70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

To nie atak na Kościół – to głos w obronie ludzi

Rezygnując z funkcji oficjalnego reprezentanta instytucji Kościoła, pozostaję jednak związany z katolicyzmem: wiarą, skłonnością intelektualną, wychowaniem, osobistym wyborem.

,,Ci słudzy kościoła, którzy (…) głoszą, że maksymy przybliżające nas nieustannie do wiary religijnej są raczej godne potępienia, a zbawić może jedynie wierność wobec historycznej i stanowionej części wiary kościelnej, mogą być słusznie obwinieni o pseudosłużbę [świadczoną] kościołowi albo (temu, co kościół sobą przedstawia) etycznej wspólnocie pod panowaniem dobrego pryncypium”.
Immanuel Kant,
Religia w obrębie samego rozumu

Kryzys Kościoła to – jak mówią teologowie – jego stan permanentny . Załamanie, upadek, rozpad – wszystko to etapy przejścia, konieczny warunek odrodzenia. Ziarno musi obumrzeć, by wydać owoc, uczył Jezus. Perspektywa śmierci dającej życie wskazuje drogę, którą kroczymy wszyscy – jednostki i zbiorowości.

Odmowa
Jednak nikt nie chce umierać, nikt nie chce ryzykować utraty stanu posiadania. Dotyczy to zarówno pojedynczych ludzi, jak i instytucji, w tym Kościoła. Być może dlatego prawda religijna zaczyna być wykorzystywana do usprawiedliwienia status quo, do uzasadniania odmowy zmiany. W tym duchu powiada się, że „Kościół święty grzesznych ludzi”…, że grzech to rzeczywistość, z którą się liczymy…, że potrzeba osobistego nawrócenia. Prawda religijna otrzymuje zadanie jej obce: ma przesłonić skandaliczność zła. Mówimy o grzeszności, by zwolnić się z obowiązku zmiany struktur generujących zło. Poprawny skądinąd religijny dyskurs staje na straży bierności, niechęci działania i myślenia.

Dwie drogi
Naprzeciw siebie stają dwa typy antropologii. Pierwszy to ideał absolutnej wolności człowieka, swoisty etyczny solipsyzm, będący skrajnym indywidualizmem. Głoszą go ci, którzy mówią, iż naprawa może przyjść jedynie przez indywidualne etyczno-religijne nawrócenie. Druga postawa wskazuje na ograniczenia ludzkiej wolności. Choć nie przyjmuje ona radykalnego determinizmu, bada wnikliwie ludzkie uwarunkowania i nie pogardza ich opisem. Zwraca uwagę na siłę oddziaływania środowiska życiowego człowieka.

Sprzyja temu współczesna wiedza. Socjologia pokazuje, w jaki sposób człowiek jest wytworem społeczeństwa, w którym żyje. Psychologia, antropologia kulturowa, historia kultur dają wgląd w zasięg ludzkich uwarunkowań osobistych i dziejowych. I choć proces uświadamiania sobie własnych zależności stanowi o ludzkiej wolności, potencjale odnajdywania dystansu, nie daje jednak wolności absolutnej, nie pozwala na cudowną odmianę wszystkiego.

Nowożytne rozdarcie
Do radykalnej polaryzacji − albo wolność, albo determinizm − zmierza Joseph Ratzinger komentujący w książce Czas przemian w Europie stanowisko Jürgena Habermasa . W istocie ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary opowiada się po stronie „etycznego solipsyzmu”, który odmawia pomyślenia o determinantach ludzkiego życia w obawie, iż pozbawi to człowieka wolności, a dokładnej: uwolni od odpowiedzialności (moralnego zobowiązania). Mamy w tej perspektywie alternatywę rozłączną: albo wolność, albo determinizm. Formuły pośrednie, czy to stopniowanie wolności, czy pomyślenie o niej jako o czymś do pewnego stopnia możliwym pomimo świadomości istotnych determinacji, jak chciał chociażby Karl Popper w swej formule rozumu krytycznego, są tutaj nie do przyjęcia.

Podstawą metafizyczną takiego ujmowania kwestii jest kartezjańska „opcja” ostro rozdzielająca substancję rozciągłą od myślącej, co w konsekwencji oznacza ideę radykalnej autonomii tej drugiej. Wystarczyłoby jednak rozważyć konsekwencje uwarunkowań ontycznych bytu stworzonego zawarte choćby w klasycznej metafizyce Tomasza z Akwinu, co naprawdę oznacza „bycie stworzonym”, bycie skutkiem – żeby znaleźć się bliżej tych współczesnych humanistów, którzy nie boją się spojrzeć twarzą w twarz uwarunkowaniom ludzkiej wolności. Metafizyka Akwinaty, dopuszczając gradację bytów, równocześnie wyzwala z pułapki bipolarności. Mamy więc stopnie wolności, stopnie prawdy, ponieważ mamy stopnie bytu (wzrastającą–malejącą intensywność istnienia zarówno na poziomie ontycznym, jak i etycznym).

Droga donikąd
Jeśli jednak tkwimy w szponach nowożytnego paradygmatu myślenia, nie unikniemy etycznego solipsyzmu. Znajduje on w kontekście religijnym dwa możliwe rozwiązania: albo własny heroiczny wysiłek samostanowienia etycznego, albo rezygnację z wolności i powierzenie całości życiowego dzieła działaniu boskiej przyczyny.

To drugie stanowisko jest dziś popularne w sporze o kryzys i reformę Kościoła. Jednak odwołanie się do wyłącznej przyczyny pierwiastka nadprzyrodzonego gubi wymiar przyrodzony. Metodą argumentacji jest tutaj wspomniana już retoryka religijna wzywająca do osobistego nawrócenia. Nawrócenie − rzecz istotna – jest dziełem Boga w człowieku. Wymaga jednak udziału ludzkiej strony. Ten aspekt nie zostaje uwzględniony, kiedy odwraca się głowę od uwarunkowań ludzkiej wolności, co najpierw znajduje wyraz w odmowie debaty o wpływie organizacji życia na jednostkę. Nasuwa się więc pytanie, czy nie jest to forma uniku, swoista ucieczka od wolności ku iluzyjnej, wytworzonej na własny obraz i podobieństwo boskości.

Dogmatyczny drogowskaz
Tak zarysowany przedmiot domaga się przywołania fundamentalnych pryncypiów teologicznych. Istotną regulatywną rolę odgrywa dogmat chalcedoński . Sens sporu chrystologicznego z V wieku dotyczył zrozumienia, kim był Jezus. Jedni wykluczali Jego boskość, inni – Jego człowieczeństwo, jeszcze inni mieszali ze sobą oba wymiary Logosu. Dogmat ustala ortodoksję: prawdziwe człowieczeństwo i prawdziwa boskość zarazem, niezmieszane. W tej perspektywie trzeba teraz spojrzeć na Kościół jako sakrament Boga. Mówimy o boskiej i ludzkiej naturze Kościoła – natura ludzka nie znosi boskiej, natura boska nie znosi ludzkiej. Ludzka kondycja ludzi Kościoła, podobnie jak ludzka kondycja Jezusa pozostają nienaruszone.

Człowieczeństwo wehikułem boskości
Można więc i należy mówić o Jezusie jako o człowieku bez konieczności każdorazowego zastrzegania się, że oczywiście był Bogiem. Tym bardziej, że to Jego człowieczeństwo jest wehikułem boskości, jej znakiem − sakramentem właśnie. Jedyną drogą docierania do boskiej natury Jezusa dla nas, ludzi, jest Jego ludzka natura.

Tym samym nasze człowieczeństwo staje się dla nas pośrednikiem. Człowieczeństwo członków Kościoła to szczególne miejsce, znak i wyraz boskiej obecności, którą w technicznym języku teologii nazywa się łaską. Sztuczna sakralizacja, zarówno w kulcie Jezusa, jak i w kulcie ludzi Kościoła sprawia, że za ułudną mgłą na własną miarę skleconego wyobrażenia boskości ginie dostęp do ich człowieczeństwa – wehikułu boskości.

Tymczasem boskość na miarę ludzkich wyobrażeń czyni często z Boga okrutnego despotę i sędziego. Jego wszechmoc w głowie człowieka roi się jako autorytaryzm; a wszechwiedza i opatrzność stają się synonimami wszechwścibskości i podglądactwa. Trzeba bronić Boga przed człowiekiem!
Ochronić zaś człowieczeństwo znaczy teraz − ocalić ludzkie ograniczenia przed iluzją fałszywej boskości. Ocalić musimy je najpierw we własnym obrazie Jezusa z Nazaretu.

Uwarunkowania
W tym duchu pamiętać trzeba, że zachowania człowieka generowane są w olbrzymiej mierze przez środowisko. Jesteśmy rzeczywiście dziećmi swoich czasów (których znaki trzeba dalej rozpoznawać), wychowania, języka, rodziny: uwarunkowani emocjonalnie i kulturowo. Odpowiednie wychowanie skłania do dojrzewania, właściwe relacje w rodzinie umacniają poczucie wartości własnego życia, itd. I vice versa.

Gdy doznajemy pogardy, uczymy się pogardzać innymi − taki jest los istotnej części wychowanków seminariów duchownych. Kiedy przełożeni wynoszą się, wtedy podwładni nieświadomie interioryzują w sobie taką postawę. Tak ukształtowani młodzi ludzie, jeśli zabraknie im wyjątkowych zdolności autorefleksji, wkraczają w życie kapłańskie z implantowanym wewnętrznie niekiedy olbrzymim potencjałem pogardy. Z kolei przełożeni kościelni (lub kandydaci na przełożonych), żyjąc w systemie społecznym, w którym wartość osoby ludzkiej, kryterium sensowności jej życia zależy w dużej mierze od szczebla w hierarchii kościelnej, poddawani zostają nieodpartej presji karierowiczostwa.
Nie sam fakt istnienia stopni i hierarchii, ale funkcjonowanie w zamkniętym środowisku, brak emocjonalnej alternatywy, innej przestrzeni odnajdywania sensu i wartości własnego życia (choćby przez posiadanie rodziny, dzieci), sprawia, iż zjawisko karierowiczostwa jest popularne i tak dewastujące psychicznie duchownych (także tych, którzy konstatują gorzko, że w tym wyścigu szans nie mają). Nie bez znaczenia jest nadmierny (czasowo i treściowo) zakres władzy przełożonych w Kościele przy braku cywilizowanych instrumentów kontrolnych.

Czy nie jest zastanawiające, że kardyanł Ratzinger, słusznie ganiąc w swoim czasie duchownych za nastawienie na karierę, nie potrafił zauważyć, że od wielu lat żyje w systemie organizacji życia kurii rzymskiej, który takie wady generuje i wzmacnia? Religijna retoryka (o potrzebie nawrócenia) znów zaczyna grać rolę maskującą: miast odsłaniać, zakrywa rzeczywistość. Trzeba więc upomnieć się o dobro młodych ludzi, którzy chcą się poświęcić Bogu w Kościele, i zapytać, dlaczego dostają taki społeczny trening.

Dobro ludzi − dobro instytucji
Dobro człowieka, a nie prosperita instytucji Kościoła − tylko taka hierarchia wartości godna jest akceptacji. Duchowy rozwój ludzi, ich wolności, zdolności pojmowania prawdy o sobie, o świecie, o Bogu. Zawsze, gdy pojawia się sprzeczność, należy stawać po stronie człowieka, nawet za cenę krytyki instytucji kościelnych.

Skąd płynie siła i trwałość stawiania instytucji nad dobro człowieka − nad tym pytaniem trzeba by się bez lęku pochylić. Co sprawia, że dobro instytucji staje się dobrem pierwszym, najwyższym, tak że w sytuacji konfliktu wartości wygrywa z dobrem jednostki? Teologia i praktyka życia kościelnego − tutaj szukać trzeba odpowiedzi. Teologia skupiona na Kościele zajmującym się samym sobą. O praktyce już pisałem.
W duchu takiego swoistego kultu niejasnej hipostazy Kościoła wypowiadał się niedawno w „Tygodniku Powszechnym” Paweł Kozacki OP . Jego słowa sprawiają wrażenie służenia Kościołowi − jakiejś idei Kościoła idealnego, bytu abstrakcyjnego, oderwanego od ludzi, którzy Kościół stanowią, dla której to idei dobrze poświęcić wszystko, tym tylko wypełnić swe życie.

Sam kiedyś tak myślałem. Dziś myślę inaczej. Skąd zmiana? Zobaczyłem, jak ten abstrakcyjny byt − idea Kościoła – staje się Molochem, dla którego poświęca się dobro konkretnego człowieka. By jednak być dobrze zrozumianym − nie mówię: „Kościół jest Molochem”, raczej: ludzie Kościoła tak mu służą, że czynią sobie z niego bałwana. Fałszywa sakralizacja sprawia, że wiara zaczyna przypominać jakiś barbarzyński kult. Podobieństwa można znaleźć u wszelkiej maści ideologów walczących o idee, tak że poświęcają jednostkę w zapale służby „dla sprawy”.

Jeśli więc pytamy o miłość do Kościoła, pytać musimy o miłość do człowieka. On jest uprzywilejowanym miejscem ujawniania się Boga. To centralny punkt nauki Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Nie istnieje Kościół, byt abstrakcyjny, idea teologiczna, organizacja historyczna poza konkretnymi ludźmi złączonymi wiarą w obecność Boga pośród nich. Pielgrzymujący przez pokolenia Boży lud − oto jego imię.

Dramat za kurtyną
Dziś jednak to instytucje kościelne stawiają siebie na pierwszym miejscu, przed dobrem ludzi. Struktura organizacji życia kościelnego przeniesiona mechanicznie z innych epok jest źródłem wielu duchowych i psychicznych cierpień duchownych i świeckich. Niewielki fragment tego ludzkiego dramatu odsłonił prof. Józef Baniak, omawiając w „Tygodniku Powszechnym” swoje badania nad duchowieństwem w Polsce: „Bardzo wielu z moich rozmówców to ludzie głęboko zranieni psychicznie i emocjonalnie w warunkach wieloletniej samotności”.

I choć zewnętrzny obserwator będzie zaskoczony takimi stwierdzeniami, to w istocie jedynie niewielki procent – tylko osoby o szczególnych psychicznych predyspozycjach (do tego mające trochę życiowego szczęścia) – nie podlega temu negatywnemu oddziaływaniu. Jeśli nierzadki jest widok ruiny moralnej i psychicznej duchownych, zakonnic, zakonników – nie wolno milczeć. Kiedy obrazem potocznym staje się obraz rozbuchanego „ego” duchownych, trzeba zapytać: kto ich tak wychowywał i co to za wychowanie? Bliska prawdy staje się gorzka konstatacja, że im ściślej wierzący wiąże się z instytucjami kościelnymi w obecnym ich kształcie, tym bardziej naraża się na szkody na duszy i psychice.

System dający nadmierną władzę grupie (przełożonemu) nad człowiekiem sprawia, że podwładni łatwo stają się ofiarami, pozbawionymi praw, niezdolnymi w większości do obrony, przełożeni zaś nolens volens wchodzą w rolę ciemięzców. Kiedy ktoś zaczyna funkcjonować w grupie społecznej dającej mu nadmiar władzy nad jednostką (a taka jest sytuacja przełożonego kościelnego), łatwo traci z oczu fakt, że takie dysponowanie losem człowieka jest nadużyciem. Nie wolno podejmować pewnych decyzji za drugiego. Wkraczanie w ten sposób w osobisty świat podwładnego grozi jego rozbiciem między innymi poprzez zatarcie granic między osobą a instytucją. Z czasem wrażliwość na to zgubi najwrażliwszy przełożony. Wtedy też skutki jego oddziaływania stają się wyraźnie destrukcyjne, zwłaszcza dla mniej odpornych jednostek.

Podwładny w strukturze kościelnej, całkowicie życiowo zależny od swej grupy przynależności, skłaniany jest do działań lojalnościowych, które depczą jego godność. Ubezwłasnowolniony w wielu życiowych kwestiach staje się jak wieczne dziecko: niedojrzały emocjonalnie, niezdolny do trwałych związków z ludźmi. Jak budować trwałe więzi, skoro nie ma się wpływu ani na miejsce zamieszkania, ani na czas przebywania w danym miejscu. Jak osiągać psychiczną równowagę, kiedy wszelki związek – przyjaźń celibatariusza z drugim człowiekiem – staje się podejrzany: „ma babę” versus „to ci ksiądz − przyjaciel młodzieży męskiej”. Nie będę pisał o deprywacji wymiaru intymności, pozbawieniu dostępu do ludzkiej czułości, która u ssaków nie znika po okresie niemowlęctwa.

Jeśli nawet kiedyś o tym wszystkim nie wiedziano, jeśli nie dysponowano odpowiednią wiedzą o ludzkiej psychice, o mechanizmach społecznych rządzących zamkniętymi grupami, to dziś jest wymogiem sumienia mieć wzgląd na te uwarunkowania.

Rozterka
Widząc to, stanąłem przed wyborem. Zmuszony zostałem w pewnym sensie do podjęcia decyzji, która jest deklaracją dystansu wobec takiego systemu życia. Rezygnując z funkcji oficjalnego reprezentanta instytucji Kościoła, pozostaję jednak związany z katolicyzmem: wiarą, skłonnością intelektualną, wychowaniem, osobistym wyborem.

Nie chcę, by moje słowa (choć wypowiedziane otwarcie) były odbierane jako atak na Kościół. Mają być raczej głosem w obronie ludzi. Oni, zaplątani w świecie kościelnych zależności, uzależnieni emocjonalnie, moralnie i − last but not least − finansowo, nie będą potrafili wkroczyć na ścieżki wolności.
Powołaniem Kościoła jest pomagać człowiekowi odnajdywać drogę do Boga. A droga ta prowadzi przez drugiego człowieka. Tak więc Kościół powinien podejmować to wezwanie, służąc człowiekowi i jego dobru, powinien je rozpoznawać i respektować. To wyzwanie ciągle jeszcze pozostaje niespełnione.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata