|

TEMATY I REFLEKSJE
Prawda (fragment)
JERZY SURDYKOWSKI
Nie prawda dowodów, prawda teczek, źródeł,
prawda tysięcy małych i jako tako pozbieranych
do kupy faktów, ale prawda opromieniona miłością.
Jeśli ktoś woła „prawda was wyzwoli”, a ma
tylko suche dowody – kłamie. Tylko taki jedyny
paradygmat jest cokolwiek wart i nie podlega
falsyfikacji.
Łatwiej jest pisać o kłamstwie, czego już próbowałem. Łatwo
i przyjemnie jest nabijać się z kłamstw i kłamstewek chociażby polityków,
ale faktycznie nas wszystkich. Jakże przeżyć dzień bez kłamstwa?
Obyczaj – mądry doświadczeniem tysięcy pokoleń – wypracował
na to swoje sposoby; niedawno obchodziliśmy dzień kłamstwa
i kłamców, mocą starorzymskiej tradycji przypadający 1 kwietnia.
Ale próżno szukać w kalendarzu dnia prawdy. Fanatyk prawdomówności
zbrzydzony rutyną życia w kłamstwie już pierwszego dnia stałby
się wrogiem publicznym. Czy można, nie kłamiąc, powiedzieć
czule „jak się masz, kochanie?” niesympatycznej osobie, z którą wypada
rano wstać z pościeli? A potem podobnie przez cały dzień: nie
da się wprost powiedzieć mężowi prawdy, że jest nieznośny, dzieciom,
że nieudane, szefowi, że głupi, koledze, że oszust, kochankowi,
że nudny – trzeba trochę kłamać. Jak lekarz ma bez kłamstwa
rozmawiać z pacjentem, jak opowiadać dzieciom bajki, które z samej
istoty opisują rzeczywistość nieprawdziwą? Łatwo zidentyfikować
kłamstwo, tym bardziej że tyle kłamliwej tandety nas wokół
otacza. Ale gdzie jest prawda? Jak odnaleźć jej złote ziarno w miałkim
piachu codzienności? W jakim sicie odsiewać ten uciążliwy balast?
No i jaka prawda? A może czyja?
Przekleństwo filozofów
Według Arystotelesa wszystko jest proste. Prawda to zgodność
z rzeczywistością; kiedy mówimy, że dwa razy dwa jest cztery albo
że pies ma ogon – wszystko jest w porządku. Kiedy usiłujemy komuś
wcisnąć kit o kilku ogonach albo o gruszkach na wierzbie – kłamiemy.
„Rzeczy są przyczynami prawdziwości” – jak powiadał Arystoteles. Ten, kto ukradł lub zabił, może się wypierać, lecz dowody rzeczowe
pokazują prawdę. Ale tylko na poziomie potoczności. Rzeczywistość
składa się bowiem z mnóstwa faktów. O nich dżentelmeni nie
dyskutują, potwierdza je naoczność, naukowe doświadczenie albo
wiarygodne świadectwo. Wiadomo, ile pies ma ogonów i że gruszki
na wierzbie nie rosną. Ale co zrobić, gdy z mnóstwa jednostkowych
faktów trzeba wyprowadzić jakieś ogólniejsze stwierdzenie i dowieść
jego prawdziwości? Na przykład o czyjejś winie zagrożonej wysokim
wyrokiem albo o teorii ekonomicznej, której zastosowanie zadecyduje
o pomyślności bądź upadku państwa. Każdy fakt jest „małą prawdą”;
stał się, nie sposób go podważyć. Ale jak dojść do „prawd większych”?
Nie można przecież żyć tylko na poziomie małych, naocznych prawdeczek,
choć są to prawdy niezbite. Żona, która nie lubi męża z powodu
tego, że obejrzał się za jakąś dzierlatką, wyprowadzi wniosek, iż
bez wątpienia ją zdradza, i utwierdzi się w swojej niechęci. Kochającej
ten fakt nie obejdzie albo ją rozśmieszy. Z mnóstwa faktów pokazujących,
że jeśli ludzie mają pieniądze, to kupują potrzebne im rzeczy,
można wyprowadzić wniosek, że należy w banku narodowym nadrukować
jak najwięcej banknotów, a wtedy zapanuje pożądana szczęśliwość.
Ale można też uznać, że pieniądz trzeba szanować, bo łatwo go
zepsuć. Kości naszych dalekich przodków wykazują podobieństwo do
małpy, stąd Darwin wysnuł swoją teorię, ale są tacy, co interpretują te
fakty inaczej i też wierzą w swoją prawdę. Jeśli tak, to prawda już
odklejona od poziomu naocznej potoczności jest sprawą paradygmatu,
a więc zespołu założeń, które przyjmuje się bez dowodu, a także
sprawą wiary, przekonań, kultury, w której się żyje. Nawet w nauce.
Stąd, że cząstki raz objawiają się nam jako obiekty materialne, a raz
jako fale, można wyprowadzić teorię kwantów, ale można to także
interpretować odmiennie. Spadające jabłko huknęło Newtona w łeb
i stąd wyprowadził swoją teorię grawitacji. Ale potem przyszedł Einstein
i pokazał, że w innym świecie jabłko wcale nie musi spaść na
niczyją głowę, choć nie ma to nic wspólnego z naocznością. A teraz
zaczyna pękać także Einstein, sypią się nawet kwanty i świtają zupełnie
nowe teorie. A więc gdzie jest prawda? A może jest tak, jak kiedyś
ujął to z właściwą sobie dosadnością nieoceniony Lech Wałęsa – prawda
jest jak dupa: każdy siedzi na własnej – co jest, inaczej mówiąc, zwięźle sformułowanym wykładem filozofii sofistów. Jeśli nawet inni powiadają,
że twoja prawda jest groźną bzdurą, i podpierają się przykładami,
to teorię można wymienić, a o przykładach zapomnieć,
zwłaszcza kiedy przy okazji wymieni się elity. Wszak jeszcze przed
Arystotelesem powiadał przewidująco Heraklit: „Złymi świadkami
są oczy i uszy dla ludzi mających dusze barbarzyńców”.
Więcej na łamach majowego numeru „Znaku”
Zamów numer
JERZY SURDYKOWSKI, ur. 1939, pisarz, publicysta, obieżyświat. W latach
1980–1990 wiceprezes SDP. W latach 1990–1996 konsul generalny
RP w Nowym Jorku, od 1999 do 2003 roku ambasador RP w Tajlandii,
Birmie i na Filipinach. W roku 2005 ukazała się jego powieść SOS, a ostatnio
tom esejów filozoficznych Wołanie o sens.
POCZĄTEK STRONY |