, polityczna, szukająca uzasadnień w racjonalnych argumentach i wypolaryzowaniach stanowisk. Jest to klerykalizm krucjatowy, bijący na alarm w obliżu zbliżajacego się zagrożenia, nie tyle osobistego, co ustrojowego, niemalże cywilizacyjnego. Przeglądając artykuły w prasie lewicowej (na przykład w „Bez dogmatu”), można się dowiedzieć, że współczesna Polska to „bastion klerykalizmu” i „postkomunistyczna republika katolicka”. Co do konsekwencji, tworzy on „klimat do postaw ksenofobicznych, nacjonalistycznych, nietolerancyjnych i antysemickich, a także kwestionujących prawa kobiet czy mniejszości seksualnych”. A ponadto „współkształtuje coraz gorsze ośrodki polityczne” (Jan Woleński). Samo pojęcie klerykalizmu, według autorów, oznacza domaganie się, by taki czy inny fragment życia społecznego został poddany wpływowi i kontroli instytucji religijnych. Reakcja na tego typu zjawisko nie polega na samym tylko zwalczaniu ambicji duchownych, a wręcz na próbie zepchnięcia w niebyt, a przynajmniej w sferę prywatną, samej religii. Antyklerykalizm przeobraża się zatem w postulat laickości życia publicznego. Nie wystarcza już sam formalny rozdział Kościoła od państwa, lecz dążenie do laicyzacji społeczeństwa, czyli pozbawienia go jakichkolwiek znaków czy odniesień do Boga, religii czy transcendencji, zwłaszcza jeśli chodzi o dziedzinę polityki i nauki.

Pytanie o wizję Kościoła
Oczywiście, omawiane zjawisko dotyczy nie tylko zewnętrznego reagowania na Kościół, ale i jego wewnętrznej kondycji, a właściwie tego, co w nim bolesnego i niezdrowego. Można powiedzieć, że tak klerykalizm, jaki i jego zwalczanie dotyczą jakiejś patologii dopadającej organizm, będący ze swej natury miejscem komunii i zbawienia. Jak to się dzieje, że Wspólnota uczniów Zmartwychwstałego przemienia się w znak sprzeciwu, nie tylko dla osób z zewnątrz, ale i dla samych jej członków? Czym wytłumaczyć ów rażący fenomen obnażający słabość uczestników tego samego Chrztu i tej samej Paschy Chrystusa? Chyba jedynie tym, że Kościół odzwierciedla w sobie skandal Wcielenia, czyli Ducha umieszczonego w naczyniach glinianych.

Właściwie całe dzieje Kościoła odzwierciedlają pewne napięcie pomiędzy świeckimi i duchownymi. Już same te określenia zwiastują jakąś nierówność: ktoś jest bardziej uduchowiony, ktoś bardziej światowy, ktoś zamieszkuje strefę sacrum, a ktoś profanum. I rzecz nie w tym, że wspólnota wiernych zakłada różnorodność darów i charyzmatów, którymi można w miłości braterskiej wzajemnie sobie służyć – bowiem Bóg jest Tajemnicą jedności w różnorodności, lecz w tym, że ludzki grzech zawsze zainfekuje ludzką wyobraźnię dochodzeniem, kto jest najważniejszy. Przypisuje się papieżowi Bonifacemu VIII powiedzenie, ze „świeccy zawsze byli nieprzyjaciółmi duchownych”. W tle takiej konstatacji kryje się niecna pokusa wykorzystania Bożego daru, w tym wypadku święceń kapłańskich, dla uzyskania przewagi. Nie chodzi tu jedynie o rozpychanie się łokciami w dostępie do lukratywnych stołków: klerykalizm zaszkodził samej definicji Kościoła, sprawiając, że niejednokrotnie utożsamia się go dziś z duchowieństwem. Ostatecznym tego skutkiem jest zjawisko tzw. chrześcijaństwa a-kościelnego, stawiającego na doświadczenie religijne bez względu na instytucję Kościoła, przypominające ucieczkę dzieci z domu dotkniętego patologią. Spirala klerykalizmu i antyklerykalizmu może zostać uleczona przez odnowienie eklezjologii, lecz nie tylko w podręcznikach, ale przede wszystkim w naszych głowach.

Antyklerykalizm praktyczny i ideologiczny
Co prowokuje reakcje antyklerykalne i do czego mogą one doprowadzić? W tym względzie postaram się przytoczyć kilka niezbędnych faktów. To, co dziś nazywamy klerem wzrastało w łonie pierwszych wspólnot chrześcijańskich powoli w postaci różnych struktur. Najpierw Dwunastu Apostołów, wśród nich trzy filary Kościoła w Jerozolimie (Piotr, Jakub i Jan), a także siedmiu diakonów pochodzenia helleńskiego. Oni sami, bądź ich delegowani przedstawiciele, dawali początek instytucji zarządzania wspólnotami w postaci stałych posług, gwarantujących tym samym chrześcijańską tożsamość w oceanie idei antycznego świata oraz eklezjalną kontynuację. Posługi te hierarchizują się tak, że już po 200 roku św. Hilary odróżnia duchownych od świeckich, jako tych, którzy na mocy święceń wykonują określone funkcje na korzyść wspólnoty. Słowo „prezbiter” oznaczające „starszego w wierze” zostaje zastępowane określeniem „kapłan”, czyli sprawujący przede wszystkim kult. O ich ważnej roli we wspólnotach świadczy choćby fakt, iż prześladowania na mocy dekretów Maksymina (235 r. po Chr.) czy Waleriana (257 r. po Chr.) są kierowane niemalże wyłącznie przeciwo nim. Edykt tolerancyjny Konstantyna z 313 roku przyniósł nie tylko wolność, ale i przywileje przyznawane biskupom i kapłanom, np. sądzenia w sprawach cywilnych czy zwolnienia z obowiązku świadczenia prac publicznych. Od momentu pierwszych prób usankcjonowania celibatu (synod w Elwirze) formuuje się w Kościele grupa sacris lub maiores, innych niż bracia żyjący w rodzinach, których hierarchiczny porządek tłumaczą nie tylko względy funkcjonalne, ale i nadprzyrodzone: jako „odblask hierarchii niebieskiej”.

Przełomowy dla mentalności klerykalnej okazał się wpływ germański. Odtąd kapłan nazywany jest „pośrednikiem łaski”, jego rola jest nieodzowna w zbawieniu. Klerykalizacja Kościoła bierze się z traktowania duchownych jako jego esencji (by go zdefiniować, wystarczy wskazać na jego zhierarchizowaną strukturę). Z czasem ranga Kościoła urasta aż do tego stopnia, że mówi się o zależności władzy doczesnej od religii i poparcia jej duchownych, co w konsekwencji włączy ich w system feudalny epoki. Społeczeństwo średniowieczne jest bardzo sklerykalizowane, co z czasem pobudzi ruchy antyklerykalne o charakterze praktyczno-obyczajowym, występujące zwłaszcza przeciwko sekularyzującym się obszarom Kościoła oraz stylowi życia osób wyświęconych i konsekrowanych. Krytyka dosięga, a to zbyt żądnych władzy biskupów, a to bezwstydnych proboszczów żyjących np. w konkubinacie. Wiele ruchów ascetycznych i pauperyzatorskich walczy ze zgniuśniałymi hierarchami w imię ideału „Kościoła duchowego”, bardzo egalitarnego, w którym rolę przewodników podejmą „doskonali”. Zgorszenie grzechem szafarzy odstręcza od samego sakramentu pokuty i innych sakramentalnych posług. Antyklerykalizm praktyczny zmierza do „wzniesienia stanu świeckiego na poziom duchowny” (Lagarde). Twórcy Reformacji zaproponują antyklerykalizm skrajnie radykalny: negację ontologicznego charakteru święceń kapłańskich i przecenienia waloru „kapłaństwa królewskiego” wszystkich wiernych, co ma oznaczać, że wszystkim przysługuje jednakowa władza, jeśli chodzi o słowo i sakrament. Taki antykonformistyczny antyklerykalizm w efekcie nie zmierzał do reformy hierarchicznych struktur Kościoła, ale do odcięcia się od nich.

Nową odmianę antyklerykalizmu przyniosło Oświecenie. Jego ideologiczne założenia zanegowały trzy fundamenty kapłaństwa służebnego: absolutność Biblii, absolutność Tradycji i absolutność Kościoła. Dopuszczało ono istnienie Boga, ale nie Bożej Opatrzności. W związku z tym i Kościół jako taki tracił swą ontologiczną wartość. Tworzono tym samym podstawy dla antyklerykalizmu strukturalnego, a nie okazyjnego. Wiara sprowadzona do poziomu opinii czy osobistych zapatrywań przestawała mieć wpływ na jakość życia. Jej etyczną gwarancję miał zapełniać Rozum. Jasne, że taka desakralizacja życia obróciła się przede wszystkim przeciwko jego naturalnym „sakralizatorom”, czyli szafarzom Bożej łaski. Postulat stworzenia światopoglądowej i etycznej alternatywy oznaczał wyeliminowanie wpływu Kościoła, a nawet jakiejkolwiek religii czy duchowości na społeczeństwo. Antyklerykalizm zamienił się w świadomą i programową akcję usuwania Boga z przestrzeni publicznej. Tą akcją „de-teologizacji” społeczeństwa objęto przede wszystkim trzy newralgiczne obszary: władzę (bezwyznaniowość państwa: „wolny Kościół w wolnym państwie”), nauczanie (wychowanie to sztuka wspomagania rozwoju natury, bez wpływów nadprzyrodzonych) oraz publikacje (nikt nie ma monopolu na prawdę, wolność wyrazu – to wolność od dogmatów). Popularyzatorem postaw antyklerykalnych tym samym stała się prasa.

Tak ideologicznie pojęty front antyklerykalny prowadził do coraz to dalszej sekularyzacji społeczeństwa, w którym nie ma prawd, tylko rankingi opinii; nie ma autorytetów moralnych czy duchowych, co najwyżej naukowe lub polityczne. O dojrzałości człowieka nie świadczy już uznawanie hierarchii, ale indywidualny głos sumienia, ostatecznie przesądzajacy o wyborach moralnych. Głos Kościoła w najważniejszych dziedzinach staje się coraz mniej słyszalny, a co za tym idzie: oddala się od wrażliwości społecznej. Wielu wręcz ma mu za złe, że nie chce się dostosować do indywidualnych gustów.
Nowa forma antyklerykalizmu wewnątrzkościelnego wyraża się w postawie antychierarchicznej, na zewnątrz zaś w postaci religijnej i etycznej obojętności. Obojętność jest owocem braku duchowego autorytetu w formacji intelektualnej i w życiu praktycznym. Rozprzestrzenianie się ignorancji religijnej wśród nowych pokoleń, a w związku z tym trudność w rozumieniu religijnego języka powodują odwracanie się od wiary i Kościoła, i przyjmowanie postawy obojętnej, płynącej z ignorancji tego, czego się nie rozumie. Stąd po dwóch tysiącach lat w Kościele zdaje się zanikać napięcie pomiędzy klerykalizmem i antyklerykalizmem, ustępując miejsca innemu napięciu pomiędzy wierzeniem a obojętnością religijną. Potrzebna jest ewangelizacja wierna Słowu Bożemu, lecz „nowa” w metodzie, języku i gorliwości, bliska radościom i nadziejom, smutkom i rozczarowaniom ludzi. To jedyna droga, by umieścić na nowo Dobrą Nowinę o miłości Boga w sercach ludzkich, unikając „izmów” i obojętności.

Zmora klerykalizmu
„Dziś dla wielu Kościół stał się zasadniczą przeszkodą w wierze – zauważył Joseph Ratzinger. – Nie potrafią w nim dostrzec niczego więcej, jak tylko ludzką ambicję władzy, teatrzyk ludzi, którzy poprzez dążenie do zarządzania oficjalnym chrześcijaństwem tym bardziej przeszkadzają duchowi chrześcijańskiemu”. Co zrobić, aby Kościół był miejscem spotkania człowieka z Bogiem, a nie symbolem tego, co zniechęcające i odstraszające, odległe i przestarzałe? Służyć temu miał ruch odnowy teologicznej podjęty, zapewne pod wpływem Ducha Świętego, w ubiegłym wieku. Nowe wyzwania, jakimi były wojny oraz masowe migracje ludności ze wsi do miasta oraz z własnej ojczyzny do innych krajów ujawniły kolejne trudności: w nowych środowiskach życia ludzie czuli się opuszczeni przez własnych pasterzy, którzy nie nadążali za wyzwaniami pastoralnymi, być może z powodu nadmiernej instalacji i braku ducha misyjnego. Z rozwijającego się świata robotniczego wydobywało się oskarżenie: Kościół – identyfikowany z klerem – obrócił się przeciwko nam, trzymajac z bogatymi. Niektórzy próbowali zaradzić sytuacji poprzez eksperyment „księży-robotników”. W obliczu narastających krytyk i oczekiwań dawało się wyczuć nostalgię za chrześcijaństwem średniowiecznym, za „wspólnotą doskonałą”, która żyje w oderwaniu od tymczasowości i przemian historycznych, scentralizowaną i hierarchiczną, utwierdzoną w przekonaniu o swej wyłączności na zbawienie, w tym sensie, że tylko wewnątrz niej urzeczywistnia się pośrednictwo między Bogiem a ludźmi w odniesieniu do tych, którzy się z nią identyfikują i poddają się normom głoszonym przez jej przewodników. Taki klimat panował w opisie tajemnicy Kościoła na początku XX wieku w tekście Kodeksu Prawa Kanonicznego papieża Benedykta XV (1917 r.).
Nowe przedefiniowanie Kościoła zmierzało w kierunku usuwania barier między pasterzami a wiernymi, doceniania oddolnych ruchów osób świeckich, wyjścia z postaw ekskluzywistycznych z nowym zapałem misyjnym i ekumenicznym do świata. Sobór Watykański II wydobył w rozumieniu Kościoła na pierwsze miejsce kategorię misterium (Lud Boży, a więc porzucenie dawnej kategorii „społeczności doskonałej”) oraz kategorię komunii (między Kościołami lokalnymi oraz różnymi doświadczeniami wiary w Kościele). Przeciwko pokusie stagnacji i izolacji podkreślano charakter wędrowny wspólnoty chrześcijańskiej w świecie, prymat Słowa Bożego oraz służbę jako sposób urzeczywistniania Królestwa Bożego w doczesności. „Misterium” opisuje istotę Kościoła, która nie wynika z jego struktury chierarchicznej, do której wierni mieliby przystępować z bierną uległością. Kapłaństwo sakramentalne nazwano służebnym, jednocześnie doceniając powszechne kapłaństwo każdego ochrzczonego. Kapłan nie jest wyłącznie człowiekiem Mszy świętej (co dawało podstawy do poczucia wyższości), ale także człowiekiem Słowa (a więc świadkiem).

Nowe zdefiniowanie Kościoła oddaliło się od stanowiska św. Roberta Bellarmina (1542-1621), twierdzącego, że nasz Pan Jezus Chrystus rządzi Swą Owczarnią na zasadzie monarchii, poprzez hierarchię, co zapewnia jedność, stabilność i historyczną trwałość, – by odwołać się do zasad św. Cypriana z Kartaginy (III w.): nic bez biskupa, nic bez rady kolegium prezbiterów, nic bez zgody wiernych („sensus fidelium”). Przy czym modelem nie jest tu społeczność demokratyczna, ale biblijna kategoria Ludu Bożego. Sobór zamierzał dać znać duchownym, że świeccy osiągnęli już wiek dojrzałości; że doświadczenie wiary i życia w Chrystusie poprzedza struktury, a nie nas odwrót; i że Kościół jest wydarzeniem wspólnotowym, gdzie kapłani i świeccy angażują się wspólnie we wszechstronny rozwój osoby ludzkiej (zasada personalistyczna).

To wszystko daje nam więcej śmiałości, by dostrzec niebezpieczeństwo klerykalizmu, tę postawę czucia się „właścicielami wiary”, która zagraża przede wszystkim samym księżom, ale i podstępnie – jak wirus – wkrada się we wrażliwość świeckich. Klerykalizm, wychodząc z założenia, że „Kościół ma zawsze rację”, ogranicza wolność nawet w sytuacjach najbardziej jej sprzyjających. Jest antypatyczny, oddala wiernych i niewiernych, budzi postawy obronne i fałszywe apologie. Wytwarza wrażenie, że księża są tylko zawodowcami, broniącymi własnych przywilejów i własnego interesu. Szkodzi u korzenia duszpasterstwu i misji, dyskredytuje Ewangelię. Rozbudowując ideologię o wyższości ontologicznej kapłana, daje podstawę do myślenia kastowego, co w konsekwencji prowadzi do samotności, zniechęceń i rozczarowań samych zainteresowanych. Zniekształca obraz autentycznego powołania, jak i ducha chrześcijańskiego braterstwa. „Nie mamy już cesarza, który nas prześladuje – pisał św. Hilary z Piotiers – lecz musimy walczyć przeciwko jeszcze bardziej przebiegłemu nieprzyjacielowi, który nas zwodzi; nie biczuje naszych pleców, ale głaszcze nasz brzuch; nie konfiskuje nam dóbr, lecz popycha nas ku bogactwu, by zadać nam śmierć; nie wiedzie nas ku wolności przez więzienie, ale ku niewoli goszcząc nas i schlebiając w pałacach; nie obija naszego ciała, ale zawłaszcza serce; nie odcina nam głowy mieczem, ale zabija duszę pieniądzem”.

Zdrowy antyklerykalizm
Czyż w świetle tego wszystkiego nie mamy prawa mówić o konieczności „zdrowego antyklerykalizmu”? Właściwie byłby on jedynie prawidłowym odruchem sprzeciwu w duszy chrześcijanina domagajacego się prawa, by żyć swym powołaniem. „Z jednej strony mamy lud spragnionych, tłum u wrót, jakby uchodzących przed wojną – mówiła Susanne Tamaro; – z drugiej strony znajdują się strażnicy wody, właściciele źródeł, którzy nie chcą otworzyć zaworów, odkręcić kranów. Podczas, gdy lud woła „wody!”, ci organizują konferencje na temat konferencji: „Jakiego koloru winna być woda, by została uznana za wodę? Ile hektolitrów zdoła pomieścić gardło? Czy dostarczać ją kroplomierzem czy bidonem?” Tymczasem tłum wokół umiera lub szuka innych źródeł. Źródeł, które nie sycą, lecz przynoszą choćby chwilową ulgę”.

Jednym z przejawów klerykalizmu jest idol duszpasterskiej skuteczności: skupić się na wynikach. Jak przełamać złe wrażenie sekularyzacji? Pokazaniem tłumów, przytoczeniem liczb. Lecz w zgodzie z tym „religion fiction” tłumy od czasu do czasu wypełnią place, podczas gdy kościoły pustoszeją coraz bardziej, sakramenty (chrzest, małżeństwo) wychodzą z użytku, zanika znajomość własnej wiary z doświadczenia, a w końcu i z formuł. Wiele gorliwych inicjatyw niespodzianie zamienia się w samobójcze gole.
Innym rodzajem wirusa jest absolutyzacja posłuszeństwa: „Roma locuta, causa finita”. Niektórzy proboszczowie przejawiają dziwną skłonność: jakakolwiek myśl wyrażona zza pulpitu ma być traktowana jako nauczanie „ex cathedra”. Postawa „mam zawsze rację” utrzymuje wiernych w poczuciu stałej niedojrzałości. „Nikt z nas nie jest Ojcem Kościoła – mawiał Charles Péguy – Już wystarczajaco dużo znaczy być jego godnym synem”.

Klerykalizm jest wrogiem jawności i przejrzystości. Widac to było wyraźnie na przykładzie niezadowolenia, jakie w niektórych kręgach wywołało jubileuszowe „mea culpa” papieża Jana Pawła II. Kapłan jest święty i bezgrzeszny z urzędu – to pewien typ teologii wpajanej w seminariach. Skutkiem tego będzie otaczanie się ludźmi mówiącymi to, co chce się usłyszeć i przepowiadanie innym tego, czego nie zamierza się zastosować w stosunku do własnej osoby. Jednakże kapłaństwo przeżywane zbyt totalitarnie obraca się przeciw samemu kapłanowi. Księża, którym wpojono bycie ‘pasterzem”, „przewodnikiem”, „mistrzem” czy „liderem”, wnet poczują się przygnieceni balastem czynności. Ponadto, przy braku zdolności do akceptowania własnych słabości, spadnie na nich kryzys z powodu niemożności sprostania wszystkim oczekiwaniom, tak wiernych, jak i przełożonych.

Wielu przyjmujących święcenia wywodzi się ze środowisk post-modernistycznych, a więc o słabej tożsamości i niedokończonym procesie rozwoju integracji osobowej. Wymagania i zadania, płynące zwłaszcza z wygórowanych wyobrażeń o sobie samym i manii ustawiania się na piedestale wygenerują napięcia, które jeszcze bardziej skomplikują sprawę własnej identyfikaci. Niepewny siebie szuka pewności w odgrywanej roli. A to może sie skończyć brzydkim żartem. Za cenę doskonałego odgrywania swej roli odcinam i odrzucam to, co mnie gorszy i osłabia. Im więcej komplementów i pochwał, tym mniej prawdy o sobie. „Jestem przekonany – pisał pewien anonimowy kapłan – że świętość nie polega na tym, że się nie pomylę nigdy, ale na tym, że pozwolę się zbawiać Chrystusowi i będę Mu oddawał każdy mój grzech i każdy przejaw słabości”. Byłoby czymś pięknym dla „kapłana” spoglądającego na swych wiernych z przeciwnej strony ołtarza powrócić do pierwotnych znaczeń wczesnochrześcijańskiego „prezbitera”, czyli „starszego w wierze” pośród wierzącej wspólnoty. „Dla was jestem biskupem, a z wami chrześcijaninem” – mawiał św. Augustyn. Jakże terapeutyczne i wyzwalające działanie miałoby zdobycie się od czasu do czasu na wyznanie: „dla was jestem pasterzem, z wami jestem grzesznikiem”.

Słudzy nieużyteczni
Pozwolę sobie jeszcze na końcową uwagę: tylko jedno jest gorsze od klerykalnego księdza – klerykalny świecki. Kompleks niższości powoduje, ze prototyp dobrego katolika zazwyczaj funkcjonuje w standardzie klerykalnym. „Rozpowszechniło się w środowiskach kościelnych – wyjaśnia Joseph Ratzinger – przekonanie o tym, ze ktoś jest bardziej chrześcijaninem, o ile więcej się angażuje w działalność kościelną. Stosowany jest pewien rodzaj kościelnej terapii działania: każemu należy wskazać jakiś komitet lub przynajmniej jakąś powinność… Może się jednak zdarzyć, że ktoś podejmuje nieustannie jakieś działania stowarzyszeniowe w Kościele, a wcale nie jest chrześcijaninem. Może też być i tak, że ktoś żyje po prostu Słowem i sakramentem oraz praktykuje miłość wynikająca z wiary, a nigdy nie zaistnieje w kościelnych radach, nie weźmie udziału w synodach i nie zagłosuje w żadnej sprawie, mimo to jest prawdziwym chrześcijaninem”. Większość ofert duchownych dla świeckich wzoruje się na przykładach klerykalnych lub wzorcach monastycznych: zaangażuj się, módl się na brewiarzu, uprawiaj ascezę. Wymowne jest też stawianie za wzór małżonków, którzy ze względu na świętość postanowili nie iść więcej do łóżka razem, albo wychowali swe pociechy na księży lub siostry zakonne. Brakuje wciąż modeli chrześcijaństwa „radykalnego” dla świeckich!

Nie jest receptą na udane chrześcijaństwo walka świeckich z księżmi czy księży ze świeckimi. Nie rzecz w tym, by zbudować sobie getto laików obok kasty duchownych. I oddać się dyskusji, kto jest ważniejszy. Myślę, że sedno tych napięć najlepiej odsłania następujące ewangeliczne zdarzenie: „Wtedy ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: «Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem». Lecz On mu odpowiedział: «Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? Powiedział też do nich: «Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia»” (Łk 12, 13-15). Mogło w Ewangelii chodzić o pieniądze, ale i może chodzić o szeroko pojęte „dobra”: prestiż, znaczenie, racja, pierwszeństwo…

Po dwóch latach od śmierci Jana Pawła II i po osiemnastu latach od upadku PRL-u dotarliśmy do najistotniejszych pytań. W Jezusowej odpowiedzi nie chodzi o dobra, ale o samo życie. A ono nie zależy od tychże dóbr, nawet gdyby człowiek miał się w nich pławić. Czym zatem żyje mój Kościół? Co ożywia moje chrześcijańskie serce? Stanowisko, poczucie wyższości jednego nad drugim, szukanie racji? A może musimy sięgnąć do źródeł chrześcijańskiej samoświadomości: miłości Boga ukazanej w Chrystusie poprzez oddanie własnego życia i zajęcie ostatniego miejsca na Krzyżu? Tylko owa szalona i bezwarunkowa miłość Nauczyciela z Nazaretu jest w stanie zaspokoić najgłębsze pragnienia człowieka, wyrywając go z męczących lęków, jak i palącej ambicji. Im bardziej Kościół będzie poddawać się owemu sposobowi kochania, tym bardziej będzie odnajdywał siebie w komunii braci, gdzie każdy realizuje własne powołanie i każdy zadowala się wyborem własnego stanu, gdzie władza jest służbą dla innych, a służba gratyfikacją. Jezus przewidział trudności ludzkiej natury. Dlatego też wyposażył Kościół w wewnętrzny system bezpieczeństwa: «Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”» (Łk 17, 10).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata