|

TEMAT MIESIĄCA:
Kościół po zawale
Co wydarzyło się 7 stycznia?
(fragment)
Dyskusja z udziałem M. BARDELA. T. BARTOSIA,
A. BOBKI, T. GADACZA, J. GOWINA,
M. GRABOWSKIEJ, A. KAROŃ-OSTROWSKIEJ,
E. KOT, D. KOZŁOWSKIEJ, K. MECHA,
ks. D. OKO, M. PIESKO, J. PONIEWIERSKIEGO,
J. SOSNOWSKIEGO, Z. STAWROWSKIEGO,
T. SZAWIELA, K. TARNOWSKIEGO,
T. TERLIKOWSKIEGO oraz A. WORKOWSKIEGO
TOMASZ TERLIKOWSKI: Moim zdaniem, w styczniu 2007 roku
w Kościele w Polsce zetknęliśmy się w pewnym sensie z czymś, co
można określić doświadczeniem ostatnich dni, ostatnich godzin życia
Jezusa Chrystusa. Najpierw była to… Ostatnia Wieczerza, której istotnym
elementem (poza tym, rzecz jasna, iż wtedy po raz pierwszy
sprawowano Eucharystię – i ukonstytuowała się wspólnota) był też
dramat zdrady – Jezus przepowiada, co uczyni Judasz. On wyszedł
i nikt z Jedenastu nie poszedł za Nim. Wspólnota, której istotą jest
miłość, pozostała ślepa na dramat Judasza. W styczniu 2007 roku
w Kościele w Polsce również zabrakło przyjaciół otaczających tego,
który zdradził. Nie było wokół arcybiskupa Wielgusa tych, którzy –
zamiast poklepywać go po ramieniu i mówić: „Wszystko w porządku,
nic się nie stało, wszyscy byli ubabrani, nie musisz się tym przejmować”
– powiedzieliby prawdę, umożliwiając mu w ten sposób
nawrócenie. Całkiem niedawno spotkałem adwokata arcybiskupa
Wielgusa. To było w telewizji, poproszono go zatem, żeby wyłączył
komórkę. „Ja jej nie mogę wyłączyć” – odpowiedział ów prawnik –
„ponieważ Ksiądz Arcybiskup chce mieć mnie zawsze na kontakcie.
Ja jestem w tej chwili jego najważniejszym powiernikiem”. Okazuje
się zatem, że pasterz Kościoła nie ma wokół siebie tych, którzy mogliby
stworzyć dlań przestrzeń przebaczenia, pojednania czy po prostu
zwyczajnej rozmowy.
Doświadczyliśmy tutaj wstrząsającej samotności, dramatu Wielkiej
Soboty. Dotknęliśmy tego, co wydarzyło się pod krzyżem, gdzie
stanął tylko jeden (zresztą najmłodszy) apostoł. Pozostali – mówiąc oględnie – „udali się do Galilei”, uciekli. Zabrakło tych, którzy mieli
być świadkami.
Doświadczyliśmy braku liderów. Okazało się, że nasi biskupi nie
chcą albo nie potrafią pełnić funkcji, która jest im przekazana i przykazana
przez charyzmat bycia pasterzami swego ludu. Że z tego rezygnują.
Trzeba to jasno powiedzieć: charyzmat biskupa jest charyzmatem
jednostki. To osoba, konkretna osoba powinna mieć odwagę, żeby
przemówić. Zrzucanie odpowiedzialności na Konferencję Episkopatu,
na jej prezydium, na Radę Stałą etc., jest zrzeczeniem się swojego charyzmatu.
A przecież na Sądzie Ostatecznym nie będzie odpowiadała
Konferencja Episkopatu Polski ani Rada Stała, bo to nie im Jezus powierzył
funkcję pasterską w Kościele. Odpowiadać będzie konkretny
biskup, który się wypowiedział lub nie wypowiedział, który coś zrobił
albo nie zrobił niczego. To, co zobaczyliśmy siódmego stycznia, to
zatem – w dużej mierze – abdykacja z osobistego charyzmatu biskupa.
I jeszcze jedna myśl. Kilka lat temu sporo rozmawiało się na temat
„oczyszczenia pamięci” Kościoła. Chyba wszyscy myśleli sobie
wtedy tak: „Kościół w Polsce jest taki bohaterski, ma tak wielu męczenników,
tylu ludzi, którzy się oparli – raz dwa załatwimy to
»oczyszczenie pamięci«”. Okazało się jednak, że nic z tego. Że brakuje
nam, pewnie nam wszystkim, odwagi, by stanąć wobec upadku
jakiejś niewielkiej, w gruncie rzeczy, części duchownych i świeckich.
I że zaczyna nam w związku z tym brakować wymiaru świadectwa.
Bo odwaga jest istotnym elementem chrześcijańskiego świadectwa.
Może się okazać, że w niedalekiej przyszłości to Kościół hierarchiczny
ze względu na brak chęci osobistej – nie instytucjonalnej,
tylko osobistej! – odpowiedzialności za świadectwo, właśnie ze względu
na ten swoisty brak odwagi, stanie się jednym z głównych impulsów
laicyzacyjnych w Polsce. To nie zachodnie prądy intelektualne,
nie postępująca liberalizacja życia społecznego, nie media promujące
antywartości sprawią, że laicyzacja nabierze rozpędu – lecz właśnie
brak świadectwa, brak osobistej odpowiedzialności, brak chęci
podjęcia wyzwań stojących przed Kościołem…
JAROSŁAW GOWIN: Tomasz Terlikowski przedstawił piękną
i prawdziwą interpretację teologiczną. Ja ocenię tamte wydarzenia w kategoriach moralnych. Mówiąc najkrócej, gdyby biskup Wielgus
objął urząd metropolity warszawskiego, byłby to triumf nihilizmu
w pełnym tego słowa znaczeniu. Takiego nihilizmu, o którym pisał
Dostojewski: jeżeli można zdradzać Kościół, zdradzać swoich przyjaciół,
jeżeli można oszukiwać innych biskupów, oszukiwać papieża
(Stolica Apostolska dwukrotnie zwracała się do arcybiskupa Wielgusa
z zapytaniem o oskarżenia i współpracę; za pierwszym razem całkowicie
zaprzeczył, za drugim razem udzielił odpowiedzi wymijającej),
oszukiwać całe polskie społeczeństwo, a po tym wszystkim zostać
metropolitą warszawskim, następcą prymasa Wyszyńskiego – to
znaczy, że wszystko wolno. Moim zdaniem, staliśmy o krok od jednej
z najgłębszych w dziejach Polski katastrof moralnych. Byłoby to
zatrucie polskiego ducha na dziesięciolecia, o ile nie na stulecia. Mam
poczucie, że uciekliśmy spod moralnego topora, który by rozłupał
serce tego narodu.
TADEUSZ BARTOŚ: Próbowałem patrzyć na to z trochę innej
perspektywy – z perspektywy funkcjonowania instytucji Kościoła,
jego struktur, ich efektywności. Czy nie należałoby pomyśleć o innej
ich organizacji? Wydaje mi się, że sytuacja, w jakiej się dziś znajdujemy,
to sytuacja ludzi, którzy są obserwatorami tego, co się dzieje
tam, na górze, pomiędzy nuncjuszem, papieżem i biskupami (wskazanymi
przez nuncjusza i mianowanymi przez papieża) – my wszyscy
jesteśmy tylko kibicami, a nie uczestnikami procesu poszukiwania
biskupa archidiecezji warszawskiej. Członkowie tej diecezji nie
mają nic do powiedzenia – pozostaje im tylko czekać, kto zostanie
odgórnie mianowany.
Więcej na łamach kwietniowego numeru „Znaku”
Zamów numer
Przeczytaj fragment drugiej części dyskusji
POCZĄTEK STRONY |