|

TEMAT MIESIĄCA:
Nie dać Kościołowi umrzeć
Modus moriendi Kościoła
(fragment)
OTO MÁDR
Czy mamy gwarancję, że my sami nigdy
nie znajdziemy się w sytuacji umierającego
Kościoła? Można umrzeć nie tylko z powodu
śmiertelnej rany, ale i z powodu przewlekłej
śmiertelnej choroby.
Niniejszy tekst ukazał się (pod pseudonimem Franz Markus) w drugiej połowie lat
70. Publikujemy go w „Znaku” za zgodą Autora.
Przyjmijmy, że Kościół również umiera. Nie jest to tylko hipotetyczne
założenie, choć wierzymy, że Kościół pozostanie aż do końca
czasów. Albania jest pierwszym krajem bez religii, tak przynajmniej
brzmi oficjalna teza; rzeczywistość nie będzie od tego zbyt
odległa, zwłaszcza jeśli chodzi o widoki na przyszłość. Jak długo jeszcze
pozostaną resztki kościelnej struktury? Jak długo wierzący mogą
znosić presję? I kiedy przybędą kolejne Albanie?
Nie jest rzeczą zbyt przyjemną myśleć o tych udręczonych braciach
i siostrach, ale czy mamy gwarancję, że my sami nigdy nie
znajdziemy się w sytuacji umierającego Kościoła? Czyż nie jesteśmy
już w takiej sytuacji, choćby i na jej progu? Można umrzeć nie
tylko z powodu śmiertelnej rany, ale i z powodu przewlekłej śmiertelnej
choroby.
W Kościele zachodzi trojaki proces: powstawanie – rozkwit –
zamieranie. Wszystko stale i jednocześnie.
Kościół p o w s t a j ą c y – to nie jest tylko sprawa czasów apostolskich
i misyjnego zakładania Kościoła. Kościół powstaje w każdej
nowej parafii i w każdej osobie, która przyjmuje chrzest albo wraca
do wiary. I w każdym nowym pokoleniu wierzących (Karl Rahner).
Kościół k w i t n ą c y (w rozkwicie) – to dojrzały, w pełni żywy
organizm. Bogata oferta wartości duchowych. Wielki zbiór form życia
wewnętrznego i zewnętrznego. Rosnące zadania, potrzeba czynnych
ludzi. W pierwszym stadium pojawiają się już jednostki, które właściwie
należą do tego drugiego.
To stadium maksymalnie zaspokaja jego – aktywnych i biernych
– uczestników. Nadzieje przeważnie się spełniają, włożona energia
rzadko tylko pozostaje bez efektu. Mnóstwo wiernych i obficie oddziałujące
życie dają poczucie pewności: wszak rzeczywistość potwierdza
wiarę. Mieszka się w wykończonym, dobrze urządzonym
domu. Tak się przejawia owo stadium jako norma; ubytek w jakimkolwiek
kierunku uważa się za upadek.
Kościół z a m i e r a j ą c y – nie jest tożsamy z Kościołem prześladowanym
albo wewnętrznie przechodzącym wstrząs: ten może mieć
silną, ba, nawet wzrastającą żywotność. Kościół zaczyna obumierać,
ponieważ stale maleje, jeśli chodzi o liczbę, ale przede wszystkim
dlatego, że słabnie intensywność życia z wiary. Nie ma znaczenia,
czy Kościół znika ze społeczeństwa jako całość – albo też znika jako
fizyczna czy duchowa jednostka. Kościół jest uśmiercany w każdym
męczenniku, więcej: on umiera w tym, kto sam się sprzedaje; najboleśniej
zaś umiera w każdym dziecku, w którego duszy ktoś zadeptał
dobre ziarno. I w historycznych zwrotach – i również z każdym starym
pokoleniem odchodzi Kościół, który tu do tej pory żył.
Życie z perspektywą końca załamuje i tłumi entuzjazm. To jest
zupełnie oczywiste, śmierć nie może wzbudzać życia – dopóki człowiek
pozostaje w biologicznej niewoli. Dopiero potem następuje, jak
wiemy, zwyczajny łańcuch reakcji: wyśniony optymizm – desperacki
upór – gorzki pesymizm – wewnętrzna emigracja – faktyczna ucieczka.
Ale czy coś takiego jest konieczne? Ludzkie? Chrześcijańskie?
Przyjmijmy jednak do wiadomości, że umieranie należy do życia
Kościoła, tak jak zrodzenie i pełna dojrzałość. Wszystkie te stadia są
cenne przed Bogiem, wszystkie są w Jego planach. I tak na pewno
jest, że w każdym z nich – i w tym ostatnim – czegoś się od nas,
chrześcijan, oczekuje, i to czegoś istotnego. Oczywiście, każdy historyczny
i osobisty wariant zadaje swoje własne pytania.
Nas teraz interesują umierające cząstki Kościoła. Żadna z nich
nie ma zagwarantowanej ziemskiej nieśmiertelności. Całe wielkie terytoria
leżą dziś „w obszarze niewierzących”, tak Jerozolima, jak
i Konstantynopol. Czy nie mogłoby to spotkać tak Rzymu, jak i całej
Europy? Kościół Chrystusowy jednakże żyłby dalej, i nie potrzeba
o tym wątpić.
Więcej na łamach majowego numeru „Znaku”
Zamów numer
OTO MÁDR, ur. 1917, czeski teolog i publicysta, ksiądz – symbol oporu
Kościoła czechosłowackiego wobec reżimu komunistycznego. W 1950 r.
władze oskarżyły go o szpiegostwo i skazały na dożywocie. Zwolniony
po 16 latach, współpracował z kard. Tomáškiem i ruchem Karta 77. Po
1989 r. był redaktorem naczelnym pisma „Teologické texty”.
POCZĄTEK STRONY |