Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MARZEC 2007, NUMER 622

Strona główna


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 


TEMAT MIESIĄCA:

Porzuceni mistrzowie



W cieniu Karola Gustawa Junga
(fragment)

KRZYSZTOF DOROSZ


Jung był niezwykle twórczym psychologiem i pełnym ciekawych pomysłów psychoterapeutą; często miał dobry i głęboki wgląd w tajniki wewnętrznego krajobrazu człowieka. Lecz jego wizjonerska metafizyka prowadzi w moim przekonaniu na niebezpieczne i szkodliwe manowce. Nowej religii nie stworzył. Jak mało kto, łączył w sobie światło i ciemność. Lecz czy kiedykolwiek dokonał twórczej ich syntezy – śmiem wątpić.

Od kilkudziesięciu lat myśl Karola Gustawa Junga rzuca cień na moje życie. Ten cień ma trzy smugi. W pierwszej leżą koncepcje, które mnie kiedyś zafascynowały i porwały, lecz kiedy chciałem je pojąć i zgłębić, umykały memu zrozumieniu, pozostawiając osad wątpliwości; w drugiej skryły się rozważania o cieniu, w pewnej mierze trafne, lecz w ostatecznym rachunku złudne i niebezpieczne; w trzeciej zaś natrafiam dziś coraz częściej na przybrane w maskę nauki empirycznej wizje metafizyczne, których zaakceptować nie jestem w stanie. Ale zacznijmy od początku.

Junga poznałem, kiedy miałem niespełna dziewiętnaście lat i rozpoczynałem studia na Uniwersytecie Warszawskim. Poznałem go, rzecz jasna, nie osobiście, lecz za pośrednictwem Jerzego Prokopiuka. To pośrednictwo było na tyle sugestywne, że Jung zdał mi się patronem wszelkiej głębszej myśli i przewodnikiem w świecie prawdy. Jego wyrzeźbiona bruzdami mądrości twarz patrzała na mnie z okładek książek rozrzuconych w pokoju Jerzego. Raz na jakiś czas gromadziła się w tym pokoju niewielka grupa młodych ludzi, spragnionych prawdy o człowieku i świecie, odbiegającej od dostępnych wówczas w Polsce wzorców marksistowskiego, pozytywistycznego lub katolickiego myślenia. Grupa przyjęła nazwę „Temenos”, co przywodziło na myśl sprawy głębokie, święte i owiane tajemnicą. Wszak Temenos w starożytnej Grecji to odgrodzona od świata przestrzeń, w której znajdowała się poświęcona jednemu z bóstw świątynia. Rzeczy święte, choć wiedzieliśmy o nich tyle co nic, miały dla nas smak zakazanego owocu; garnęliśmy się do nich, choć traktowaliśmy je przede wszystkim poznawczo. Interesowało nas zjawisko religii w ludzkim świecie; wiele godzin zatem poświęciliśmy dyskusjom nad Złotą gałęzią Frazera, Szkicami z socjologii religii Wacha czy zbiorem uczonych tekstów religioznawczych wydanych pod redakcją Eliadego. Poza tym pociągały nas zjawiska tajemnicze i niewyjaśnione, podejmowaliśmy więc wyprawy w rejony parapsychologii, ezoteryki czy mistyki. Na dobrą jednak sprawę nikt – może poza Jerzym – nie miał pojęcia, dokąd te poszukiwania miały nas prowadzić. Kierowała nami naturalna dla młodych ludzi ciekawość i pragnienie dotarcia do prawdy, skrywanej – jak byliśmy przekonani – za oficjalną wykładnią nauki, ateizmu i wiary. Nic więc, co ludzkie, nie było nam obce i na początek przyszedł Jung. Mógł to być równie dobrze Freud czy Eliade, choć raczej nie Marks i nie Tomasz z Akwinu. A że Jerzy akurat Jungiem intensywnie się zajmował, wygłosił nam na jego temat aż sześć wykładów.

Prawdę powiedziawszy, niewiele z nich zrozumiałem. Nieświadomość zbiorowa, animus i anima, cień, persona, jaźń – te i inne Jungowskie pojęcia prawie nic mi nie mówiły; mój umysł, pozbawiony odpowiedniego przygotowania, nie był w stanie ich wchłonąć. Pobudzały jednak nienasyconą ciekawość i zawierały wspaniałą obietnicę. „Jeśli nas poznasz – zdawały się mówić – otrzymasz klucz do tajników ludzkiej duszy”. Któż nie odpowiedziałby na takie we zwanie? I oto Jung, ów „stary mędrzec” – jak Jerzy lubił o nim mówić – stał się dla mnie jeśli nie mistrzem, to przynajmniej nauczycielem; był przecież nie tylko uczonym psychologiem, był kimś, kto wiele przemyślał i doświadczył. Nie miałem wątpliwości, że potrafi mnie wprowadzić w prawdziwą w mądrość. Zajmował się nie tylko psychopatologią człowieka i leczeniem duszy, wnikał w istotę męskości i kobiecości, interesowały go prastare ludzkie symbole i mity, pasjonowała go alchemia i gnoza, bardzo wiele uwagi poświęcał religii. Nie był wprawdzie człowiekiem wierzącym w konwencjonalnym sensie tego słowa i nie należał do żadnego Kościoła. Mniemanie o współczesnym chrześcijaństwie miał bardzo złe; uważał, że jego źródła niemal całkowicie wyschły na skutek jednostronnego rozwoju racjonalnych władz człowieka. Ale na pytanie, czy wierzy w Boga, odpowiadał, uśmiechając się tajemniczo: „Nie, nie wierzę, ja po prostu wiem”.

Nie mogłem pojąć tego wyznania; pewność istnienia Boga oparta nie na wierze, lecz na wiedzy szokowała mnie i wprowadzała w poznawczy zamęt; bardziej kojarzyła mi się z zarozumiałą teologią niż z badawczą postawą psychologa, której przedstawicielem i orędownikiem mienił się Jung. Moje skojarzenie było oczywiście niemądre i zawieszone w próżni; o teologii nie miałem wówczas żadnego pojęcia; kierowałem się przesądami właściwymi młodemu człowiekowi wychowanemu w rodzinie agnostycznej, wyznającej tak zwany światopogląd naukowy. Kiedy napotykałem na słowo teologia, ogarniało mnie niepomierne zdumienie. „Jak to możliwe – zadawałem sobie pytanie – by inteligentni ludzie – przez setki lat poświęcali tyle czasu i energii na zupełnie jałowe rozważania?” Od teologii, włącznie ze św. Tomaszem, na którego trafiłem w krótkich opracowaniach, wiało śmiertelną nudą. Zwłaszcza że wydawała mi się przeniknięta racjonalnym myśleniem, które w moim przekonaniu było powierzchowne i płytkie i nie prowadziło do nikąd. Miałem go szczerze dosyć, a że byłem młody i niecierpliwy, sądziłem, że można je po prostu odrzucić. Dlatego tak bardzo porwał mnie Jung. Jego psychologia, zwana przecież „psychologią głębi”, otwierała rzeczywistość ukrytą pod powierzchnią nie tylko życia, lecz również intelektu.

W owym czasie zaczynał już pękać mój „naukowy światopogląd”. Dostrzegłem w nim luki, niedopowiedzenia i umysłową łatwiznę; ze śmiechem przyjmowałem jego żałosne roszczenia do posiadania prawdy. Miałem się za poszukiwacza i za wszelką cenę chciałem zachować intelektualną otwartość. Toteż analogiczne roszczenia wysuwane przez katolicki Kościół napawały mnie zgrozą. Niemniej pociągała mnie i interesowała religia, zrazu zapewne tylko z przekory. Powoli dusiłem się w rodzinnym klimacie „światopoglądu naukowego”, czułem się zniewolony panującym w świecie uniwersyteckim oficjalnym pozytywizmem, zwłaszcza że przychodziła mu w sukurs prymitywna i wzmocniona autorytetem partii marksistowsko-leninowska, pożal się Boże, „interpretacja świata”. Jej nachalny redukcjonizm, emanacja „jedynie słusznej filozofii”, wprawiał mnie w obrzydzenie, a intelektualny smród, który z niej dolatywał, nakazywał natychmiastową ucieczkę. Wówczas pojawił się Jung – ani teolog, ani naukowiec spod znaku szkiełka i oka, lecz wielce uczony psycholog, oddany empirycznym badaniom przeciwnik metafizyki. I ten niewierzący przecież człowiek religię traktował z najwyższą powagą. Nie tylko nie redukował jej do nerwicy, jak niegdysiejszy jego mistrz Zygmunt Freud, lecz dostrzegał i doceniał jej realność. Ba, uważał nawet, że duchowy kryzys naszych czasów wynika z niedoboru autentycznej religijności w świecie zachodniej kultury. Stwierdzał, że większość jego pacjentów cierpi na duchową pustkę i zanik sensu.

Więcej na łamach marcowego numeru "Znaku"

Zamów numer

KRZYSZTOF DOROSZ,
ur. 1945, pisarz i eseista, wieloletni pracownik Sekcji Polskiej BBC. Autor książek: Maski Prometeusza. Eseje konserwatywne (1989) i Sztuka wolności. Eseje liberalne (2002).

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK

 

 

 


E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.