70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rzeczypospolita wszystkich ludzi

Aby zrozumieć moją wizję uprawiania historii i postawę metodologiczną, ich ewolucję oraz główną linię polemiki, zwłaszcza z ks. Arcybiskupem Józefem Życińskim, a po części także z o. Jackiem Salijem, muszę posłużyć się kilkoma zjawiskami , które pokazują, jak łatwo wpaść w sidła własnej wyobraźni i dalej dojść donikąd. Sięgnę więc nieprzypadkowo do historii zbrodni w Jedwabnem i wielkiej dyskusji publicznej, jaka towarzyszyła Polsce wraz z jej „odkrywaniem”.

Spróbuję też zatrzymać się nad postawami ludzi w sytuacjach ekstremalnych, czyli na naszym gruncie będą to postawy świadków epoki upływającej pod znakiem swastyki oraz sierpa i młota. Wszystko po to, by pokazać, jak bardzo bezradny może okazać się tradycyjny warsztat historyka (także politologa), jak bardzo iluzoryczne może być nasze „intuicyjne” i „racjonalne” pojmowanie procesu dziejowego, szczególnie, gdy wchodzimy w tzw. „trudną historię”, ”, tj. te wszystkie jej obszary, które cieszą się powszechnym zainteresowaniem społecznym, spolaryzowanymi stanowiskami badawczymi i podobnie zróżnicowanymi postawami ludzi mediów ( a za nimi społeczeństwa) a dotyczące sporu o pojmowanie kontrowersyjnego procesu historycznego, np. kwestii współpracy z SB w ogóle ,czy postawy Kościoła wobec eksterminacji Żydów itp. itd.
Mój spór z Polemistami sprowadza się do radykalnie odmiennego pojmowania sensu naszej misji (zawodu) w sytuacji nie sprawdzania się tradycyjnej narracji historycznej. Jedynym wyznacznikiem, imperatywem moralnym działalności historyka (człowieka nauki), winno być dążenie do prawdy, „nawet wtedy gdy może ona być nieakceptowana przez nasze otoczenie i godzić w interesy jednostek lub całych środowisk” . Nie należy wątpić w słuszność takiego przekonania, także jeśli z różnych stron, czasami prześmiewczo, dobiegają połajania, że słów nie należy brać zbyt dosłownie. Również jeśli nawet słyszymy opinie, że podważanie „autorytetów” jest szkodliwe, chociaż trudno zrozumieć „szkodliwość” ujawniania prawdy o kimś/o czymś, kto/co niezasłużenie cieszy się społecznym szacunkiem, a jeszcze trudniej wypływającej z tej postawy wizji człowieka, jako bezwolnego nierozumnego „barana”, któremu wszystko trzeba podać na talerzu, bo inaczej niczego nie zrozumie, zamiast Boskiej „owieczki” kierującej się innym impulsem innej rzeczywistości.

Kilka lat temu napisałem książkę „Pierwsi po diable. Elity sowieckie w okupowanej Polsce 1939-1941” . Obok tytułowego, dominującego wątku o elitach, zawarłem w niej liczne uwagi (krytyczne) na temat kondycji człowieka w czasach wojny i okupacji, szczególnie w aspekcie stosunków polsko-żydowskich. Dziś zapewne wycofałbym się z niektórych tez i zauroczeń, zwłaszcza przewijającego się w książce filosemityzmu i wątków pobocznych, jednakże z pewnością nie zmieniłbym meritum; popełniłem w niej jednak fundamentalny błąd metodologiczny. Sprowadzał się on do skrótu myślowego, że mój opis chrześcijanina i jego wiary , a także Polaka i jego patriotyzmu – mam na myśli drugi plan książki – w sposób jasny precyzuje moją pozycję metodologiczną, a w związku z tym nie ma potrzeby opisywać rzeczy tak oczywistej. Przyjąłem bowiem założenie – proszę wybaczyć nieporadność języka – że istnieją dwie wizje człowieka. Jedna – ewangeliczna, w myśl tej wizji człowiek jest zobowiązany przestrzegać Dekalogu i nauk Chrystusa w każdej wyobrażalnej naszymi zmysłami i doświadczanej rzeczywistości. W tej perspektywie konfrontacja człowieka z systemem okupacyjnym, z wyjątkiem bardzo nielicznych, vide o. Kolbe, kończy się katastrofą. Człowiek, niemal na całym froncie, przegrywa – żeby przeżyć musi kraść, wystawiać fałszywe świadectwa, zabijać. Co więcej – do realizacji swoich celów czasu wojny wykorzystuje bezpośrednio i pośrednio Boga, bo modli się do Niego o swoje przetrwanie, a tam mieści się prośba, nawet nieświadoma, o powodzenie w działaniach niedekalogowych. Druga wizja – nieewangeliczna jest wersją „życiową”. Nie można więc – mówiąc globalnie – mieć do niego pretensji, że „zawiesza” lub przynajmniej przymruża oko na Dekalog. Jest w końcu tylko człowiekiem, a nawet więcej – jest zawsze Człowiekiem.

„Normalnie bowiem, bez względu na dyscyplinę, którą reprezentujemy – tymczasem pisze ks. Arcybiskup, to najważniejszy wątek Jego tekstu i od niego zaczynam – każdy z ludzi nauki przyjmuje mniej lub bardziej ukryte założenia dotyczące racjonalności uzasadnień, krytycyzmu metodycznego, heurystycznych wartości przyjętego programu badań, wcześniejszego dorobku w tej dziedzinie wypracowanego przez inne ośrodki badawcze, różnic między interpretacją naukową a pseudonaukową, etc.”

Było jednak nienormalnie. Co więcej, stosowanie – po dyskusji jedwabieńskiej – tej drogi dyskursu naukowego wydaje się być nieracjonalne, zwłaszcza w sygnalizowanym nurcie tzw. „trudnej historii”. Oto bowiem strony – polska i żydowska – właśnie dlatego, iż przyjęły pewne „zracjonalizowane” założenia metodologiczne, oparte o własne systemy wartości oraz poruszały się w obrębie pewnego wspólnego zbioru źródeł (przynajmniej na początku) i istniejącej, niewielkiej zresztą , literatury przedmiotu związanej z tematem debaty, doszły do diametralnie odmiennych interpretacji, a nawet nie zgodziły się w najbardziej podstawowych faktach i ocenach. Dlaczego? Bo pomylono porządek boski z ludzkim, patriotyzm z rzetelnością badawczą i objaśniono zbrodnię i jej tło, rozgrywające się według wersji człowieka nieewangelicznego, wersją ewangeliczną. Tak wyglądają w praktyce skutki formuły proponowanej przez ks. Arcybiskupa i przyjęcia „mniej lub bardziej ukrytych założeń dotyczących racjonalności uzasadnień, krytycyzmu metodycznego”. W debacie jedwabieńskiej dodatkowo wiara stała się motorem działań naukowych i materiałem dowodowym, źródłem wiedzy o tamtej rzeczywistości i podstawą jej opisu, i właściwie postulat ks. Arcybiskupa sprowadza się do tego, by trwać dalej w tym klinczu ideologiczno-religijnym (a będzie to dotyczyć każdego kontrowersyjnego tematu), chociaż my, „ludzie z branży”, dostrzegamy i definiujemy problem.

Jeśli już jestem przy tym kolokwializmie – z pewnością nie chodzi o „ignorowanie faktów”- to pod tym pojęciem rejestruję na własny użytek tych badaczy, którzy stopień doktora i doktora habilitowanego oraz tytuł profesorski zdobyli w wyniku mozolnej, wieloletniej pracy w archiwach przekładającej się w ich rozprawach, co można prześledzić m.in. po przypisach i bibliografii i którzy są pełni obaw, co do zdolności poznawczej człowieka w ogóle i ułomności źródeł, z czego od razu nie należy wyprowadzać wniosku, iż niczego nie jesteśmy w stanie prawidłowo ogarnąć. Trzeba bowiem sobie zdawać sprawę, być może ks. Arcybiskup nie miał możliwości tego problemu rozwinąć w krótkim artykule, że – jeśli posłużę się najprostszym przykładem – z tego samego kompletu dokumentów archiwalnych (zwłaszcza, gdy zbiór będzie „dziurawy”, a więc nadający się do snucia różnych spekulacji), zamknięty w pełnej izolacji tuzin historyków, napisze tuzin dość odmiennych książek. I jeśli w pewnym zakresie faktograficznym będą one do siebie podobne, rozrzut wniosków końcowych może być ogromny. Jeszcze gorsza sytuacja, już bez izolacji, może wystąpić przy dalszym „przetwarzaniu”, tj. gdy w oparciu o ów tuzin, kolejne tuziny badaczy, już tylko powołując się na myśli swoich poprzedników lub źródła archiwalne, ale oglądane z perspektywy „drugiej” ręki, zaczną pisać dalsze teksty. Dlatego nie traktowałbym (co nie znaczy kwestionował) wszelkiej rzeczy pisanej lub powiedzianej jako rodzaj „objawienia”, także gdy w grę wchodzą nazwiska znanych Autorów.

Od 15 lat , mam na myśli zwłaszcza lata 90., znajduję się w komfortowej sytuacji, bo należę do tej bardzo nielicznej grupki badaczy, która rozpoczęła w Polsce badania historyczne „wschodnie”, poruszając się po dziewiczym obszarze, nie badanym przez pół wieku z powodów politycznych, gdzie stan badań określało kilka opracowań opartych na relacjach polskich i trochę pamiętników. Wszystko, co było przed nami – to „białe plamy”, a my jeżdżąc i pracując na nieprzyjaznym nam gruncie przeczesywaliśmy posowieckie archiwach, wtedy, na krótko – 3-4 lata dość szeroko otwarte.

Nie będę zagłębiał się w szeroki kompleks zagadnień związanych z metodologią i interpretacją sowieckich źródeł, bo są one dość szczególne, ale nasza praca miała zawsze charakter „twórczy” – jak np. napisał o moich badaniach prof. dr hab. Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa w recenzji mego przewodu profesorskiego – bo to my musieliśmy rozstrzygać, jak i co należy robić (nie było wówczas naukowych monografii, stan badań był zerowy; to my je napisaliśmy, to my go stworzyliśmy), w odróżnieniu od badaczy „odtwórczych”, którzy szeroko czerpią z naszego już drukowanego dorobku. Jednak to my stworzyliśmy te kanony (i nasze książki znajdują się w każdej poważnej monografii na temat okupacji sowieckiej) i nauczyliśmy się przez to z konieczności „lekceważyć” reguły warsztatowe,. Tworzyliśmy coś zupełnie nowego. Tymczasem w działalności „odtwórczej”, nawet jeśli powstaje z udziałem „twórczym” na ogół kumulują się błędy poprzedników, a wnioski końcowe dramatycznie odbiegać mogą od rzeczywistości. Tu wręcz traumatycznych przeżyć dostarcza lektura tekstów, zwłaszcza badaczy żydowskich, o Jedwabnem, gdzie jeden powtarzając za drugim tworzyli piramidę nieporozumień.

Chciałbym jednocześnie dodać, co bardzo jednoznacznie wynikało z mego tekstu i notki, że nigdy i nigdzie nie podawałem za historyka zajmującego się UB/SB, a znakomita większość moich wcześniejszych wywodów dotyczyła kwestii uniwersalnych lub „wschodnich”, a te – także w aspekcie badań źródłowych nad aparatem bezpieczeństwa – są mi nienajgorzej znane.

Eliminowanie ludzi z publicznego dialogu z racji odmiennych od naszych poglądów, co wyraźnie sugeruje ks. Arcybiskup , mogę jedynie traktować jako niefortunne przejęzyczenie. Dziś przed nami, właśnie z powodów wyżej wyłożonych, a także strategicznych racji naszego Państwa (nie tzw. „IV Rzeczypospolitej”) pojawia się konieczność ponownego spojrzenia na wiele kwestii „trudnej historii” , co wymaga odpowiedzialnego dialogu.

Muszę też zadeklarować, iż etos tzw. „IV Rzeczypospolitej”- a jestem chyba posądzany o jego akceptację, sądząc po tytule tekstu ks. Arcybiskupa i kilku innych zamieszczonych w nim sformułowaniach – jest mi całkowicie obcy. Co więcej, rządzący dali wystarczająco dużo dowodów swojej destrukcji, iż niezbędna staje się „dePISacja” jako proces ich trwałego odsunięcia od władzy, a szczególnie wyrugowania z życia publicznego. Obca mi jest także wizja lustracji jako aktu zemsty dziejowej, odwetu, wdeptywania w błoto tylko dlatego, że ktoś pobłądził lub kiedyś okazał swoją słabość, a przede wszystkim, dlatego że JA – popatrzcie – nie pobłądziłem. Zupełne głupie i nieodpowiedzialne było ujawnianie akt wywiadu, nazwisko arcybiskupa Wielgusa, jak i innych osób powiązanych z wywiadem, nigdy nie powinno się publicznie pojawić, chociaż on sam, jako niedoszły „wywiadowca” z pewnością nie powinien być kościelnym hierarchą. Jednak w zaprezentowanym przez ks. Arcybiskupa dowodzie matactwa, w zestawieniu Wielgus (Welgus) – Grajewski, chociaż detale nie zgadzają się, istota jest prawdziwa; potwierdzają to sami Zainteresowani.

Również zawsze zachowywałem pewną rezerwę do IPN, chociaż mam tam wielu Kolegów, a nawet Przyjaciół. Swoim wątpliwościom, szczególnie (proroczo) groźbie upolitycznienia, dawałem wyraz w publikacjach , jednak jeśli już lustracja ruszyła i przekształciła się w proces lawinowy, nie widzę powodu, dla których ją należy wstrzymać, chociaż z pewnością nie można zgodzić się na jej najnowszy kształt ustawowy, o czym piszę dalej.

Nie podzielam poglądów obu moich Polemistów w zakresie/ sposobie ujawniania tego materiału. Realnie bowiem można albo zamknąć i oplombować archiwa, albo będzie tak jak jest. Trzecia droga na tym etapie nie jest już możliwa. Pojawiające się bardzo krytyczne uwagi o sposobie prezentacji źródeł, często z podważaniem kompetencji historyków IPN i dezawuowaniem ich warsztatu, są niesprawiedliwe ( z pewnymi wyjątkami personalnymi). Nie mam zastrzeżeń do sprawy o. Hejmo, IPN i prezes prof. Leon Kieres działali prawidłowo i w dobrze rozumianym interesie społecznym. Za wzorcowy jednak przykład, z pogranicza IPN/świat zewnętrzny, należy uznać casus ks. prof. Michała Czajkowskiego. Jego postawa i działania „Więzi” (zob. numer lipiec 2006) zasługują na najwyższy szacunek, a ks. Czajkowski, bardziej niż arcybiskup Wielgus, mógłby być adresatem listu papieskiego, zwłaszcza, że Jego powrót przyniósłby Kościołowi więcej pożytku, niż Jego nieobecność.

Mam nieodparte wrażenie, iż jedną z dróg zablokowania lustracji, dość iluzoryczną, jest mnożenie różnych barier, różnie nazywanych. Właściwie wygląda na to, że jeśli sam zainteresowany nie ujawni swojej przeszłości i w sposób przekonujący nie dostarczy dowodów swojej winy (i to nie prowokowany domniemaniem publikacji na jego temat), to inny sposób jej przeprowadzenia uznawany jest a priori jako naganny i niedopuszczalny. I tak np. tytuł listu o. Jacka Salija – „Bezstronność a nieomylność” na starcie ustawia interesującą pułapkę metodologiczną. „Nieomylność – według Słownika języka polskiego – to „właściwość niepopełniania nigdy błędów”, intuicyjnie zatem może nam kojarzyć się tylko z Bogiem, gdyż każdy człowiek jest przecież omylny. Z tego jednak zupełnie nie wynika, że automatycznie, wszystkie działania, także lustracyjne są w domyśle obarczone tym błędem. Tu problem polega na wadliwie zestawionych ciągach przyczynowo-skutkowych, na pomieszaniu porządku boskiego i ludzkiego, bo człowiek może być bezstronny, lecz nie może być nieomylny. Próba pomieszania warsztatów, tym razem historycznego i teologicznego, a one również są „niekompatybilne” może prowadzić do przykrych konsekwencji. I tak np. gdyby przyjrzeć się sprawie Ulmów, dziś mówi się o beatyfikacji, to kilka kwestii – oczywistych w jednej metodologii, w drugiej wygląda trochę inaczej, ale to odrębny temat, niewykluczone że dużej publicznej debaty.

Istotne jest za to dalsze twierdzenie o. Salija, że „formułowanie błędnej hipotezy przybliżało do prawdy” . W pełni podzielam ten pogląd, zwłaszcza w kontekście zarzutów ks. Arcybiskupa wobec mojej metodologii, ale gdyby dalej posuwać się za św. Tomaszem, co sugeruje Autor – o. Salij, stalibyśmy w miejscu. Każdy byłby niewinny i nikt zapewne nie zostałby ukarany. Wiem, że trochę to zabrzmi po bolszewicku, ale taki stan rzeczy – „bezkarności” może rodzić fatalne następstwa, które dziś obserwujemy w triumfie demagogicznych partii i ich programów. To nie są tylko igrzyska dla ludu, „lud” czasami potrzebuje aby rzeczy nazwać po imieniu, a nawet kogoś strącić z piedestału, jeśli owo bycie na piedestale wynika z chęci pozostania tamże, a nie, jak się okazuje, z (rzeczywistych) zasług. Dla historiografii tezy św. Tomasza oznaczałyby zablokowanie artykułowania jakichkolwiek hipotez, dokładnie w sposób przeze mnie już opisany w lutowym numerze „Znaku”. Na szczęście nie ma sporu, bo de facto mówimy o dwóch różnych światach.

„Autor artykułu – pisze o mnie ks. Arcybiskup – krytycznie odnosi się do występującej w Polsce praktyki publikowania w mediach list z podpisami cenionych autorytetów, które biorą w obronę osoby pomówione o współpracę z SB” . Prawdą jest, iż rzeczywiście w archiwach posowieckich można sporo znaleźć materiału, który powoduje, że z większą dozą ostrożności traktuje się potem wszelkie publiczne wyznania, zwłaszcza książkowe, b. więźniów stalinowskich łagrów i więzień, bohaterstwo opisywane własnymi słowami lub kontekstem sytuacji w głównym tle z „JA” zawsze trąci jakimś fałszem, bohaterstwo muszą – w moim odczuciu – poświadczać osoby trzecie, nie pierwsze. A w ogóle to zupełnie nie rozumiem tego typu zarzutu, bo cóż z tego, że kilkadziesiąt osób o znanych nazwiskach podpisuje się pod czymś dziejącym się w czasie teraźniejszym, nie widząc ani dokumentów, ani nie mając żadnej konkretnej wiedzy o zdarzeniach sprzed kilkunastu-kilkudziesięciu lat. Czy to jest racjonalny certyfikat czyjejś winy czy niewinności? Jak w ogóle człowiek nauki może formułować podobny zarzut? Ja nawet powiem więcej (ale zdecydowanie ta uwaga nie dotyczy osób duchownych) Nie ukrywam, że denerwująca jest maniera niektórych ludzi, „etatowych podpisywaczy” (jeszcze raz podkreślam – nie mam na myśli ks. Arcybiskupa) ustawicznego podpisywania się pod każdym listem na każdy temat, bo mnie się niestety to kojarzy ze świadomą autopromocją własnej osoby lub nadmiernym poczuciu własnej wartości i wywyższaniu się ponad innych, a nie troska o opisywaną w liście otwartym sprawę. Nie rozumiem też zwrotu (s. 132), że w naszej pracy [historyka] „pomówienia są tak samo dopuszczalne metodologicznie, jak komplementy”, bo rzecz w tym, że stwierdzenie, iż X jest zarejestrowany jako TW nie jest ani pomówieniem, ani komplementem. Jest dokładnie stwierdzeniem stanu zapisu w dokumentach.
Myślę, że ks. Arcybiskup zupełnie nie dostrzega zagrożeń i pułapek (a ogląd sytuacji buduje na swoim powołaniu i warsztacie)- wiedzą o tym wszyscy historycy – w posługiwaniu się relacją/wspomnieniem/pamiętnikiem/wypowiedzią (a kwestia ta dotyczy każdej epoki, sprawy itd.). Chodzi nie tylko, że zawodzi pamięć, że za sprawą szumu informacyjnego przedostają się do relantów obce im przeżycia, ale też z najprostszego powodu- lubimy o sobie mówić dobrze, wyolbrzymiamy swoje zdolności oglądu sytuacji, a generalizacje w wielu relacjach rażąco naruszają reguły logiki.
Na wszelki wypadek chciałbym dodać, że piszący te słowa zna np. cały polski zasób relacyjny dotyczący okupacji sowieckiej (kilkadziesiąt tysięcy relacji w polskich i zagranicznych archiwach). Jego lektura studzi nieco zapały w afirmacji wszelkich tego typu źródeł. „Chłop polski – pisze jeden z deportowanych w głąb ZSRR , a to dość typowy tembr opisu cech narodowych– i tym razem zdał egzamin swój obywatelski, wypełnił swoje zadanie w pełnych stu procentach; kobieta polska jeszcze raz pokazała swemu ciemiężcy swoje wyrobienie obywatelskie, polska młodzież dała świadectwo nienagannego wychowania ze strony swych rodziców, głęboko rozumiejących naszą misję dziejową” . O polskich agentach NKWD, a więc na czasie, inny relacjonista pisze: „Szukali [funkcjonariusze NKWD] między Polakami powierników, którzy by stali się konfidentami na rzecz NKWD. Oczywiście, że takich nie znaleźli” . Dodajmy że według akt sowieckich w samym rejonie jedwabieńskim było około 100 polskich agentów, głównie skruszonych partyzantów, nie ma powodu by w to nie wierzyć.

Tymczasem ks Arcybiskup cytuje prof. Wiesława Chrzanowskiego, przy całym szacunku dla Jego Osoby, nie jest on ani wyrocznią, ani – gdyby posłużyć się retoryką o. Salija, „nieomylnym sędzią” niby autor księgi „objawień”. „Były okresy nacisku na funkcjonariuszy – czytamy prof. Chrzanowskiego – by wykazywali się pozyskiwaniem współpracowników. To wiązało się z awansami, z nagrodami. Na tzw. pracę operacyjną dostawali sumy w istocie nierozliczane” . Odradzałbym studentom/doktorantom, aby taki zapis, jako miarodajny i rzeczywisty opis epoki, umieszczali w swoich pracach. Proponuję najpierw porównać kilka bardzo typowych relacji (z sowieckiego podwórka , ale te uwagi dotyczą bez wyjątku każdej relacji z każdej epoki), uważnie przyglądając się „pozycji”, „miejscom”, z których relacjonista opisuje wydarzenia i co z nich można rzeczywiście zobaczyć.

„Ukrywałem się po strychach, piwnicach i polach (…). – pisze lwowski policjant o okresie sowieckich „wyborów” do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Ukrainy w październiku 1939 roku – W skład komisji [wyborczej] wchodzili przedstawiciele NKWD, Żydzi i element wyrzutków społeczeństwa” . Zasadne wydaje się pytanie, skąd relacjonista zna takie szczegóły, skoro z jego (i całości i fragmentu) relacji jednoznacznie wynika gdzie przebywał w czasie „wyborów”.

„Kiedy ja wiem dobrze – pisze relacjonista o tych samych „wyborach” , tyle że do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi – że w Białymstoku przynajmniej jedna trzecia [wyborców] wrzuciła puste kartki” .O tym samym wydarzeniu pisze następny: „Prawie wszyscy Polacy oddawali kartki do głosowania przekreślone” . W tych ostatnich przypadkach , a takich cytatów można podać setki- dosłownie, aby mieć taką wiedzę należałoby zobaczyć wszystkie karty do głosowania w Białymstoku, z zastrzeżeniem, że musiałyby przy drugim relacjoniście mieć napisy informujące o narodowości wyborcy (a nie miały – więc nonsens na starcie). Podobnych generalizacji, niczym nieuprawnionych, mamy tysiące w każdym zbiorze relacyjnym.(zobacz przypis) .

Z perspektywy celi więziennej więzienia na Rakowieckiej, podobnie jak ze strychu, piwnicy i pola, dość trudno zauważyć przekręty finansowe ubowców i ich strofowanie przez przełożonych za słabe wyniki w pozyskiwaniu konfidentów. To zauważy student I roku historii, także na KUL. Świadectwo prof. Chrzanowskiego jest jednym z wielu świadectw tamtej epoki, ze wszystkimi ich wadami i zaletami, a jeśli coś z niego wyławiać, to tylko fakty, które bezpośrednio dotyczą relanta, a więc jak Go bito, karmiono, ile razy był na spacerze, jakie Mu zadawano pytania podczas przesłuchań, jak nazywali się przesłuchujący Go oprawcy itd.itp.

Również to co mnie nurtuje po lekturze tekstu ks. Arcybiskupa, to „godność osoby ludzkiej i jej nienaruszalne prawa”. Czy te pojęcia można odnieść do esbeka? Czy esbek jest człowiekiem, skoro wokół tyle dla niego pogardy, a nawet nieukrywanej niechęci/nienawiści? Czy można mówić o jego profesjonaliźmie, wtedy gdy niszczył ludzi? Wśród moich Kolegów z roku, dwaj bezpośrednio po skończeniu studiów zostali oficerami SB w pionie zajmującym się sprawami kościelnymi, jeden z nich ukończył dwa fakultety, nigdy nie znałem ich tak dobrze, by wystawiać im jakąkolwiek opinię, ani nigdy więcej mi nie powiedzieli więcej, niż napisałem, ale ryzykowne byłoby twierdzić, że byli mało rozgarniętymi analfabetami; byli tak samo jak my, młodymi ludźmi, których los rzucił w tryby systemu a w konsekwencji na drugą stronę barykady. Czy oni wszyscy są, tylko dlatego, że pisali owe raporty po złamanych ludziach – jak moi „aparatczycy” – „pierwszymi po diable”? Czy oni też nie są ofiarami tamtego systemu i czy nie zasługują na współczucie i miłosierdzie? Czy tylko oni są winni upadku niektórych księży, a owi księża nic a nic się do tego nie przyczynili, każdy był krystaliczny, jak bohater tragedii antycznej?

Zastanawiałem się, dlaczego Arcybiskup Metropolita Krakowski, Adam książe Sapieha, pisząc do Hansa Franka w 1942 roku używał formuły „Z wysokim poważaniem”, w 1943 roku „Pozostaje z wyrazami poważania”, aczkolwiek tematyka tych listów nie pozostawia wątpliwości , że Nadawca doskonale orientował się, co do wszystkich strasznych rzeczy, które działy się wówczas w Generalnym Gubernatorstwie z ludnością cywilną. To chyba nie była tylko zwykła, nic nieznacząca kurtuazja, dostrzegałbym tu wielką klasę Metropolity i jego prawdziwie chrześcijański stosunek do bliźniego. Może i dziś warto wzorować się na tym wielkim Pasterzu?

Chodzi mi po głowie cytat z zachowanej „Notatki z rozmowy p. Ministra Janikowskiego z ks. Prymasem [Hlondem] w dn. 14.12.46” [w Rzymie] o aparacie represji w Polsce: „Ludzie porządni są nie tylko w wojsku, ale nawet w milicji. Jedynie Bezpieka składa się niemal wyłącznie z wyrzutków, elementu odpowiednio dobranego” , a więc nawet i w tamtej epoce, różniącej się zasadniczo kadrą i metodami od SB lat 70. i 80., widać zdarzały się wyjątki.

Muszę przyznać, iż wiele sformułowań w tekście ks. Arcybiskupa wywołuje mój wewnętrzny sprzeciw. Pomijam manierę lekceważenia i ciągłego dawania do zrozumienia Czytelnikom, że przeczytali tekst jakiegoś nieuka , na dodatek nihilisty, bo tego języka – jak się wydaje – w debatach powinniśmy unikać. Drażniące jest natomiast żonglowanie postaciami o znanych nazwiskach , np. Jana Nowaka Jeziorańskiego w celu wytworzenia konfliktogennej sytuacji, w której pozostaje jedynie stwierdzenie, że nie jest On- w moim rozumieniu – autorytetem w nauce, o której tu piszemy, a notabene postęp w tej ostatniej najczęściej przejawia się jako sprzeciw wobec zastanych teorii i „autorytetów”.

Również co do postaw niektórych Biskupów w czasie okupacji niemieckiej a przez to dawania pretekstów do ataku wrogom Kościoła w czasach Peerelu (a zachowało się sporo /polskiego/ zasobu archiwalnego, a piszący na wszelki wypadek informuje, że miał okazję ten zasób przeglądać) można by podyskutować z ks. Arcybiskupem – to właśnie obszar „trudnej historii” – zaczynając choćby od pierwszego listu pasterskiego bp kieleckiego Czesława Kaczmarka z 24 września 1939 roku, w którym wzywał do przestrzegania zarządzeń władz okupacyjnych, wprawiając wiernych w stan osłupienia i dezorientacji, nie wspominając o bp. Katowickim Adamskim lub bp podlaskim Sokołowskim.i o tym czy Prymas Polski „wyjechał”, czy „uciekł” (temu ostatniemu poglądowi aczkolwiek oględniej wyartykułowanemu hołdował sam arcybiskup Sapieha).

Współczesna debata wokół wiarygodności zasobu archiwalnego b. służb specjalnych Peerelu i sposobu interpretacji tego źródła – co jest też jednym z wątków tekstu ks. Arcybiskupa – stanowi wierną repliką dyskusji, o mniejszej skali i niższym nieco poziomie emocji, jaka rozegrała się w środowisku zawodowych historyków na początku lat 90., w asyście mediów, na temat wiarygodności i sposobu interpretacji źródeł posowieckich, zwłaszcza NKWD-owskiej prowieniencji. Emocje były niższe z istotnego powodu. Rosjanie nigdy nie udostępnili materiałów osobowych dotyczących agentury. Pewne wyjątki od tej zasady pojawiały się, nazwijmy umownie, na drodze negocjacyjnej, nigdy zaś oficjalnej, ale i tak ten materiał rzucał zupełnie nowe światło (i w sensie pozytywnym, i negatywnym) na tamtą epokę. Istota sporu była dokładnie identyczna: czy wierzyć tamtym dokumentom, czy „naszym” relacjonistom. Czy wolno nam „szargać” narodowe „świętości”, kwestionując np. liczbę osób deportowanych z wielkości 1,5 – 2,0 mln do „zaledwie” 400 tysięcy, czy pisząc, iż ich położenie ekonomiczne było na ogół identyczne z położeniem miejscowych a czasami załogą łagru nie dopuszczamy się „zdrady narodowej”. Swoimi badaniami podważaliśmy osiągnięcia emigracyjnej grupki historyków i staliśmy się nagle poważną konkurencją dla dużej grupy historyków krajowych, którzy swój warsztat, pozycję, dorobek – mam na myśli badaczy historii najnowszej – zbudowali na innych podstawach źródłowych a często ideologii, a teraz byli bezradni wobec wyników naszych kwerend, a jakże bardzo chcieli wówczas być w środku tej debaty, nadal brylować. Ileż nasłuchaliśmy się głosów, że tych źródeł nikt poważnie nie może traktować, że są sfałszowane , że obrażają nas i nasze Ofiary, itd. Gdy w pewnej uczelni zorganizowano konferencję naukową poświęconą wywózkom, prelegent, który podał liczby odbiegające od oczekiwań został wyklaskany i wytupany przez salę. Dziś tych kontrowersji nie ma, emocje opadły, i podobnie stanie się z archiwaliami SB.

Ks. Arcybiskup a priori przyjmuje, że dokumentacja esbecka jest niemal w całości fałszywa, a poważne traktowanie jej jako jednego ze źródeł wiedzy o tamtej epoce jest co najmniej niepoważne. Trzymając się ściśle Jego tekstu (s. 129) należało by zatem wyrazić zdziwienie, dlaczego fałsz praktyk esbeckich w esbeckich dokumentach Autor „ze śmiertelną powagą” obala tymi samymi esbeckimi dokumentami, „w których kierownictwo IV Wydziału planowało na szczeblu wojewódzkim, ilu nowych współpracowników należy zwerbować w kolejnym roku sprawozdawczym, czy wyrażało ubolewanie z powodu zbyt małej liczby werbunków w poprzednim roku”. Ale jak widać dokumenty „których związek z prawdą jest nadzwyczaj luźny” (s. 128) idące na „rękę” ks. Arcybiskupowi, owe „rytualne zapiski esbeka” (s. 130), nieoczekiwanie przemieniają się w cenne źródło wiedzy o epoce, SB, jej praktykach, słowem o wszystkim rozstrzygają, „błądzą” jedynie w aspekcie agenturalnej przeszłości duchownych. Spróbujmy przyjrzeć się z bliska kolejnemu zdaniu, które jest minipanegirykiem na cześć „świstków papieru” i IPN: „Dzięki [sic!] dokumentom [sic!] znalezionym w archiwach IPN [sic!] znane są [sic!] dziś zarówno fikcyjne [sic!] sprawozdania z rzekomych [sic!] spotkań z TW, jak i upomnienia [sic!] funkcjonariuszy, którzy praktykowali kreatywną [sic!] sprawozdawczość” (sic! pochodzi ode mnie). A więc coś z tych dokumentów jednak można wyczytać. Brakuje mi jednak u ks. Arcybiskupa konsekwencji badawczej i bardziej zdecydowanych wniosków ogólnych. Bo skoro „tylko” 10-15 procent wyświęconych przed 1989 rokiem księży było tajnymi współpracownikami według tejże dokumentacji, to zupełnie nie rozumiem, dlaczego esbecy nie podnieśli tego wskaźnika do 50 lub 70 procent, skoro jeśli idzie o współpracę z duchownymi wszystko było fikcją. A jakże lepiej to by wyglądało. I dlaczego nie porejestrowali w rolach TW wszystkich biskupów, a przynajmniej ks. Prymasa, nie mówiąc o ówczesnym Kardynale Karolu Wojtyle i Jego osobistym Sekretarzu.

Próbowałem – naturalnie teoretycznie – zastanowić się, dlaczego jakiś esbek „wpisał” do rejestru agentury jako „TW Zefir” obecnego arcybiskupa Michalika zamiast zarejestrować jako TW obecnie świeżo mianowanego arcybiskupa warszawskiego Nycza, zwłaszcza że ten, przez lata pracując na newralgicznym stanowisku w strategicznej „papieskiej” archidiecezji, byłby nieporównanie cenniejszym nabytkiem? Myślę, że kluczem do rozwiązania tego typu dylematów mogły być postawy duchownych w czasie ich „tete a tete” z esbekiem przy okazji załatwiania spraw paszportowych, urzędowych itp. Jeśli byli lodowato uprzejmi i wypowiadali jedynie absolutnie niezbędne minimum słów potrzebnych do załatwienia konkretnej sprawy, na zaczepki odpowiadali jednoznacznie negatywnie, nie można było ich zachowań zinterpretować inaczej jako zdecydowanie nie rokujących nadziei na werbunek. Nie dostarczali też w ten sposób żadnych „informacji”. Osoby zaś „gadatliwe”, usiłujące robić dobre wrażenie na esbeku szybko mogły znaleźć się w matni, wystarczyło w międzyczasie „dowiedzieć” się czegoś, o co poprosił esbek, ot np. ile desek zużyto podczas remontu kościoła i gdzie można je najlepiej kupić, by reszta niepostrzeżenie poszła już z górki.

Muszę też powtórzyć za „Dziką” historią…, iż różnimy się – mam na myśli historyków – w naszym oglądzie przeszłości z jej wersją sądową (pomijając że każdy obywatel ma prawo mieć pogląd na każdą kwestię) z powodu „niekompatybilnej” metodologii. Warto by też przypomnieć, iż np. p. Zyta Gilowska została uniewinniona przez sąd lustracyjny, ale wedykt ten traci swoją wyrazistość, gdy przeczytamy jego uzasadnienie.

Jeśli już ks. Arcybiskup uznaje za tragedię cywilizacyjną moje słowa (s. 132), iż „nie wolno nam z góry niczego zakładać”, to przynajmniej mógłbym oczekiwać, iż odniesie je również do Siebie przy ocenach mojej osoby. Myślę, że nie jest potrzebna nikomu Rzeczpospolita „branżowa” ani „niebranżowa”, tylko Rzeczpospolita powszechna, rozumna, z dialogiem dla wszystkich i bez wykluczeń. Lustracja w wydaniu najnowszej ustawy, szczególnie masowość obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych (co jest rzeczą absurdalną skoro otwiera się szeroko archiwa IPN i bez trudu – wszak mamy liczną, wprawną , sterowalną sforę tropiącą – „agenci” o znanych nazwiskach zostaną „zdemaskowani” w kilka miesięcy, a w środowiskach z dolnych półek nie zabraknie lustratorów amatorów robiących to w akcie „dziejowej sprawiedliwości”) oznacza utratę resztek ludzkiej godności. Myślę, iż zdecydowany głos obu Polemistów, zwłaszcza ks. Arcybiskupa, byłby na tym polu bardziej użyteczny, a nawet jest on konieczny. Bowiem nie wolno zgadzać się na równanie w dół ,do małości, podłości, bez żadnego pozytywnego efektu – raport o WSI już unaocznił bezsens teorii spiskowych. A oświadczenie nie będzie zwykłą „ lojalką”. Tym aktem potwierdzimy naszą afirmację dla tzw. „IV Rzeczypospolitej” i tym samym akceptację dla orwellowskiej wizji świata ze stale zmieniającymi się znaczeniami elementarnych pojęć, jak prawo, uczciwość, lojalność, patriotyzm, sprawiedliwość, demokracja etc.etc. Nie możemy się na to godzić, bo przecież wystarczy powiedzieć – nie mam nic do ukrycia. Sprawdźcie to sobie sami! Proszę nas bronić, Księże Arcybiskupie, przed tym upodleniem, bo demokracja nie polega na tym, by posiadająca większość parlamentarna dana koalicja, uchwalała ustawy nakazujące chodzenie w czapkach po 1 listopada. Wszak kiedyś ustawy norymberskie też były „prawem”, a ludność Kresów Wschodnich też deportowano na mocy sowieckiego „prawa”

Zauroczeni dziś wizją czarno-białej rzeczywistości i prostych prawd rządzących światem będą się tej fascynacji wstydzić, jak pokolenia, którym faszyzm i komunizm zawrócił w głowie, ze strasznym, do dziś odczuwalnym skutkiem widocznym wokoło i prawie wszędzie. Proszę, ks. Arcybiskupa, by nas wziął w obronę, by Kościół wziął nas w obronę, bo po nich będzie tylko potop.
——————————-
Dwumiesięcznik „Arcana”
Redaktor Naczelny
Pan Andrzej Nowak
e-mail: wydawnictwo@arcana.pl
Opublikowaliście Państwo w nr 73, bez mojej zgody, mój artykuł <<„Dzika” historia – „cywilizowana” współczesność>>. Chociaż mam dla Wszystkich Autorów, Współpracowników, Redaktorów najwyższy szacunek, to nadużyciem było umieszczenie tego tekstu pod wspólnym nadtytułem „Raport z Ubekistanu”, wśród osób, które oczywiście także szanuję, ale dramatycznie jestem od Nich odległy w języku i opisie rzeczywistości. Proszę poinformować Czytelników, iż z powyższych powodów nie będę mógł odpowiedzieć na Państwa łamach na ewentualne listy lub polemiki. Proszę je kierować do miesięcznika „Znak”, który jest jedynym właścicielem praw do tego tekstu na mocy podpisanej przeze mnie umowy.
Z wyrazami szacunku i poważania
Prof. zw. dr hab. Krzysztof Jasiewicz
Instytut Studiów Politycznych PAN

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata