70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Starość

Wyścig za młodością jest oczywiście po trosze objawem narcyzmu, a po trosze gonitwą baranów ogłupionych przez reklamę. Ale wynika też z zapatrzenia w siebie, jakie jest cechą współczesnej cywilizacji. Ukierunkowanie na „ja” – i to jeszcze „ja” na modłę telenoweli – musi prowadzić do panicznego strachu przed starzeniem.

Minął kolejny rok. Przybyło lat. Pół biedy, jeśliś młody, ale kiedyś starość cię nie ominie, choć dzisiaj odsuwasz wszelką myśl o niej. Ale dla wielu – tak jak dla mnie – stoi na progu. Świat się starzeje. Prawie co piąty Polak ma ponad 65 lat. Za 25 lat będzie takich staruchów więcej niż co czwarty. W społeczeństwach bardziej niż my długowiecznych – procent jeszcze znaczniejszy.

Starost to po czesku kłopot, smutek. I słusznie. Polskie przysłowie powiada podobnie: starość nie radość. Z jednej strony siwym włosom należy się szacunek. „Oby społeczeństwo umiało w pełni docenić ludzi starych, którzy w pewnych częściach świata słusznie są darzeni szacunkiem jako żywe biblioteki mądrości, strażnicy bezcennego dziedzictwa ludzkiego i duchowego” – pisał Jan Paweł II w Liście do moich braci i sióstr – ludzi w podeszłym wieku. Ale z drugiej strony starość to zniedołężnienie, choroby, nieraz demencja. Nie ma się z czego cieszyć. No i nad tym wszystkim coraz bliższa perspektywa śmierci. Odkąd człowiek przestaje być dzieckiem, wie, że kiedyś przyjdzie ona do niego, ale w młodości to kiedyś jest tak odległe, że aż nierealne. Dopiero teraz wraz z utratą sił ciała śmierć staje się bliska i oczywista. Paniczny lęk przed śmiercią czy spokój i pogodzenie? Być może o starości można mówić tylko w tej perspektywie. Powiedz mi uczciwie, co myślisz o śmierci, a powiem ci, kim jesteś i jak żyłeś?

Starość ma kolosalną przyszłość 

„Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt albo gdy jesteśmy mocni osiemdziesiąt, a większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy” – głosi Psalmista. Od tamtych zamierzchłych czasów niewiele się zmieniło, choć niegdyś ludzie żyli krócej, na co historia medycyny ma setki niepodważalnych dowodów i statystyk. Gdy Jan Sebastian Bach i Ludwik Beethoven pisali w okolicach sześćdziesiątki swe najwspanialsze dzieła, byli uważani za zgrzybiałych starców i budzili podziw swą witalnością. Jednak o ileż wcześniejszy Platon zmarł w trakcie pisania, mając lat 80. Michał Anioł ukończył malowanie wspaniałych fresków w Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie, gdy miał 66 lat. Goethe dobiegał osiemdziesiątki, gdy kończył Fausta. Picasso malował do dziewięćdziesiątki. Artur Rubinstein koncertował w jeszcze późniejszym wieku. Magnat prasowy Rupert Murdoch ma 76 lat i właśnie wchodzi ze swym koncernem do Polski, mając apetyt na nową telewizję. A nasz Władysław Bartoszewski ma aż 84 lata. Przykłady wspaniale twórczych starców, łamiących swym życiem i dokonaniami owe „miary naszych lat” można by jeszcze mnożyć. Dość – prócz oczywiście Jana Pawła II – wspomnieć nie tak dawno zmarłych Czesława Miłosza i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Cóż z tego jednak, jeśli Polacy – będąc najmłodszym społeczeństwem w Unii Europejskiej – najwcześniej przechodzą na emeryturę, przeciętnie w wieku 57 lat. Średnia europejska to 60 lat, w Wielkiej Brytanii 62, w krajach skandynawskich jeszcze później.

W podeszłym wieku zwykliśmy stawiać młodym za przykład „stare dobre czasy”, kiedy siwe włosy cieszyły się jakoby szacunkiem należnym doświadczeniu i zasługom ich właściciela. Tymczasem pierwotne plemiona zabijały starców lub porzucały na pastwę głodu i dzikich zwierząt. W czasach antyku Grecy nie cenili starości, tylko Sparta była rządzona przez radę starców, a nawet usiłowała narzucić ten system Atenom. Rzymianie też okazywali się niewiele lepsi. W sumie nie były to czasy godne polecenia osobom zaawansowanym w latach. Tylko konfucjańskie Chiny uczyniły fundament społeczeństwa z szacunku dla starości i czci dla rodziców. W dawnej Europie, gdy wybuchały epidemie, to starców przybywało, bo dżuma zabierała raczej młodych; wiek podeszły okazywał się wtedy potrzebny, a siwe włosy z konieczności zyskiwały uznanie. Potem na odwrót. Emerytury i rodzina wielopokoleniowa to wynalazki XIX wieku, kiedy wydawało się, że postęp medycyny i reformy społeczne naprawią świat. Dziś znowu starcy są porzucani – już nie w pustyni ani puszczy – lecz na łaskę bezdusznej machiny taniej, państwowej opieki. „Starych dobrych czasów” naprawdę nigdy nie było, ale zaczynamy to rozumieć dopiero wtedy, gdy sami osiągamy starość, a co więcej, gdy naszych równolatków jest wokół pełno jak nigdy, a wszyscy wyciągają ręce, wołając, że im też się coś należy.

W czasach, gdy starców jest tak wielu, wszelkie poważniejsze role społeczne są rezerwowane dla młodych. Wystarczy przejrzeć ogłoszenia oferujące pracę albo samemu udać się na stosowne rozmowy, mając ukończoną pięćdziesiątkę. Tymczasem wiadomo, że – owszem – młodzi są sprawniejsi zarówno fizycznie, jak intelektualnie, ale starsi, mając doświadczenie i niejedną klęskę za sobą, na pewno okażą się lepsi w sytuacjach kryzysowych, których nie brak w kierowaniu czymkolwiek, nawet samochodem. W Polsce jest to szczególnie dotkliwe, bo staremu należy się mniej, a wiek, w którym oczekuje się odeń, że odsunie się z życia i będzie tylko czekać na śmierć, osiąga wcześniej. Niech staruch(a) będzie zadowolony(a), że w tym cmentarnym przedsionku może poniańczyć wnuki lub być pomocą domową u dorosłych dzieci.

Płacz Fausta

Wieczna młodość to współczesna utopia napędzana przez reklamę, media i przemysł (w tym medyczny). Wręcz obowiązkowo należy być młodym, a jak się nie jest, to trzeba udawać, kupując za coraz wyższą cenę atrybuty młodości: wygląd dzięki operacjom plastycznym, sylwetkę dzięki codziennym ćwiczeniom i do tego jeszcze coraz większe z wiekiem dawki farmaceutyków. Ponieważ należy być młodym, starość oznacza osobistą klęskę i poczucie winy. Starość to tabu, rzecz przykra i wstydliwa, godna nie – jak kiedyś – szacunku, lecz leczenia. Jest ona w dzisiejszej cywilizacji czymś nieprzyzwoitym, wręcz skandalem. Kult młodości, urody, seksu i konsumpcji wypchnął ją z naszej świadomości, podobnie jak zakazał myśleć o śmierci. Ale nie był w stanie jej unieważnić lub znieść. Jeśli nawet starość uznamy za chorobę, którą trzeba podleczyć medycznie, kosmetycznie i w salonach fitnessu, to można najwyżej spowolnić jej przebieg i odsunąć finał; wcześniej czy później stanie ona przed nami w całej nieodwołalnej brzydocie i bezużyteczności. Może dlatego że o tej nieodwołalności wiemy, tak bardzo obawiamy się o niej myśleć, a tym bardziej mówić. Skoro młodość można kupić, a starość wyleczyć, to powinienem się wstydzić jej oznak; widocznie nie starałem się właściwie, zażywałem nie te co trzeba leki, za mało pociłem się w siłowni, żałowałem pieniędzy na operacje upiększające. Ten wyścig za młodością jest oczywiście po trosze objawem narcyzmu, a po trosze gonitwą baranów ogłupionych przez reklamę. Ale wynika też z zapatrzenia w siebie, jakie jest cechą współczesnej cywilizacji. Ukierunkowanie na „ja” – i to jeszcze „ja” na modłę telenoweli – musi prowadzić do panicznego strachu przed starzeniem.

Jeśli tak, to pozostaje konkluzja na poziomie pierwotnych plemion, oczywiście owinięta w humanitarny kokon jakiejś dobrotliwej eutanazji. Albo droga Fausta, który w zamian za wieczną młodość zaprzedał duszę diabłu. Ale przecież stary anachroniczny Faust nie miał do dyspozycji osiągnięć współczesnej nauki. Co ona na to? Dlaczego się starzejemy? Jeśli z człowiekiem jest podobnie jak z mechanizmem – którego zużycie jest nieuchronne aż do wywiezienia na złom – to wystarczy stopniowo wymieniać wadliwe części. Nauka zaczyna już stawiać pierwsze, z konieczności niezbyt udolne kroki w tym kierunku. Na końcu tej ledwie rozpoczętej drogi jest może nawet nieśmiertelność, ale oczywiście nie boska, lecz komputerowa. Ale według innej teorii (a może raczej grupy różnych teorii), starzenie, a potem śmierć jest częścią programu, według którego działamy. Jeśli tak, to można znaleźć ten fragment w naszych łańcuchach DNA, odkodować go i zmienić na lepszy.

Ale może jest jeszcze inaczej: naturalna ewolucja człowieka – po 4 miliardach lat – zbliża się ku końcowi. Dzięki postępom medycyny i opieki społecznej utrzymujemy przy życiu starych, upośledzonych, niedołężnych, co jest sprzeczne z imperatywem tej ewolucji. W świecie zwierząt prawo do życia ma przecież silniejszy i sprytniejszy, każdy słabeusz jest eliminowany; wtedy zwyciężają najlepsze geny. Tymczasem gromadzą się w nas błędy genetyczne, coraz rzadziej podlegamy doborowi naturalnemu. Przedłużyliśmy sobie życie, ale ewolucja tego nie przewidziała. Te same geny, które dają za młodu wigor, na starość obarczają chorobami. Być może…

Co więc ma do dyspozycji współczesny Faust, który za wszelką cenę chce zachować młodość? Ma naukę, ale nie ma już diabła. Na razie części zamiennych w miejsce zużywanych nauka nie potrafi dostarczać. Poprawianie genetyczne programu zapisanego w naszym DNA też jest dotychczas niemożliwe. Poznaliśmy alfabet genomu, ale nie znamy gramatyki tego języka, nawet jego słów. Czy poznamy to kiedykolwiek? Na razie nauczyliśmy się skutecznie przedłużać młodość, ale zapłaciliśmy za to przedłużeniem starości. Coś za coś. Ale współczesny Faust nie godzi się na taką zapłatę, pragnie wszystkiego za nic. Pozostaje mu więc coraz bardziej rozpaczliwe – w miarę upływu lat – zakłamywanie daty urodzenia, wydzieranie ostatnich strzępów fizycznej sprawności za pomocą ćwiczeń i farmaceutyków albo równie rozpaczliwe eksperymentowanie z genetyką, tak jak kiedyś z diabłem.

Starcom przystoi mądrość

Tak powiada Księga Mądrości Syracha. Podobnie św. Paweł: „Chociaż bowiem niszczeje w was człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień”. To samo nawet na poziomie potoczności: chociaż nie szanujemy starości, wstydzimy się jej, ale nasz język pełen jest stereotypów „szacownego starca”, „mądrej matrony” i tak dalej, i tak dalej… Czy starość może zasłużyć na lepszy los przez sprostanie tym zazwyczaj niewyrażanym wprost, ale obecnym w naszej świadomości oczekiwaniom? Czy Pawłowy „człowiek wewnętrzny” może swą wciąż się odnawiającą i z latami nabierającą kształtów wielkością sprawić, że coraz bardziej dokuczliwe niedostatki starzejącego się „człowieka zewnętrznego” zmaleją do rzędu zwykłych niedogodności codziennego bytu?

Michel Houellebecq w swej słynnej powieści Możliwość wyspy twierdzi, że życie ludzkie dzieli się na trzy części: w pierwszej nie zdajemy sobie sprawy ze szczęścia, w drugiej, gdy zaczyna się szczęście, już wiemy, że je stracimy, w trzeciej (czyli starości) przewidywanie utraty szczęścia uniemożliwia jego przeżycie. To straszna bzdura: właśnie starość, o ile jest choć trochę mądra i pogodzona, potrafi najpełniej przeżywać szczęście i czerpać je stamtąd, gdzie młodość w ogóle go nie dostrzega. Bo starość wie, że już jej mało chwil na tym świecie pozostało i tym intensywniej potrafi się karmić tymi doznaniami, jakie jeszcze jej biologia odczuwać pozwala. O ile jest mądra i pogodzona; ale to truizm – jeśli mądra, to i przez swą mądrość pogodzona. A jeśli jest pogodzona, to i mądra. A jeśli mądra, to znaczy, że wyrzekła się daremnych pragnień Fausta.

Faust jest śmieszny i żałosny, bo – jak każdy człowiek leciwy – stracił siły, lecz z latami nie zyskał mądrości, więc szuka pomocy u diabła albo igra z genetyką. Zaiste byłoby wspaniałe mieć umysł starca, a ciało młodzieńca. Ale mądrość wie, że wszyscyśmy śmiertelni i jest z tym pogodzona, perspektywa zaś nieuchronnego zgonu nadaje sens wszystkim przeżytym chwilom, bo żadna się już nie powtórzy, zasób ich się kurczy, więc tym bardziej trzeba się starać, by każda była wypełniona sensem jak winne grono sokiem. Tym bardziej jeśli się wierzy, że śmierć nie jest kresem, lecz bramą.

Zabieganie o godną starość jest dziś rozumiane tylko w sensie materialnym. Trzeba zgromadzić zasób pieniędzy, aby opłacić pomoc lub miejsce w pensjonacie „złotego wieku” i nie być skazanym na okrucieństwo państwowej umieralni. Albo z drugiej strony: państwo powinno – w miarę starzenia się społeczeństwa – zapewniać coraz większe środki na leczenie i opiekę. Tylko kto na to zapracuje, skoro wkrótce starców będzie więcej niż młodych? Czy jednak godna starość, to tylko zabezpieczenie materialne? Starcom przystoi mądrość. Jak ją osiągnąć? Jak sprawić, by starość – choć niedołężna – była mądra i pogodzona?

Pożytek starości

Pisał Cycero: „Brzemię lat jest lżejsze dla tego, kto czuje się szanowany i kochany przez młodych”. To prawda, ale Czesław Miłosz w Piesku przydrożnym ujął to jeszcze głębiej: „Osiemdziesiąte piąte urodziny, syt chwały i zaszczytów (…). Tu gadają, a ja idę przed tron Sędziego z moją brzydka duszą”. Oto esencja mądrości późnego wieku: być cenionym i szanowanym, ale mieć świadomość własnej grzesznej niedoskonałości.

Oczywiście stary człowiek pragnie być szanowany. Ale nie musi być szanowany tylko za to, że istnieje, tylko za to że w swym długim życiu przetworzył pokaźną ilość pokarmu na odchody, albo za to, że kiedyś w spazmie rozkoszy spłodził jakieś dzieci, które oczywiście poszły swoją drogą i dziś – jak to młodzi – niezbyt się liczą z matką i ojcem. Stary człowiek chce być szanowany za to, co dotąd zrobił i co dał innym ludziom. Obojętnie, czy jest poetą czy stolarzem. Starszy człowiek pragnie być szanowany, ale jak szanować cały rosnący tłum staruchów? Być może postulat taki miał sens niegdyś, gdy wszyscy żyli krócej. Teraz jest już za późno. Najgorsze, co może spotkać starość, to poczucie zbędności i bezustanny żal za utraconą młodością.

W tym miejscu można przywołać szekspirowską opowieść o królu Learze. Zwykle jest ona odczytywana jako dramat starca, który nie zaznał szacunku. Ale można z niej wyczytać także dramat córek Goneril i Regan, przedstawianych zwykle jako „wyrodne”, podczas gdy one po prostu nie mogą doczekać się, kiedy wreszcie zazdrosny o władzę dziadyga odejdzie w cień i bez zastrzeżeń odda berło niecierpliwej młodości. Król Lear nie jest bynajmniej dramatem podeptanej starości; jest powtarzającym się wokół nas w tysiącach odsłon i interpretacji dramatem wymiany pokoleń. Wymiany bez szacunku i zrozumienia. Ale trzeba sporo złej woli, pazerności na pozycje przez staruchów zajmowane i młodzieńczej dezynwoltury, by nazwać Leara starcem „kłótliwym i szalonym”, a pokój i prawo przypisać wypychającym go do lasu młodym, jak uczynił niedawno pewien modny eseista. Niestety wymiany pokoleń odbywają się tak właśnie, również na naszych oczach. Nie darmo bogowie zabijali swych ojców, aby sami mogli zasiedlić Olimp i nieuchronnie paść ofiarą młodzieńczego buntu kolejnych następców.

Co starość może dać młodości? Właśnie mądrość, doświadczenie, nieskwapliwość, pogodę ducha wynikającą z przeżytych klęsk, z których jednak udało się nam podnieść. Ale młodość nie chce słuchać starości, tylko pędzi. Młodość uważa, że upierdliwe leśne dziadki powinny jak najszybciej pójść na emeryturę i nie zawracać głowy, a najlepiej umrzeć przed terminem i nie obciążać państwowej albo rodzinnej kasy. Jeśli młodość może coś zrobić dla starości, to zaoferować jej większą wyrozumiałość i cierpliwość. Na pewno nie litość. Bo starość też ma swoją opowieść i może być to opowieść ważna dla młodości. Ale starość w kontakcie z młodością ma też coś do zrobienia: nie narzucać się, nie prostować cudzych ścieżek. Każdy ma własną czarę goryczy do wypicia, a kielichy przeznaczone dla młodych są wciąż pełne. Więc nie trzeba zazdrościć, bo nie ma powodu. Myśmy swoich już posmakowali aż nadto dotkliwie.

Czy starość może być szczęśliwa? To bardzo trudne, ale możliwe; człowiek leciwy winien już wiedzieć, że szczęśliwym się nie jest, szczęśliwym się bywa. Permanentne szczęście jest atrybutem barana albo złudą z telenoweli. Ta świadomość trochę pomaga znieść narastające trudności dnia codziennego, zwłaszcza gdy osładza je miłość bliskiego człowieka i ja też wiem, że coś komuś osładzam. Jest łatwiej, gdy umiemy na dodatek cenić jasność spojrzenia, brak pokus, wiedzę i wyrozumiałość. Nie, nie zamieniłbym tego na głupotę młodości.

Powiada się, że przecież młodość jest szczęśliwa, a to kolejne kłamstwo. Właśnie wtedy człowiek przeżywa najgłębsze rozczarowania, wygania Boga, potem z podwiniętym ogonem i obolałą duszą do Niego powraca, wątpi w sens życia, po raz pierwszy zdradza i jest zdradzany. To wszystko nazywa się dojrzewaniem, ale jest bolesne. A dziś jeszcze młodość to mordercza konkurencja o wszystko. Już od szkoły zaczyna się wyścig szczurów, dopiero starość od niego wyzwala i my starzy powinniśmy umieć po swojemu się z tego cieszyć. Jesteśmy jednak szczęśliwsi, pomimo wszystko!

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata