70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Wcale się nie dziwię, że niski poziom zaufania wzajemnego w społeczeństwie okazuje się tak niszczący. Gdy nie ufamy nikomu, gdy okazanie zaufania mamy za głupotę (albo za podstęp: podejrzany jest ten, kto zdaje się ufać!), tracimy zdolność współpracy. Tak trudno coś skleić! Dotyczy to także gospodarki. Z braku zaufania lęgnie się drapieżna przedsiębiorczość krótkoterminowa, rekiństwo: wyrwać kęs i odpłynąć w ciemność.

Jeszcze pogrzeb R. K.
Cisza w kościele Świętego Krzyża. Dźwięk skrzypiec tylko ją podkreśla, nie napełnia kościoła, unosi się, jak wątły dymek kadzidła. Stąpania, szmery. Nawet grzechot żołnierskich butów wytłumiony. Warta honorowa dyskretnie zajmuje swoje miejsce.
Przez cały czas bardzo dużo ciszy, chociaż jest i śpiew i mówią ci i tamci. Ale cisza wraca. Dziś każde ze słów wypowiadanych i wspominanych ma swoją otoczkę ciszy.

*
Czytanie z Apokalipsy (Ap 5). Zawsze tajemnicze. Inny rodzaj przywoływania tego, w co mamy wierzyć.
Dziś, tutaj, nie przypadkiem przywołany ból z powodu niedostępności Księgi – ukazującej się jako zwój z obu stron zapisany i spięty pieczęciami. Jakaż to pieśń o ludzkiej niewystarczalności. Oczu nawet nie możemy podnieść na to, co rzeczywiście istotne. Póki te pieczęcie nie złamane, na nic wszystkie inne zwoje i księgi, na nic niebosiężne wieże biblioteczne i zbiory wszystkich możliwych układów słów.
Trzeba wysłuchać tekstu do końca. Wtedy pocieszenie: ze Zwycięstwa, które tamten zwój otwarło, płynie już światło na zapisane przez nas strony, odbija się w literach spod naszych rąk i tych wybijanych z naszego polecenia.

Wiosna

Zima w tym roku późna, krótka, małośnieżna. Jakby się nam już ocieplił klimat, przynajmniej prowizorycznie. Królowa Śniegu zajęta czym innym, może wpatruje się w swój odłamek diabelskiego lustra i wreszcie zdaje sobie sprawę ze swej brzydoty. Czy może raczej z kruchości swojej urody znikającej, gdy wkracza w świat miejski?

Szaro, ale jakby mniej śmiecia na trawnikach, wiatr gdzieś zagnał to, co już dawno wyszło spod śniegu i wyschło.

Wiosna w ptakach. Marcowa, szaropióra z bystrym oczkiem, uwija się wśród bezlistnych gałązek.

Odżegnuję się od personifikowania idei, na przykład „ojczyzny”. Personifikacja prowadzi gdzieś w stronę pogaństwa. Szczęśliwie nie ma ideologii wiosny. Wiosna jest zwyczajnie z bajki. To magiczna osoba, w której jawi się czysta „wiosenność”. Wcale nie koniecznie młoda. Wiosna i Marzanna to równolatki, tyle, że inny wiatr, inny zapach od nich wieje.

Sen

Rozległy pawilon pod wysokimi drzewami, połacie mokrych zielonych trawników. Nie teatr, raczej sala koncertowa lub świecki dom przedpogrzebowy (bez katafalku jednak). Plakat zapowiada spotkanie z profesorem Leszkiem Kołakowskim (po angielsku, choć to w Polsce jesteśmy). W rzędach krzeseł niezbyt wiele osób, siedzą grupkami. Zielona kurtyna, drewniana mównica z mikrofonem. Profesor trochę za wysoki, pochyla się, mówi, krótko, energicznie. Chcielibyście wiedzieć, o czym, co twierdził. Ale się nie zarejestrowało. Tylko same charakterystyczne kadencje. Wdaję się z nim w dyskusję, najpierw też po angielsku, potem już po polsku, staramy się coś sobie wzajemnie uświadomić. Rzecz dziwna: Profesor trwa przy katedrze, ja wciąż zmieniam miejsce na sali, siadam bliżej, dalej, po prawej, po lewej. Wreszcie biegnę schodkami na galerię. Stoję tam obok Ani Dymnej, ponad salą rzucam Profesorowi jakąś ripostę i nagle już po wszystkim, koniec krótkiego spotkania, Profesor znika, sala pustoszeje. Zostajemy z jakimiś strzępami myśli, diagnoz, a katastrofa się zbliża. Ania dokądś się śpieszy, musi tam być już zaraz, staram się za nią nadążyć przez gęstniejący fioletowy zmrok, bo ja też chcę być tam właśnie, dokąd ona się śpieszy.

Zapis z powstającego blogu (1)

Gniewam się na E., która tak sobie coś bąka o bezsensie życia. To jest jak zabawa rtęcią. Wyobraźnia wyświetla obraz, sylwetkę dziewczynki, która tylko co powiesiła się na drzewie nad rowem pełnym wiosennej zielenizny.

Szatan siewca rozpaczy.

Ale i my nieobecni obok tych, których trzeba bronić. Nie zawsze to proste, nie zawsze jest kogo winić. Ale na pewno brak w powietrzu ulotnych radosnych świadectw odkrywanego sensu, dobra, wierności, różnych zwycięstw przecież wciąż przez kogoś odnoszonych.

Kochana E., śpiewaj o swoim szczęściu, wiem, że je masz.

Inna nauka od E. z jej opowiadania na spotkaniu Wirydarza. Gdzieś na Zachodzie, chyba w Stanach, E. wciąż była brana za Rosjankę. Nie chciano jej wierzyć, że nawet po rosyjsku nie umie. Co w tym złego? To, że każdy (no, może prawie każdy) chce być tym, kim się czuje i sam to definiować. A więc: nie uzurpować sobie prawa do jakiejś własnej lepszej wiedzy, kim są inni. Idzie „ten inny”, jak w eseju Kapuścińskiego, wchodzi w moje życie i sam powie, kim jest. A ja będę badać, co to konkretnie znaczy.

Wejrzenie, podejrzenie

Jeden z moich ulubionych epizodów ewangelicznych (J 1, 38-1,50). Jezus wybiera sobie najbliższych uczniów, świadków, siewców swego Królestwa. Wybiera – czy raczej bierze, przybiera, bo nie dowiadujemy się nic o jakichś sprawdzianach, próbach. Jest jednak ktoś, kto nie zostaje przybrany. To biegły w prawie, który twierdzi, że chciałby iść za Jezusem, gdziekolwiek On się uda… Słyszy odpowiedź poruszającą: ten Nauczyciel nie ma gdzie głowy skłonić. Kandydat na ucznia mógłby mimo to pójść za nim, ruszyć na świętą włóczęgę. Ale chyba tego nie zrobił. Nie dostał zachęty (Mt 8,20). Ktoś inny, młody człowiek uwikłany w to, co posiada, otrzymał zachętę, ale sam zrezygnował (Mt 19,20-22).
Ale wróćmy do Natanaela. Skierowane do niego zaproszenie wydaje mi się szczególnie piękne. Jest znakiem i objawieniem, że wejrzenie Jezusa wnika we wnętrze człowieka. Tak było z Natanaelem. Nie wiemy, co przeżywał, jakiej pracy dokonywał w sobie, siedząc pod drzewem. Czy chronił się pod baldachimem skórzastych liści przed nagłym deszczem czy przed upałem? Jezus przypomina mu o tej chwili. Musiała być ważna, taka, że nie utonęła w potoku czasu.

Do takich chwil pod drzewami, czy przed ołtarzami, wraca się po podmuch tej samej siły, znów potrzebny. Czy Natanael czuł, że przenika go Czyjeś spojrzenie? Nie musiał. Mógł jednak, to się mieści w ludzkim doświadczeniu. Spojrzenie, wejrzenie, pytanie, obietnica: „jeżeli chcesz”.

*
Szatańska antyteza – sugestia Ojca Kłamstwa: Nic nie jest tym, czym się wydaje. Znaki trzeba czytać na wspak. Gorliwiec, ochotnik to prowokator. Nieuprawnione jest wszelkie domniemanie niewinności. Jedynie rozsądne jest domniemanie zdrady, umyślności każdego zła, które się zdarza. I domniemanie odrzucenia: patrzący na mnie coś podejrzewa, coś dostrzega przez szparę w swojej i mojej tarczy. Dostrzega miejsce, gdzie już tkwi zatruta strzała, trzeba tylko następnej dawki. Ten człowiek, tam pod drzewem kryje się w cieniu, by knuć, by oswajać się z planowaną zdradą.

*
Wcale się nie dziwię, że niski poziom zaufania wzajemnego w społeczeństwie okazuje się tak niszczący. Gdy nie ufamy nikomu, gdy okazanie zaufania mamy za głupotę (albo za podstęp: podejrzany jest ten, kto zdaje się ufać!), tracimy zdolność współpracy. Tak trudno coś skleić! Dotyczy to także gospodarki. Z braku zaufania lęgnie się drapieżna przedsiębiorczość krótkoterminowa, rekiństwo: wyrwać kęs i odpłynąć w ciemność.

Zapis z blogu (2)

Młody archeolog sądzi, że jego zainteresowania mają coś wspólnego z fascynacją „tym innym”, z praktykowaniem tolerancji i dialogu. Nie dziwi mnie to. Szukając kamiennych narzędzi przodków M., spotyka na swoich drogach dzisiejszych „innych”. To oczywiste. Ale liczy się też kontakt poprzez odnajdywane przedmioty z ich wytwórcami. Poszerza się pole odczuwania człowieczeństwa.
Teilhard de Chardin. Przed wielu laty Anna Morawska wprowadzała jego teksty w moje życie. Niby to nie pasowały do mojego stylu myślenia. Studia wpoiły mi ideał czystości metodologicznej, trzymania się zadeklarowanej płaszczyzny rozważań. Trwam przy tym postulacie.

Ale widzę też wartość Teilhardowskiej wizji i coraz bardziej z niej korzystam. Myślę, że Teilhard miał świadomość siebie – człowieka jako lustra wszechświata. W tym lustrze Chrystus-Bóg-Człowiek spaja wszystko w pełną miłości całość. Więc nie dziwi Teihardowski szacunek na przykład dla kamieni, dla materii w ogóle. Myślę, że Teilhard tak dotykał chińskich skał jak archeolog M. mojego okazu „wołyńskiego krzemienia”. Ale chciałabym przelać w niego trochę popperowskiej ostrożności poznawczej. Tak w ogóle – to „brzytwy Ockhama” nie powinno się nadużywać, ale jednak jest to narzędzie przydatne w świecie pełnym wielkich zmyśleń, mnożenia bytów bez żadnej konieczności, dla zaspokojenia nieistniejących potrzeb.

Mądrość serca

Co to może być? Na czym może polegać mądrość zagnieżdżona w „sercu”, w tym aspekcie czy „miejscu” duszy, gdzie umieszczamy miłość? Miłość – siłę zmierzającą wprost ku temu, kto miłowany, nie ku idei, lecz ku istnieniu Drugiego. Miłość – to, co przetrwa, co jest już, podczas gdy wiara i nadzieja wędrują przez ciemną dolinę „jeszcze nie”.

Mądrość, a więc jakieś rozeznanie, orientacja, ogląd. Mądrość serca coś mówi o stworzeniu, o gospodarowaniu w Ogrodzie Bożym, w tym wszystkim, co Bóg znalazł dobrym.

*
Co dyktuje mądrość serca? Nie ma na to definicji. Myślę, że mądrość serca skodyfikował – czysto praktycznie – Jacek Kuroń, głosząc, że lepiej jest niechcący nakarmić wielki tłum naciągaczy, leniuchów i wydrwigroszy, niż odepchnąć od stołu jednego naprawdę potrzebującego.
Mądrość serca dyktuje domniemania, które świat uzna za naiwne, lekkomyślne, szaleńcze, nie do przyjęcia.

„Świat” – ten „świat”, od którego Jezus nas odłącza, nie praktykuje mądrości serca, ma ją za sentymentalizm. A przecież jest to prawdziwa mądrość, która sprzyja życiu. Lepiej jest postępować tak, jak radzi Kuroń: mieć najpierw na względzie to, by nie skrzywdzić.

Domniemania, które dyktuje mądrość serca. Najpierw to oryginalnie Kuroniowe: domniemanie realności potrzeby – potrzeby proszącego albo nawet niechcącego prosić, ale wykluczonego od udziału w uczcie, z której ja korzystam.

Za tym domniemaniem idzie drugie, ciekawe, że i to Jacek uparcie w sobie żywił: domniemanie niewinności. Jacek trwał przy nim także w sytuacjach, gdy większość czuła się do tego już niezdolna.
W sądzie mocny dowód zmusza do uznania winy i wydania wyroku. Ale i tam coś z domniemania niewinności może ocaleć: w przypadku wątpliwości rozstrzygać trzeba na korzyść oskarżonego, na korzyść winnego. Aby nie skrzywdzić! A w osobistym życiu: nosić w sobie pożywkę dla wątpliwości, które da się może rozstrzygnąć na korzyść winowajcy. Częściej, mocniej wątpić, tak by może już nie sądzić wcale. I dzięki temu nie być sądzonym (jak to jest obiecane)!

Straszny zaczyna być świat, gdy byle próchno, łajno, duchowy ekskrement starcza za podstawę wyroku, bo mądrość serca zagłuszono. Inną mądrość, w której serce nie ma udziału, dyktuje aksjomat: lepiej skrzywdzić niż przepuścić winę. Tu też się mieści karanie śmiercią i wykonywanie wyroku także na nawróconych. Tu ma swoją rolę szatańskie domniemanie nieszczerości, nacechowane pewnością nie do przełamania.

Mądrość serca nie dyktuje domniemania wzajemności za dobro. W naszych ludzkich stosunkach nie ma takich gwarancji: ja dam, mnie dadzą, ja wybaczę, mnie wybaczą. Te nierówności dają się rozwiązać tylko z udziałem Boga, z liczeniem na Jego obietnice, które Sam spełni i kiedyś zobaczę, że są spełnione. Mądrość serca uczy liczyć na to właśnie.

Najważniejsze domniemanie mądrości serca – to Pascalowskie: Haszem nas nie łudzi, nie każe błądzić. Nie brniemy w zatracenie, słuchając Mądrości Serca. Ona ma być kompasem, to GPS nastawiony na nieproste, ale pewne trasy.

Niedziela Palmowa 2007

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata