70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

To nie jest dobre miejsce do życia, ale dobre do nauki

Proszę dziewczynkę o pokazanie mi pokoju, w którym śpi. Wychodzimy ze stołówki i idziemy do dwupiętrowego budynku, gdzie mieszczą się pokoje dla dziewcząt. Na ścianie klatki schodowej wymalowano płaczące dziecko, które głaszcze po głowie ręka wystająca z rękawa w kolorach flagi afgańskiej.

W ciemnej, odrapanej stołówce w sierocińcu Allahudin w Kabulu grupka 20 dzieci w wieku od dziesięciu do piętnastu lat, siedząc na zniszczonych ławkach, rysuje flamastrami na kawałkach papieru swoje marzenia. Kim chciałyby być w przyszłości? To temat dla nich bardzo zajmujący. Na rysunkach obok postaci są szczegółowe opisy zawodu, jaki dzieci chciałyby wykonywać, kiedy dorosną. Potem każde z nich staje pod ścianą i, prezentując rysunek, opowiada, jakie będzie jego dorosłe życie. Najad (10 lat) chce być biznesmenem, będzie miał firmę budowlaną i będzie bardzo bogaty, przedstawił siebie w eleganckim, europejskim garniturze. Nurbibi (10 lat) chce być pielęgniarką, narysowała siebie ze strzykawką, zajmie się dziećmi i zamierza tak robić zastrzyki, żeby nie płakały. Nangiolaj (11 lat) chce być policjantem, ale takim „od ruchu drogowego”, Azaratulla (12 lat) chce być szoferem autobusu i wozić ludzi daleko – przy okazji zobaczy świat poza sierocińcem. Zainab przedstawiła swoje marzenia po angielsku, dziś ma 13 lat, a w przyszłości będzie nauczycielką od komputerów, mówi o tym z całkowitą pewnością. Będzie dobrze zarabiać i uczyć innych czegoś pożytecznego.

One chcą więcej

Zajęcia z wielokulturowości, jak również inne kursy pozaszkolne dla dzieci z sierocińców kabulskich, to pomysł i pasja Ani Boniewicz, szefowej misji PAH Afganistanie. Ania bardzo szybko nauczyła się języka dari, co pozwoliło jej nawiązać kontakt z dziewczynkami z sierocińca, a nawet zdobyć ich zaufanie. Poznała ich pragnienia i wiedziała, czego najbardziej potrzebują. Nie wymalowania ponurych sypialni, nie remontu brudnych toalet i niekoniecznie uruchomienia nieczynnych od miesięcy pryszniców, które pokryły się kurzem. Lepiej dać możliwość uczenia się i poznawania fascynującego świata, do którego wcześniej nie miały dostępu. Zajęcia z wielokulturowości z założenia nie są kursem zawodowym i trudno jest jednoznacznie określić jego wymierne rezultaty. Spotkania są prowadzone w formie warsztatów, dzieci uczestniczą w różnych grach i zabawach interaktywnych, przedstawiają dramy, rysują, dyskutują, czyli robią to, czego w normalnej szkole brak. Często punkt wyjścia do dyskusji stanowią afgańskie przysłowia, baśnie lub wydarzenia historyczne. Ponadto dzieci uczą się o dziedzictwie kulturowym i historycznym Afganistanu, o zabytkach, tradycjach i obyczajach różnych grup etnicznych. Zdobywając wiadomości o różnych kulturach i językach w Afganistanie, o zróżnicowaniu geograficznym, strojach czy biżuterii, dzieci uczą się tolerancji, więcej – szacunku dla innych dzieci, bez względu na to, z jakiej grupy etnicznej pochodzą, jaki jest ich rodzimy język, czy są to dzieci niepełnosprawne, chłopcy czy dziewczynki.

W tym roku do programu zostały włączone zajęcia z praw dziecka. Dzieci, które miały i wciąż mają trudne życie, dzięki tym zajęciom uświadamiają sobie swoją wartość i swoje prawa, na przykład prawo do nauki albo prawo do nie podejmowania pracy zarobkowej w dzieciństwie. Przy okazji uczą się, że każde z nich ma własną tożsamość, własne marzenia i że trzeba szanować inne dzieci i ich marzenia. Udział w tych zajęciach ma też znaczenie terapeutyczne, biorąc pod uwagę to, w jakich warunkach się wychowują i że niejedno z nich wiele w życiu przeszło. Wzrasta ich samoocena, poczucie własnej wartości, wiara w lepszą przyszłość, dzieci stają się otwarte, łatwiej przychodzi im akceptować osoby z otoczenia – te mówiące z innym akcentem, pochodzące z różnych obszarów Afganistanu, odmiennie się zachowujące.
Po zajęciach rozmawiam z Zainab. Marzy o tym, by dostać się na studia, dlatego bardzo ciężko pracuje i uczy się pilnie, nie ma czasu na zabawy, każdą chwilę wolną od obowiązków w sierocińcu (sprzątanie, opieka nad młodszymi) poświęca na naukę. Zainab jest bardzo poważna jak na swój wiek, nie uśmiecha się, podczas naszej rozmowy powtarza wielokrotnie, że tutaj czuje się dobrze i nie chce wracać do swojego wujka, który jest dla niej niedobry. Rodzice i brat Zainab zginęli pięć lat temu w Mazar-i Sharif pod bombami, ją i młodszą siostrę zabrał wujek, który posłał ją do Pakistanu, gdzie pracowała na budowie. Potem wróciła do Kabulu, wujek ją bił, nie dawał jeść, zmuszał do pracy. Nie chciała już dalej tak żyć, poszła do pobliskiej szkoły. Tam spotkała nauczycielkę, która, wysłuchawszy jej historię, przyprowadziła ją do sierocińca. Jest tutaj od dwóch lat razem z jedenastoletnią siostrą. Kiedy wujek przychodzi po nią czasami, ukrywa się, nie chce iść. Zainab zaprogramowała sobie przyszłość bardzo dokładnie: właśnie studia, a potem będzie uczyła innych obsługi komputerów, to teraz dobry zawód. Na naszych kursach komputerowych nauczyła się już obsługi Worda, Exela i przygotowywania prezentacji w Power Point. Uwielbia nauczycielkę od komputerów, drobną Lailuma Shaiq Jamal, która studiowała w Pakistanie. Patrzę na smutną i zaciętą twarz Zainab i wierzę, że jej się uda, choć zastanawiam się, czy będzie miała środki na to, żeby studiować.

Proszę dziewczynkę o pokazanie mi pokoju, w którym śpi. Wychodzimy ze stołówki i idziemy do dwupiętrowego budynku, gdzie mieszczą się pokoje dla dziewcząt. Na ścianie klatki schodowej wymalowano płaczące dziecko, które głaszcze po głowie ręka wystająca z rękawa w kolorach flagi afgańskiej. Wszystko dookoła jest w sinoburych kolorach, dość przygnębiające. W holu przed telewizorem siedzą dziewczynki, z uwielbieniem oglądają wideoklipy z indyjskimi piosenkarzami. W nich świat jest kolorowy, pełen miłości, zieleni…. W pokoju Zainab jest osiem łóżek, zasłanych burymi powłokami, ustawionych jedno przy drugim pod ścianami. Na podłodze leży wytarta wykładzina, w rogu pokoju stoją metalowe szafki, w których dzieci trzymają swoje prywatne rzeczy. W pokoju nie ma niczego, co nadawałoby znamiona jakiejś indywidualności – żadnej maskotki czy książki… Wszystko jest przeraźliwie zunifikowane. Pytam Zainab, czy ma coś własnego, osobistego, ale ona wstydzi się pokazać mi swoją szafkę.

Do pokoju wchodzą kolejne zaciekawione dziewczynki. Prawie każda z nich mówi po angielsku, to uczestniczki naszych kursów językowych. Po dwunastu miesiącach nauki mogą już swobodnie rozmawiać (trzeba pamiętać, jak wielkim wysiłkiem było dla nich samo nauczenie się innego alfabetu). Kursy dla grupy zaawansowanej odbywają się codziennie o 6.00 rano. Jest to jedyna pora, kiedy zarówno dziewczęta, jak i wynajęta przez nas nauczycielka, mają czas. Ale dziewczynkom nie przeszkadza wczesne wstawanie, za nic nie opuszczą żadnej lekcji. Wszystkie pochodzą z bardzo ubogich środowisk, umiejętność komunikowania się po angielsku jest dla nich szansą na lepsze życie. Każda z nich ma świadomość, że to jedyna taka okazja i nie chcą jej przegapić. Otoczyły mnie teraz, pytając, czy PAH będzie kontynuować kursy angielskiego i kursy komputerowe. Ania im powiedziała, że przyjedzie szefowa, która obejrzy sierociniec, a jeśli znajdzie pieniądze, PAH będzie mógł dalej płacić za ich naukę. Nie mogę im odmówić, zapewniam je, że kursy będą, i postanawiam sobie, że wydobędę te pieniądze choćby spod ziemi. Naprawdę warto, przekonuję się o tym na własne oczy, a właściwie – uszy. Szkoła w sierocińcu jest na bardzo niskim poziomie, lekcje trwają nie dłużej niż cztery godziny, ot tyle, żeby się czegokolwiek nauczyły. A one chcą więcej.

Czternastoletnia Zerifa jest bardzo bezpośrednia, nie tak nieśmiała i cicha jak Zainab. To ona mówi w imieniu innych dziewcząt o szkole i kursach. Ojciec Zerify zginął na wojnie sześć lat temu, dziewczynka ma jeszcze dwie młodsze siostry i brata, ale brat jest w innym sierocińcu. Jej mama jest pod opieką wujka i raz w miesiącu Zerifa z siostrami mogą ją odwiedzać. Zerifa chce być lekarzem, teraz Afganistan bardzo potrzebuje lekarzy (na każdego przypada ok. 6700 osób), a ona lubi pomagać innym. Na moje pytanie, czy jest im tu dobrze i czy dostają dobre jedzenie, odpowiadają jednocześnie: jedne mówią – tak, inne – nie, potem szturchają się ramionami i porozumiewają w dari, ustalając odpowiedź. Wtedy podchodzi Freszta i oświadcza odważnie: To nie jest dobre miejsce do życia, ale dobre do nauki. Freszta jest tu od 7 lat, od czasu gdy jej rodzice zginęli od miny na ulicy w jednej z miejscowości w prowincji Paktika. Dwie jej siostry także mieszkają tutaj, dwie w innym sierocińcu poza Kabulem, a brat u wujka. Freszta chce być sędzią. Przez moment wydaje mi się, że pomyliła słowa „judge” i „lawyer”, ale nie. Freszta chce być pierwszą kobietą sędzią w Afganistanie. Dlaczego? Żeby była sprawiedliwość. Każda z rozmawiających ze mną dziewcząt ma ambitne plany, pragną być nauczycielkami, dziennikarzami, inżynierami, tłumaczami i lekarzami. Przede wszystkim chcą się nauczyć jak najwięcej, a w przyszłości dobrze zarabiać i mieć lepsze życie.

Dla dziewcząt nie dostanie się na studia oznacza często powrót do rodziny, ciężką pracę lub wczesne zamążpójście. Jedyna szansa dla nich to kursy pozaszkolne. W sierocińcu Allahudin oprócz kursów komputerowych i angielskiego są jeszcze zajęcia muzyczne, plastyczne, fryzjerskie i z wielokulturowości.

Chłopcy szukają możliwości

W sierocińcu Allahudin, który funkcjonuje od 25 lat, mieszka 450 dzieci – około 120 dziewczynek wieku 4-18 lat i chłopcy do dwunastego roku życia (potem przenosi się ich do Tahyie Maskan, gdzie przebywają do ukończenia 18 lat). Te dzieci straciły rodziców albo mają tylko matkę, która po śmierci męża nie może mieszkać sama i wychowywać potomstwa. Obowiązkowo musi się znaleźć pod opieką jakiegoś mężczyzny z rodziny, najczęściej swego brata lub brata ojca męża?, którzy nie zawsze są zainteresowani wzięciem jej z dziećmi, a wtedy dzieci trafiają do sierocińca. Matki niektórych dziewczynek i chłopców wyszły po raz drugi za mąż, a ich mężowie nie chcą utrzymywać potomków z poprzedniego małżeństwa. Według pani Soraya Hakim, prezydent Departamentu Sierot przy afgańskim Ministerstwie Pracy i Spraw Socjalnych, w Afganistanie jest mniej więcej 20 % dzieci (a więc około 2 mln), które nie mają obojga rodziców. W całym Afganistanie jest teraz 27 sierocińców, przebywa w nich nieco ponad 10 tys. dzieci.

W drugim sierocińcu w Kabulu, Tahyie Maskan, mieszka 713 chłopców. Do czasu opuszczenia sierocińca, czyli do 18 roku życia, muszą albo nauczyć się zawodu, żeby móc pracować, albo zdobyć wystarczającą wiedzę, która pozwoliłaby im kontynuować naukę. Niektórych z nich już znam, brali udział w koncercie i pokazie rysunków, jakie w sierocińcu Allahudin urządzono z okazji mojej wizyty. Od razu rozpoznałam Kamaledina, który bardzo pięknie śpiewał o wiośnie. Ma 15 lat, w sierocińcu spędził już 10. Jego matka mieszka w domu ciotki, w ubogiej dzielnicy Kabulu. Kamaledin nie wie dokładnie, co się stało z ojcem, był wtedy małym chłopcem. Ma starszego brata, też mieszka w sierocińcu. Chłopiec stwierdza, że przyszłości chciałby być lekarzem, chociaż po środowym koncercie, kiedy chwaliłam go za piękny śpiew, mówił mi, że marzy o tym, by być muzykiem. No to jak, pytam, Kamaledin, chcesz być doktorem czy muzykiem? Jak się okazuje, jego ideał, Farhod Darya, jest doktorem i jednocześnie bardzo popularnym muzykiem. Pochodzi z Kunduz, ale mieszka w Europie, a dwa lata temu dał wielki koncert tu w Kabulu, z którego dochód przekazał na pomoc sierocińcom. W sierocińcu nie wykłada się przedmiotów, które są potrzebne do zdania egzaminu na medycynę. Dlatego robi wszystko, żeby uczestniczyć w kursach chemii, biologii i fizyki, studiuje też sam. Pokazuje mi podręczniki i lekcje, które ostatnio przerabiał. Chodzi też na kursy angielskiego poza sierocińcem, ma przyjaciela, który go uczy. Tutaj nauczyciele są mało aktywni, mało wiedzą, nie przykładają się do zajęć. Lekcje w szkole trwają krótko, potem, o ile nie uda się wyjść na jakiś kurs, dzieci nie mają co ze sobą zrobić.

Na kursy pozalekcyjne trzeba zarobić. Kurs jednego przedmiotu kosztuje od 100 do 200 afg (afghani) miesięcznie, angielski – 300 afg. Za kurs przygotowawczy na uniwersytet, który trwa rok, trzeba płacić 200 afg miesięcznie. Jest też kurs szybki, trzymiesięczny, jego cena – 1500 afg (1USD = 50 afg). Żeby zdobyć pieniądze na opłacenie takich kursów, Kamaledin i jego koledzy uciekają z sierocińca i pracują gdzie się da: na bazarze, sprzątają, roznoszą wodę, wykonują prace ziemne. Kamaledin zarabia, właśnie roznosząc towary na bazarze. Ponieważ kolega pożycza mu taczki, może zarobić więcej. Ale chodzenie na kursy, nawet jak już ma się pieniądze, nie jest proste. Kierownictwo sierocińca dwa miesiące temu oficjalnie zabroniło uczęszczania na kursy poza sierocińcem, stwierdzając, że skoro dzieci mogą zarobić na kursy, mogą się też utrzymywać. Kamaledin nie jest w stanie opłacić sobie wszystkich zajęć, a co dopiero utrzymać się. By pracować i douczać się, musi się więc wymykać nielegalnie, a jednocześnie z tego powodu może również być usunięty z sierocińca. Często on i koledzy muszą używać podstępu, czasami udaje im się przejść przez bramę, ale wtedy gonią ich strażnicy. Chłopiec prosi, by wstawić się za nimi u dyrektora.

Pytam Kamaledina, co się z nim stanie, gdy skończy 18 lat i będzie musiał opuścić sierociniec. Odpowiada, że to wie tylko Bóg. Prawda, mówię, Bóg wie wszystko, ale ty też masz swoje pragnienia. O czym marzy? Chciałby mieć lepsze życie. A co to znaczy lepsze życie ? Móc dobrze służyć swojemu krajowi i ludziom. U ciotki nie jest źle, ale gdy u niej mieszkał, nie mógł chodzić do szkoły, bo musiał pomagać w zarabianiu na życie. Tutaj może się uczyć i jest z tego powodu szczęśliwy. To, co się z nim stanie w przyszłości, nie zależy od niego. Choćby był najlepszym uczniem, jeśli straci miejsce w sierocińcu, straci też szansę na lepszą przyszłość.

Inni chłopcy też chcą mówić o sobie. Jestem być może pierwszą osoba, która interesują ich losy. Rozmawiam z 15-letnim Abdelhą Hassmanem, który imponuje wszystkim chłopcom znajomością języka angielskiego. W sierocińcu jest od czterech lat. Jego ojciec w 1999 roku został zbity zabity? przez Talibów. Matkę z dwoma siostrami zabrał wujek do Kunduz. Gdy Abdelha miał 11 lat, wujek odesłał go do sierocińca, żeby go tu żywili. A dla niego to przede wszystkim szansa na naukę, więc cieszy się z decyzji wujka. Abdelha chciałby w przyszłości być tłumaczem z angielskiego. Mówi już biegle, chociaż trochę niezrozumiale, interesuje się slangami amerykańskimi i szuka możliwości nauczenia się ich. Następnego dnia ma egzamin z angielskiego, jeśli zda, będzie mógł kontynuować naukę. Podaje mi książkę, prosi, by go przepytać. Chce się upewnić, że jest dobrze przygotowany. Jeżeli w przyszłości nie uda mu się dostać na studia, będzie się starał o pracę w którejś organizacji międzynarodowej jako tłumacz. W przyszłości bardzo chciałby poznać jeszcze włoski.

W Tahyie Maskan PAH prowadzi tylko kursy muzyczne, plastyczne i z kaligrafii. Prowadzimy tu mniej kursów, ponieważ chłopcy mogą wychodzić poza sierociniec i szukać innych możliwości. Chłopcy uwielbiają jednak naszych nauczycieli kaligrafii i muzyki, ponieważ oni naprawdę chcą ich czegoś nauczyć. Proszą o więcej kursów, także angielskiego i obsługi komputerów, a nawet kursy szycia. Przede wszystkim jednak zależy im na nauce biologii, chemii, matematyki i fizyki. Żeby dostać się na uniwersytet trzeba wiedzy albo znajomości. Tego drugiego dzieci z sierocińca nie mają. Pozostaje im tylko nauka.

W centrum i na prowincji

Afganistan ma największy procent dzieci w wieku szkolnym na całym świecie, to 1/5 populacji. Pomimo ogromnego sukcesu akcji powrotu do szkoły (tuż po upadku rządu Talibów do szkół uczęszczało 775 tys. dzieci, od marca 2002 do grudnia 2005 dołączyło do nich jeszcze ok. 5 mln dziewcząt i chłopców), nadal ok. 2 mln potencjalnych uczniów nie bierze udziału w lekcjach. Chłopcy, którzy ukończyli 12 lat i nie chodzili do szkoły podstawowej z powodu wojen, mogą teraz wznowić naukę, dziewczęta w tej samej sytuacji nie maja już tej szansy, dla nich jest za późno. Zaledwie 34% Afgańczyków w przedziale wiekowym od 15 do 24 lat potrafi czytać i pisać, w tym 50% mężczyzn i 18 % kobiet. Te liczby świadczą o tym, jak bardzo edukacja jest potrzebna w Afganistanie. W kraju jest już ponad 8,5 tys. szkół, jednak tylko mniej niż połowa ma do dyspozycji własne budynki. 80% uczniów uczęszcza do pierwszych czterech klas. Reprezentują one nową generację, która marzy o lepszej przyszłości, chce zdobyć wykształcenie i dobry zawód, być w przyszłości przywódcami kraju.

A jednak, mimo tak wielkiej potrzeby i woli młodych ludzi, w niektórych regionach kraju szkoły są zamykane, nauczyciele, zwłaszcza kobiety, zastraszani, dostają listy z pogróżkami. W czasie sześciu miesięcy – od stycznia do lipca 2006 roku – sam tylko UNICEF zarejestrował 99 ataków na szkoły, nauczycieli i uczniów. To sześć razy więcej niż w tym samym okresie w 2005 roku. Ataki mają różne formy: ostrzały, jedenaście eksplozji, spalenie pięćdziesięciu szkół i trzydzieści siedem przypadków gróźb kierowanych przeciwko szkolnym i lokalnym społecznościom. Co robić: narażać dzieci czy pozostawiać je w domu? Uczniowie boją się chodzić do szkoły, boją się zamachów bombowych, także zamachowców samobójców. Sześcioro dzieci zginęło w wyniku takich ataków. Zagrożenie to realne jest przede wszystkim na południowych i południowo-wschodnich terenach Afganistanu. Z obawy przed atakami około 330 szkół koedukacyjnych, głównie w południowych prowincjach: Kandahar, Zabul i Helmand, zostało zamkniętych. W rezultacie ok. 200 000 uczniów pozbawiono możliwości nauki.

W szkole plastyczno-muzycznej w Kabulu, którą w 2003 roku odbudował PAH, uczy się kilkunastu uczniów z południa. W swoim miejscu zamieszkania dziś już nie mogliby zdobywać wykształcenia. Kabulska placówka to jedyna tego typu szkoła w Afganistanie, jej absolwenci będą „odbudowywać” kulturę afgańską tępioną w czasach Talibów. Pamiętam ten podziurawiony kulami budynek, bez dachu, martwy i groźny. Teraz w szkole hałasują trąbki, bębny, słychać lekcje solfeżu, gry na gitarze. W salach plastycznych też wrze praca, są klasy kaligrafii, malarstwa, rysunku i miniatur oraz rzeźby. Szkoła żyje, rozwija się, uczy się w niej 262 uczniów. Siedem z nich to dziewczynki.

W jednej z klas trzech chłopców gra dla nas na gitarze muzykę afgańską, potem melodie z filmu Ojciec chrzestny. Jeden z nich, Sulejman Sbaher ma 18 lat. Przed nim jeszcze dwa lata nauki, marzy o uniwersytecie, chce być artystą muzykiem. Mówi, że w szkole nie ma dobrej gitary. Dobra gitara kosztuje 100 dolarów, a jeszcze lepsza, japońska, aż 200. Sulejman gra w afgańskiej Orkiestrze Radia i TV. Orkiestra ta została stworzona przez nauczyciela z tej szkoły, w jej skład wchodzi siedemdziesiąt osób, uczniów i nauczycieli. Przechodzimy do klasy, gdzie dziewięcioro uczniów rysuje z modela. Spotykam tam nauczyciela, którego pamiętam jeszcze z wizyty w „starej” szkole. Ghulam Mustafa Rashid pokazywał mi podczas tamtego spotkania zeszyt z notatkami uniwersyteckimi, z których korzystał jako pomocy naukowej. I do dzisiaj się to nie zmieniło. Nie mają żadnych książek o historii malarstwa lub do nauki rysunku. Rozmawiam z uczniami: Fereste najbardziej lubi malować miniatury, Amina uczy się grać na pianinie, Muldhtar w przyszłości chciałby być nauczycielem plastyki w tej w szkole. Każde z nich ma ambitne plany, wyrwali się z małych miejscowości, biednych rodzin, szansę dał im talent.
Jednak absolwenci niełatwo znajdują pracę. Jeden z nich, bardzo zdolny, dostał się na uniwersytet kabulski. Inni natomiast otworzyli sklepiki, uczą na różnych kursach. Dowiaduję się, co się dzieje z tymi, których poznałam ponad dwa lata temu. Shireli, który namalował miniaturę dla Prezydenta RP, prowadzi swój sklepik, jest bardzo chory, ale nadal maluje. A Mohammad Saber, który dostał gitarę od Grzegorza Turnaua (jego własną spalili Talibowie), pracuje na uniwersytecie i prowadzi zajęcia muzyczne w naszych sierocińcach.

Szkoły w Kabulu są w najlepszej sytuacji, tutaj jest najbezpieczniej i są najlepsze warunki do nauki. Już na pobliskiej prowincji jest o wiele gorzej. W Kapisie (ok. półtorej godziny drogi na północny wschód), w miejscowości Muhammad Raqi funkcjonuje jedna szkoła – Muhammad Raqi Girls Lycee, do której chodzi ok. 3000 uczniów ze 120 pobliskich wiosek. Szkoła dysponuje budynkiem mogącym pomieścić mniej więcej 600 uczniów. Mieszczą się w tu podstawówka, gimnazjum i liceum. Na rannej zmianie uczy się 1500 uczennic, po południu 1400 uczniów. Taka liczba dzieci wpływa na jakość nauczania. W szkole brak prądu, więc dzieci mogą tu przebywać dopóki jest jasno. Dyrektorka szkoły żeńskiej, Amira Faez, bardzo nad tym boleje. Ona sama otrzymała solidne wykształcenie, studiowała pedagogikę ze specjalizacją nauki przyrodnicze na Uniwersytecie w Kabulu. Nie ukończyła studiów, bo rozpoczęła się wojna mudżahedinów i musiała wracać do domu. Naucza od 20 lat, od roku jest dyrektorką szkoły. Przychodzi do szkoły piechotą, w jedną stronę zabiera jej to godzinę i czterdzieści minut. Większość dzieci idzie do szkoły godzinę lub dwie. Dyrektorka stara się organizować dojazdy na koniach dla 40 dzieci mieszkających najdalej, ale nie zawsze są na to pieniądze.

W całej prowincji Kapisa funkcjonuje zaledwie dziewięć szkół podstawowych dla dziewcząt i tylko jedna średnia. W prowincji jest 85 tys. uczniów, a i tak 70% dziewcząt w ogóle nie uczestniczy w lekcjach. Z wioski Khookyar Khil, z której pochodzi dyrektorka, w tej chwili do szkoły chodzą tylko trzy dziewczynki, a powinno co najmniej dziesięć razy tyle. To problem odległości i kosztów zakupu mundurka, ale również niechęci do kształcenia dziewczynek. Zresztą, i tak jest za mało nauczycieli. W jej wiosce tylko dwie kobiety umieją czytać i pisać, ona i jeszcze jedna sąsiadka, która nawet szkoły nie ukończyła. W prowincji Kapisa miały miejsce cztery ataki na szkoły, ale dotyczyło to dystryktów Alasay, Najrab i Tagab, uważanych za niebezpieczne.

W budynku szkolnym mieści się dwanaście klas, obok rozbito 6 namiotów, i wszyscy pozostali, czyli uczniowie dwunastu klas (każda z nich liczy około 50 uczniów), maja zajęcia po prostu na zewnątrz, w cieniu drzewa lub w cieniu budynku. Nie ma żadnej pracowni, nie ma biblioteki, brakuje również książek. Podręczniki rozdziela rząd, ale stale jest ich mało. Ostatnio zmieniły się programy nauczania od klasy pierwszej do czwartej i na 700 dzieci szkoła dostała 200 książek. Jeszcze gorzej jest z podręcznikami do angielskiego, a uczy się go pięć klas. Na jedną przypadają dwa, trzy podręczniki. W szkole jest tylko trzech nauczycieli angielskiego, w tym jedna kobieta. Kiedy próbuję z nią porozmawiać, nie możemy się porozumieć, jej angielski na bardzo słabym poziomie. Brakuje co najmniej dziesięciu nauczycieli.

Obserwuję lekcję angielskiego dziewczynek z piątej klasy. Na rozłożonej na ziemi płachcie siedzi ok. 50 uczennic w czarnych sukienkach z białymi chustkami na głowach. Przed nimi stoi oparta o stołek tablica, na której są wypisane litery alfabetu angielskiego. Nauczycielka trzyma w ręce karteczki z literami i odpytuje dziewczynki z ich nazw, za każdym razem, gdy któraś prawidłowo nazwie literkę, dostaje oklaski. Koło mnie zbiera się grupa ciekawskich i co bardziej odważnych dziewczynek. Zaczynają się pytania: skąd jestem, jak mam na imię. Nikt nie wie, gdzie jest Polska. Suomo ma 12 lat i chce być doktorem, codzienna droga do szkoły w jedną stronę zajmuje jej półtorej godziny. Doktorem chce też być Fatha. Kiedy pytam ją dlaczego, odpowiada, że chce mieć dobrą pracę. Ale to zależy od woli rodziców. Według słów dyrektorki, wiele dziewcząt jest bardzo zdolnych, ale nie wszystkie będą mogły kontynuować naukę. Dla rodziców ze wsi kształcenie córki w mieście to wstyd. A one chciałyby być lekarkami, nauczycielkami, inżynierami, farmaceutkami. Na razie w szkole dziewcząt dzieci tylko przybywa, bo dziewczynki za czasów Talibów nie chodziły do szkoły. Żaden rocznik nie ukończył jeszcze nauki.

Nie tylko dzieci

Uczą się nie tylko dzieci. Dorośli, którzy nie mieli okazji ukończyć edukacji, teraz szukają po temu sposobności. Dla takich osób PAH prowadzi szkolenia z angielskiego i obsługi komputera w Departamencie ds. Kobiet (jest częścią Ministerstwa ds. Kobiet), w miejscowości Muhammad Raqi. Departament zapewnia miejsce na szkolenia oraz komputery. PAH finansuje paliwo do generatora, opłaca nauczycieli, materiały i transport.

Uczestniczę w lekcji angielskiego. W kursie biorą udział 33 kobiety i 15 mężczyzn (są to pracownicy Departmentu ds. Kobiet, nauczycielki) podzieleni na cztery grupy. Godzinne zajęcia odbywają się pięć razy w tygodniu. Mohammad Khelad, który prowadzi kurs angielskiego, nauczył się języka w Pakistanie, gdzie mieszkał przez 18 lat. Jest szczęśliwy, że mógł wrócić do Afganistanu, ma poczucie, że robi tutaj coś ważnego. Takie lekcje w prowincjonalnej wsi są bardzo ważne. Jego zdaniem kobiety uczą się szybciej, chętniej i są bardziej inteligentne. Miał plan, by w ciągu sześciu miesięcy jego uczniowie nauczyli się alfabetu. Plan został zrealizowany w ciągu czterech miesięcy. W salce za pulpitami siedzi kilka osób, najstarszy uczestnik, Mohammad Saruar, ma 56 lat, siwą brodę, pomarszczoną twarz. Jest kasjerem w Departamencie ds. Kobiet, uważa, że na naukę nigdy nie za późno, można się uczyć w każdym momencie życia. Ma pięć córek i czterech synów. Jeden syn i córka studiują na Uniwersytecie, druga z córek jest mężatką. Reszta dzieci mieszka jeszcze w domu i on chce je uczyć angielskiego. Dlatego między innymi uczestniczy w kursie. Nauczył już liter syna, który chodzi do czwartej klasy. Inny uczeń, 46-letni Basmillah Mateeh, szesnaście lat temu skończył studia w Moskwie.

Przechodzimy do kolejnego pomieszczenia, gdzie odbywa się kurs komputerowy. Spotykam tam Amię, dyrektorkę szkoły dla dziewcząt, która uczy się obsługiwać komputer. Wprawdzie w jej szkole brak prądu, więc na razie komputerów nie będzie, ale ona chce już teraz nauczyć się czegoś nowego. Przy jednym z komputerów siedzą 15-letnia Mokadesa i 13-letnia Amira, nachylają się nad klawiaturą, szukając liter. W programie Word piszą tekst w języku dari. Znajomość obsługi komputera ułatwi im w przyszłości znalezienie pracy w biurze.

*

Obecnie w wiosce Koko Kheil w dystrykcie Muhammad Raqi w prowincji Kapisa PAH kończy budowę szkoły średniej Mawlana Mohammad Sadiq School dla 1400 chłopców, którzy teraz uczęszczają na popołudniową zmianę do Muhammad Raqi Girls Lycee. Od nowego roku szkolnego (marzec 2007) chłopcy będą mieli już własną szkołę i dziewczętom poprawią się warunki nauki. Jeżeli tylko sytuacja w kraju pozwoli, będą mogli się kształcić, by zbudować nowy Afganistan. Warunki do tego są niestety niesprzyjające. Przyjdzie im zmagać się z ogromną biedą. Afganistan jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Ponad połowa Afgańczyków żyje w skrajnym ubóstwie, średnia życia wynosi 43 lata. Wiele problemów jest związanych ze zwiększającą się produkcją opium. Co więcej, pogarszają się warunki bezpieczeństwa. W zeszłym roku zginęło prawie dwa razy więcej pracowników organizacji humanitarnych niż w roku 2004. PAH musiała zrezygnować z pomocy w południowych prowincjach Paktia i Wardak. Jak pomagać Afganistanowi ? Bo „czy” – to w ogóle nie jest stosowne pytanie. Tocząca się obecnie dyskusja na temat, czy posyłać wojsko czy nie, powinna przenieść się na inny grunt. Pomyślmy o tym, czego Afgańczycy najbardziej potrzebują i jak możemy im to zapewnić. Sądzę, że trzeba wspierać edukację, poprawiać warunki życia na prowincjach oraz dawać szansę na samodzielny rozwój. Sensowna pomoc, dostosowana do tamtejszej kultury stworzy Afgańczykom możliwość budowania lepszej przyszłości. I jestem pewna, że takiej pomocy Afgańczycy nigdy nam nie zapomną.


Tekst jest rozszerzoną wersją artykułu Dzieci Afganistanu, który znalazł się w „Tygodniku Powszechnym” z 10 grudnia 2006.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata