70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Świętość i zgorszenie

Powołujemy się na zgorszenie, które jakże często staje się pretekstem do ukrywania, tuszowania prawdy. Brakiem pokory grzeszą winni, którzy nie chcą się przyznać do grzechu. Brakiem miłosierdzia dla ludzkich słabości i pokornego poczucia, że sąd nad drugim człowiekiem należy pozostawić Bogu, grzeszą ich obserwatorzy. Nie naszą sprawą jest potępienie.

Pod koniec lat trzydziestych Graham Greene (1904-1991), początkujący jeszcze wtedy angielski pisarz parający się zarobkowo publicystyką, zabiegał o wyjazd do Meksyku. Kiedy zdobył sponsorów, udał się tam w 1938 roku na kilka miesięcy. Podróż ta zainspirowała najpierw książkę reportaż (The Lawless Roads, w Stanach Zjednoczonych Another Mexico), a później powieść Moc i chwała (wydaną w Ameryce pod alternatywnym tytułem The Labyrinthine Ways). Moc i chwała przyniosła pisarzowi nagrody literackie i uznana została za jedną z najlepszych, jeśli nie najwybitniejszą powieść Greene’a. Na jej podstawie John Ford nakręcił film The Fugitive z Henrym Fondą w roli tytułowej. W 1956 Moc i chwałę wystawiono w teatrze, a kilka lat później dokonano adaptacji telewizyjnej. Z pewnością ułatwiał to filmowy styl pisarza – przybliżenia jak za pomocą zoomu kamery, narracyjne łańcuchy skojarzeń, precyzyjny język, celne uwagi aforyzmy pojawiające się niekiedy w akcji, zawieszanej na krótko, by mogła znowu powracać do wartkiego biegu wydarzeń.

Nie znaczy to, że popularność towarzyszyła tylko temu dziełu Greene’a. Zekranizowano także kilka jego późniejszych powieści. Trudno się dziwić – Greene, publicysta, korespondent wojenny, oficer wywiadu wojskowego w czasie wojny, zawsze wysoko stawiał przygodę, intrygującą fabułę. Otwarcie mówił, że nie uznaje rozwlekłości, nudziarstwa, choćby pod szyldem eksperymentów literackich. Uznany powszechnie za najlepszego angielskiego pisarza XX wieku, wielokrotnie znajdował się na liście kandydatów do Nagrody Nobla. Jest tajemnicą poliszynela, że nie przyznano mu jej ze względu na zdecydowany sprzeciw Arthura Lundkvista, członka szwedzkiej Akademii, nieprzychylnego i osobie pisarza, i katolickiemu klimatowi kilku jego najwybitniejszych utworów.

Pisarz
Ironia losu polegała na tym, że katolicyzm Greene’a uwikłany był w kontrowersje, które nasilały się, od kiedy dwudziestodwuletni Anglik zamienił swoją bezwyznaniowość na katolicyzm, nie bez związku z planowanym małżeństwem, w którym zresztą nie wytrwał.

Młody Greene otwarcie powiedział, że dopiero katolicyzm jest religią, z którą może się zmierzyć. I zmagał się z nią przez długie lata w życiu prywatnym i w swoim pisarstwie. Kwestionował, na przykład, etykietkę pisarza katolickiego, jaką go obdarzano. Twierdził, że jest pisarzem, któremu zdarzyło się być katolikiem. Krytykom drobiazgowo roztrząsającym jego twórczość pod kątem katolickiej ortodoksji Greene uświadamiał, że pisze powieści, a nie traktaty moralne.

Jednocześnie w swojej pracy jako krytyk literacki Greene wypowiadał się z przekąsem o współczesnej sobie literaturze obfitującej w papierowe postaci, zawieszone w próżni, błędne, jakby w niczym niezakotwiczone. Podkreślał, że człowiek jest ważniejszy dla ludzi wierzących niż dla ateistów. Dramatyczną moc literatura mogła, jego zdaniem, osiągnąć tylko dzięki religii, która wychodzi poza prozaiczność, małostkowość, mówi o wieczności – zbawieniu lub potępieniu. Właśnie „wrażliwość religijna” daje człowiekowi wzmożone poczucie zła, ale jednocześnie przecież i dobra. Zło bardziej go interesowało, toteż współcześni porównywali go do Mauriaca, który przyglądał się łasce w żmijowym kłębowisku ludzkim, kontrastowali z Bernanosem, który nie bał się kreować bohaterów bezgrzesznych, takich jak święta Teresa od Dzieciątka Jezus czy proboszcz z Ars. Greene’a fascynowało to, co kardynał John Henry Newman, którego bardzo cenił, nazywał „tragiczną kondycją człowieka w stanie upadku”.

Powieść
W Meksyku Greene zamierzał przyjrzeć się sytuacji Kościoła po tamtejszej rewolucji 1910 roku. W latach dwudziestych prezydent Plutarco Calles podjął zdecydowane kroki, aby znieść religię – odebrać Kościołowi majątek, wytępić duchownych. Represje wyglądały różnie, w zależności od regionu. Największym wrogiem Kościoła okazał się Garrido Canabal, gubernator południowo-wschodniego stanu Tabasco, który do niszczenia katolicyzmu przykładał się z wyjątkową determinacją. Burzył kościoły, księżom nakazywał się żenić, surowo zabronił wszelkich praktyk religijnych. Przy tym wszystkim w duchu swoistej ascezy z myślą o moralności potępił jazz, wprowadził prohibicję.

W 1938 roku, w porównaniu do lat dwudziestych sytuacja meksykańskiego Kościoła nieco się poprawiła, ruch cristeros (1926-1929), pod hasłem Viva Cristo Rey walczący o prawo do wyznawania katolicyzmu, należał już do przeszłości, ale pamięć o bezwzględnych prześladowaniach była jeszcze bardzo żywa.
Meksykańską powieść Greene’a otwiera widok placu w pobielonym kurzem, sparaliżowanym upałem nadmorskim miasteczku „patrolowanym” przez złaknione padliny rekiny i sępy. Nie od razu się dowiadujemy, że bohater – niepozorny mężczyzna, do końca powieści niezidentyfikowany ani z imienia, ani z nazwiska – się ukrywa. Jest on jedynym księdzem w regionie, który – można by odnieść wrażenie – już się z religią rozprawił. Został wprawdzie padre José, ale ożenił się zgodnie z nakazem władz. Wszyscy inni duchowni uciekli.

Droga ściganego zbieżna jest z trasą podróży Greene’a przez stany Tabasco i Chiapas. I pisarz, i jego bohater rozpoczynają podróż w nadmorskiej miejscowości Frontera. Ksiądz znajduje schronienie w domu pobożnej rodziny w Villahermosa, w stolicy Tabasco, a następnie na pobliskiej plantacji bananów. Na mule jedzie do Salto, gdzie odprawia mszę i o mało co nie zostaje rozpoznany przez policję. Szukający go porucznik, zniechęcony brakiem współpracy ze strony wieśniaków, których namawia, żeby wydali księdza, wybiera spośród nich zakładnika, ignorując prośbę kapłana, który proponuje siebie w miejsce ofiary.

W prowadzącej na południe drodze dalszej tułaczki ścigany spotyka Metysa, który czeka tylko na stosowny moment, żeby go wydać w nadziei na sowitą zapłatę. W poszukiwaniu mszalnego wina ksiądz wraca do Villahermosa, tam jednak trafia do więzienia za posiadanie odrobiny brandy. Wypuszczony następnego dnia, przejeżdża powtórnie przez plantację bananów, tym razem opustoszałą na skutek nieznanych wypadków. Z niosącą tragicznie zmarłe dziecko Indianką idzie w góry na miejsce pochówku, a następnie trafia do Chiapas, gdzie pomaga mu rodzeństwo niemieckich protestantów. Tutaj zajmuje się sprawowaniem posługi wśród ludzi, którzy od lat nie widzieli kapłana. Koniec tułaczki wydaje się bliski, kapłan już ma się udać w drogę do Las Casas, bezpiecznej stolicy Chiapas, kiedy znowu pojawia się Metys i nakłania go do powrotu do Tabasco, dokąd wzywa go umierający amerykański gangster, także poszukiwany przez policję. Ksiądz nie ma wątpliwości, że został zdradzony, ale spieszy, by wyspowiadać Amerykanina. Tam czeka już tropiący go porucznik. Pod eskortą strażników prawa protagonista wraca do Villahermosa, gdzie zostaje stracony.

Taka jest historia opowiedziana w powieści, ale trzeba tu zaraz dodać, że Moc i chwała, powieść, która ukazała się drukiem w 1940 roku, doczekała się własnej historii.

Reakcja Watykanu
W 1953 roku kardynał Pizzardo ze Świętego Oficjum poinformował arcybiskupa Westminsteru, że powieścią zainteresowano urząd watykański i werdykt Oficjum jest negatywny. W liście do Greene’a kardynał pisze:

Proszę więc Jego Eminencję, aby zechciał poinformować p. G. Greene’a o niekorzystnej opinii Stolicy Apostolskiej w kwestii tej powieści i pouczył go, żeby z katolickiego punktu widzenia był w swojej twórczości bardziej budujący, gdyż ludzie tego od niego oczekują. Co zaś się tyczy samej książki, Jego Eminencja powinien zadbać, aby autor nie zezwalał na nowe wydania i przekłady bez dokonania koniecznych poprawek, sugerowanych powyżej.

Dobry znajomy Greene’a, znany angielski teolog, jezuita o. Martindale był zdania, że sugestię poprawek można porównać do usiłowania “wyciągnięcia z kuponu materiału paru nitek wątku, kiedy nawet nie wiadomo, które mają być usunięte”. Przy tej okazji o. Martindale podzielił się z pisarzem mającą go pocieszyć wiadomością, że któryś z młodszych księży pod silnym wrażeniem lektury powieści Moc i chwała wyjawił mu, że dzięki niej jest w stanie „słuchać spowiedzi księży z o wiele większą wyrozumiałością” (Stephen Schloesser, Altogether Adverse, “America”, 11 listopada 2000).

Evelyn Waugh, przyjaciel Greene’a i jak on pisarz i katolik, choć bardziej prawowierny, nie bez szczypty sarkazmu doradził, że skoro Kościół potrzebował czternastu lat, żeby na książkę zareagować, z odpowiedzią można poczekać kolejne czternaście. Greene jednak nie posłuchał rady i w 1954 bardzo uprzejmie odpisał, że z technicznych względów zalecenie Oficjum jest niewykonalne, ponieważ to wydawcy powieści mają prawa do nowych wydań. Zasugerował, żeby Stolica Apostolska zwróciła się do siedemnastu edytorów, których adresy załączył. Był gotów udać się do Rzymu na rozmowy, ale Watykan nie podjął dalszych kroków. Kiedy kilkanaście lat później Greene znalazł się na audiencji u Pawła VI, papież wspomniał, że przeczytał Moc i chwałę. Greene nie omieszkał wtrącić, że w swoim czasie Święte Oficjum powieść potępiło. Papież zapytał o szczegóły i odparł, że choć pewne fragmenty książki mogą oburzać niektórych katolików, Greene nie powinien się tym przejmować. Moc i chwała była także jedną z ulubionych powieści Karola Wojtyły. Polecał ją swoim znajomym w Krakowie.

Kapłaństwo i świętość
Skąd wynikają, w przypadku tej książki, tak rozbieżne opinie w łonie Kościoła? Po prostu z odmiennego podejścia do pewnych spraw zasadniczych. Zaliczyć tu trzeba spojrzenie na kapłaństwo, świętość i zgorszenie. W liście Świętego Oficjum na temat Mocy i chwały przecież precyzowano:

Chociaż zamierzeniem było ukazanie zwycięstwa mocy i chwały naszego Pana pomimo ludzkich słabości, efektu takiego autor nie uzyskał, gdyż właśnie ta grzeszność przeważa i szkodzi postaciom kapłanów i samemu kapłaństwu. Ponadto powieść ukazuje stan rzeczy w takim stopniu paradoksalny, wyjątkowy i błędny (podkr. JPM), że może wprowadzić w zamęt osoby nieoświecone, które na ogół bywają czytelnikami powieści.

Paradoks na pewno nie jest kategorią szczególnie lubianą przez urzędników stojących na straży porządku czy moralności. Podobnie skłonność do błądzenia, smutny, choć nieunikniony atrybut człowieczeństwa. Ale co oznacza zarzut błędnej wizji wybitnego powieściopisarza? Czy można wytykać wyjątkowość powieściowych sytuacji?

Krótko mówiąc, zasugerowano, że powieść Greene’a prowadzi do zgorszenia czytelników. W swojej twórczości Greene rzeczywiście nie oferuje spokojnego życia i prostych wyborów na tle czarno-białej scenerii. W jego świecie ludzie znajdują się często w sytuacjach bez wyjścia, dręczą ich dylematy. Podobnie jak sam autor, bohaterowie Greene’a rzadko są wzorowymi chrześcijanami. Za motto dla “katolickich” powieści Greene’a uznano cytat z Péguy’ego, umieszczony na wstępie innej jego wybitnej powieści Sedno sprawy (The Heart of the Matter, 1948, wyd. polskie 1950): „Grzesznik jest w samym sercu chrześcijaństwa. Nikt nie jest tak kompetentny w sprawach chrześcijaństwa jak grzesznik – chyba że święty”.

Niektórych krytyków twórczości Greene’a skłoniło to do uznania, że pisarz lubuje się w roztrząsaniu grzechu, co więcej, dokonuje jego apoteozy. Mówi się więc o teologii grzechu, o mistycyzmie grzechu, o błogosławionej winie. W twórczości Greene’a na pewno więcej jest grzeszników niż świętych, ale niekiedy grzesznicy stają się świętymi. Bowiem nadzieja na miłosierdzie Boże, czasem mocniejsza bywa u grzeszników niż u „sprawiedliwych”.

Moc i chwała właśnie pokazuje, jak świętość może wyłonić się z ludzkiej niskości. Pojawia się tajemnica łaski. Zaszczuty ksiądz protagonista sam dobrze nie rozumie, dlaczego nie uciekł. „Jest moim obowiązkiem nie dać się złapać, być z ludźmi, bo nie mają już żadnego księdza” – mówi sobie z ujmującą prostotą. Kiedy spotkana na drodze ucieczki Coral, kilkunastoletnia córka plantatora bananów, radzi mu, żeby wyparł się wiary, ksiądz stwierdza, że „nie jest to w jego mocy”. Widać, że siłę czerpie z sakramentu swego powołania. Działa w poczuciu odpowiedzialności, której „nie da się odróżnić od miłości”. W obliczu trudności i prześladowania władz nie popada w rozpacz, jak stało się w przypadku księdza-renegata, ojca José, który w normalnych czasach był dla ludzi z zewnątrz kapłanem wzorowym, lecz w momencie próby sam się kapłaństwa wyrzekł pomimo świadomości, że otrzymanego „daru nikt nie mógł mu odebrać”.

W Mocy i chwale przykładem hagiograficznego ideału nieskazitelnej pobożności jest ksiądz Juan, męczennik cristero, bohater budującej opowieści, którą pobożna matka czyta dzieciom ku ich pouczeniu. Z wątpliwym skutkiem, bo do jej kilkunastoletniego syna Luisa lekcja owa zdecydowanie nie trafia. Można jednak podejrzewać, iż taki styl przedstawiania świętości zyskałby uznanie władz kościelnych. Tymczasem Greenowski ksiądz protagonista niepozbawiony jest poważnych słabości. Pijaczyna, ojciec dziecka, zyskuje jednak pewność, że „liczy się tylko jedno – być świętym”. Świętość, do której dochodzi, jest w istocie nietuzinkowa. Kocha ludzi, w niezwykle trudnych warunkach wielkiej biedy i konspiracji służy im jako ksiądz do ostatka. Umiera za wiarę, w pokorze, do Boga idzie, jak sam mówi, „z pustymi rękami”.

Pokora
Uświęcenie księdza nie dokonuje się bez związku z jego radykalnym ogołoceniem. Przypomina sobie, iż w młodości bał się wielu rzeczy, nienawidził biedy jak zbrodni, sądził, że „kiedy zostanie księdzem, będzie bogaty i dumny – to bowiem znaczyło mieć powołanie”. W czasie tułaczki, kiedy w namacalny sposób gubi atrybuty kapłaństwa – brewiarz, kamień ołtarza, teczkę z kielichem, traci też starego człowieka w sobie.

Na samym końcu ksiądz pozbywa się resztek pychy. Wspomina, jak kiedyś sądził, że jest wspaniały, bo został, kiedy inni duchowni uciekli przed prześladowaniami. Ta wyższość upoważniła go do ustalania własnych reguł: zaniedbał posty i modlitwy. Coraz częściej pił, w momencie dojmującej samotności, beznamiętnie spłodził dziecko z wiejską kobietą, której skądinąd zaimponował przelotny związek z księdzem. Dziecko to, w którym dorośli dostrzegają już ślady zepsucia, przypomina mu o brzydocie grzechu. Ksiądz wyrzuca sobie jednak, że nie potrafi grzechu nienawidzić, bo pokochał jego owoc, dziewczynkę, o której duchowe losy nie przestaje się martwić, za jej zbawienie ofiarowując nawet swoje. Sumienie bohatera Greene’a dręczy własna słabość. Nie ukrywa jej jednak, nie usiłuje pokazać się w lepszym świetle. Nie fałszuje prawdy.

W więzieniu w Villahermosa, gdzie trafia niemal przypadkiem za posiadanie alkoholu, następuje kulminacyjny moment duchowej przemiany księdza. W celi, będącej miniaturą świata, w „miejscu pełnym żądz i zbrodni, i nieszczęśliwej miłości”, w którym „cuchnęło aż do nieba”, poczuł wielką miłość do ludzi, ogarnęło go poczucie solidarności, jakiej nie doświadczył nigdy wcześniej, „w czasach, kiedy pobożni ludzie przychodzili całować go w rękę”. Od tej chwili zaczyna się jego droga na Kalwarię śladami Jezusa. Rozpoznajemy kolejne etapy – pokusy na pustyni, pojawienie się metysa-Judasza, upokorzenia i śmierć, a może nawet zmartwychwstanie zasugerowane przez pojawienie się nowego księdza w domu tej samej pobożnej rodziny, która przyjmowała go na początku powieści i w której słuchano historii księdza Juana.

Powiedzmy też parę słów o poruczniku policji, który metodycznie tropi ostatniego niedobitka, jak w Nędznikach Wiktora Hugo czynił to inspektor Javert polujący na Jeana Valjean. Podobnie jak ksiądz, bezimienny i bezżenny porucznik to człowiek idei, asceta. Można w nim zobaczyć kapłana „nowej religii”, która usiłuje wytępić duchowy wymiar życia i zastąpić go przez materialny. Bowiem to właśnie nowa ideologia ma znieść cierpienie, uszczęśliwić człowieka. Porucznik ludzkość kocha abstrakcyjnie, w drodze do utopii nie waha się rozstrzeliwać. W czasie swojej meksykańskiej podróży Greene nie spotkał takiej postaci, więc wyznał, że musiał ją stworzyć. Mamy więc w powieści dwa typy – czystego pod względem obyczajowym gorliwca policjanta, który powodowany szczytną motywacją życie niszczy, i „nieświętego” księdza, który życie przekazuje.

W powieści zawarta jest także ostra krytyka zrutynizowania wiary, ckliwej, niepogłębionej pobożności. To jest dla Greene’a niegodna zuchwałość.

Bóg mógł wybaczyć tchórzostwo i namiętność, ale czy możliwe, żeby przebaczył przemianę pobożności w rutynę? (…) Zbawienie jak błyskawica mogło przeszyć serce złego człowieka, ale rutyna pobożności wykluczała wszystko, co nie było wieczornym pacierzem, zebraniem bractwa i dotykiem pokornych warg jego urękawicznionej dłoni.

Zastanówmy się nad tym wątkiem, pozbawionym przecież wyjątkowości. Może to pokusa częstsza, niż bylibyśmy skłonni uznać? Może to częstszy niż inne powód deprecjonowania wiary przez wielu ludzi odstręczonych z jednej strony letniością, zdawkowością, bylejakością, z drugiej – faryzejskim zadufaniem chrześcijan?

„Nie wiem, czy ktokolwiek miałby dziś ochotę sięgać po Moc i chwałę. Mnie wydała się ona szczególnie na czasie” – pisała Józefa Hennelowa przy okazji pielgrzymki Jana Pawła II do Meksyku („Tygodnik Powszechny”, 18 sierpnia 2002). Autorka, dodajmy, była pod wrażeniem żywotności Kościoła meksykańskiego, kiedy masy ludzi modliły się żarliwie z papieżem, w kraju, gdzie kilkadziesiąt lat wcześniej katolicyzm skazano na zagładę.

Mnie owa powieść wydaje się aktualna także z innego powodu. Daje ona okazję do zastanowienia się nad zjawiskiem zgorszenia. Sam Greene wspominał, że w latach szkolnych, w rodzinnym środowisku protestanckim wytykano katolikom skandale dotyczące księży, którzy „nie prowadzili się jak należy” w kwestii celibatu. On jednak już wtedy odróżniał grzeszność człowieka od świętej funkcji. Potem, jak sam mówi, po przyjęciu katolicyzmu, pod wpływem lektury Tomasza z Akwinu, Franciszka Salezego i kilku teologów angielskich nauczył się „subtelniej analizować paradoks łaski”. Prości Meksykanie, wierni z Mocy i chwały, dalecy od umiejętności przeanalizowania paradoksu łaski, nie gorszą się jednak wcale słabością księdza. Z wdzięcznością przyjmują z jego rąk sakramenty – szanują go w jego pokornym kapłaństwie.

Przyglądając się grzechowi i słabości człowieka Greene nie bawi się w moralizowanie, ale uczy szacunku dla grzesznika, bo właśnie grzesznik jak zaginiona owca jest szczególnym przedmiotem Bożego miłosierdzia. W drodze do nieba pokorny grzesznik może wyprzedzić wielu „sprawiedliwych”.
Myślę, że i dziś moglibyśmy udać się do Greene’a po lekcję na temat wagi pokory, czyli umiejętności zobaczenia w prawdzie siebie i drugiego człowieka. Mylimy źdźbła i belki, „przekreślamy” człowieka, kiedy to wydaje się nam wygodne. Grzech cudzy poraża nas ponad miarę. W imię obrony czystości, którą sobie przypisujemy, depczemy istotę chrześcijaństwa, zasadę miłości wobec każdego bez wyjątku.
Powołujemy się na zgorszenie, które jakże często staje się pretekstem do ukrywania, tuszowania prawdy. Pewnie nie dzieje się to bez związku z innym niepokojącym zjawiskiem – zbyt łatwym społecznym oraz indywidualnym dawaniem przystępu zgorszeniu. Zbyt łatwym to znaczy takim, które czyni nas gorszymi pod wpływem stwierdzenia grzechu u innych. Brakiem pokory grzeszą winni, którzy nie chcą przyznać się do grzechu. Brakiem miłosierdzia wobec słabości ludzkich i pokornego poczucia, że sąd nad drugim człowiekiem należy pozostawić Bogu, grzeszą ich obserwatorzy. Nie naszą sprawą jest potępienie.
Nie wiem, co o Mocy i chwale sądzi kolejny papież. Ale wiem, że Benedykt XVI niedawno, w Warszawie powiedział, że „trzeba odrzucić chęć utożsamiania się z bezgrzesznymi” .

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata