|

TEMAT MIESIĄCA:
Porzuceni mistrzowie
W cieniu Karola
Gustawa Junga
(fragment)
KRZYSZTOF DOROSZ
Jung był niezwykle twórczym psychologiem
i pełnym ciekawych pomysłów psychoterapeutą;
często miał dobry i głęboki wgląd w tajniki
wewnętrznego krajobrazu człowieka. Lecz jego
wizjonerska metafizyka prowadzi w moim przekonaniu
na niebezpieczne i szkodliwe manowce.
Nowej religii nie stworzył. Jak mało kto, łączył
w sobie światło i ciemność. Lecz czy kiedykolwiek
dokonał twórczej ich syntezy – śmiem wątpić.
Od kilkudziesięciu lat myśl Karola Gustawa Junga rzuca cień na
moje życie. Ten cień ma trzy smugi. W pierwszej leżą koncepcje,
które mnie kiedyś zafascynowały i porwały, lecz kiedy chciałem je
pojąć i zgłębić, umykały memu zrozumieniu, pozostawiając osad
wątpliwości; w drugiej skryły się rozważania o cieniu, w pewnej mierze
trafne, lecz w ostatecznym rachunku złudne i niebezpieczne;
w trzeciej zaś natrafiam dziś coraz częściej na przybrane w maskę
nauki empirycznej wizje metafizyczne, których zaakceptować nie jestem
w stanie. Ale zacznijmy od początku.
Junga poznałem, kiedy miałem niespełna dziewiętnaście lat i rozpoczynałem
studia na Uniwersytecie Warszawskim. Poznałem go, rzecz jasna, nie osobiście, lecz za pośrednictwem Jerzego Prokopiuka.
To pośrednictwo było na tyle sugestywne, że Jung zdał mi się
patronem wszelkiej głębszej myśli i przewodnikiem w świecie prawdy.
Jego wyrzeźbiona bruzdami mądrości twarz patrzała na mnie
z okładek książek rozrzuconych w pokoju Jerzego. Raz na jakiś czas
gromadziła się w tym pokoju niewielka grupa młodych ludzi, spragnionych
prawdy o człowieku i świecie, odbiegającej od dostępnych
wówczas w Polsce wzorców marksistowskiego, pozytywistycznego
lub katolickiego myślenia. Grupa przyjęła nazwę „Temenos”, co przywodziło
na myśl sprawy głębokie, święte i owiane tajemnicą. Wszak
Temenos w starożytnej Grecji to odgrodzona od świata przestrzeń,
w której znajdowała się poświęcona jednemu z bóstw świątynia.
Rzeczy święte, choć wiedzieliśmy o nich tyle co nic, miały dla nas
smak zakazanego owocu; garnęliśmy się do nich, choć traktowaliśmy
je przede wszystkim poznawczo. Interesowało nas zjawisko religii
w ludzkim świecie; wiele godzin zatem poświęciliśmy dyskusjom
nad Złotą gałęzią Frazera, Szkicami z socjologii religii Wacha czy zbiorem
uczonych tekstów religioznawczych wydanych pod redakcją
Eliadego. Poza tym pociągały nas zjawiska tajemnicze i niewyjaśnione,
podejmowaliśmy więc wyprawy w rejony parapsychologii, ezoteryki
czy mistyki. Na dobrą jednak sprawę nikt – może poza Jerzym
– nie miał pojęcia, dokąd te poszukiwania miały nas prowadzić. Kierowała
nami naturalna dla młodych ludzi ciekawość i pragnienie
dotarcia do prawdy, skrywanej – jak byliśmy przekonani – za oficjalną
wykładnią nauki, ateizmu i wiary. Nic więc, co ludzkie, nie
było nam obce i na początek przyszedł Jung. Mógł to być równie
dobrze Freud czy Eliade, choć raczej nie Marks i nie Tomasz z Akwinu.
A że Jerzy akurat Jungiem intensywnie się zajmował, wygłosił
nam na jego temat aż sześć wykładów.
Prawdę powiedziawszy, niewiele z nich zrozumiałem. Nieświadomość
zbiorowa, animus i anima, cień, persona, jaźń – te i inne
Jungowskie pojęcia prawie nic mi nie mówiły; mój umysł, pozbawiony
odpowiedniego przygotowania, nie był w stanie ich wchłonąć.
Pobudzały jednak nienasyconą ciekawość i zawierały wspaniałą
obietnicę. „Jeśli nas poznasz – zdawały się mówić – otrzymasz klucz
do tajników ludzkiej duszy”. Któż nie odpowiedziałby na takie we zwanie? I oto Jung, ów „stary mędrzec” – jak Jerzy lubił o nim mówić
– stał się dla mnie jeśli nie mistrzem, to przynajmniej nauczycielem;
był przecież nie tylko uczonym psychologiem, był kimś, kto
wiele przemyślał i doświadczył. Nie miałem wątpliwości, że potrafi
mnie wprowadzić w prawdziwą w mądrość. Zajmował się nie tylko
psychopatologią człowieka i leczeniem duszy, wnikał w istotę męskości
i kobiecości, interesowały go prastare ludzkie symbole i mity,
pasjonowała go alchemia i gnoza, bardzo wiele uwagi poświęcał religii.
Nie był wprawdzie człowiekiem wierzącym w konwencjonalnym
sensie tego słowa i nie należał do żadnego Kościoła. Mniemanie
o współczesnym chrześcijaństwie miał bardzo złe; uważał, że jego
źródła niemal całkowicie wyschły na skutek jednostronnego rozwoju
racjonalnych władz człowieka. Ale na pytanie, czy wierzy w Boga,
odpowiadał, uśmiechając się tajemniczo: „Nie, nie wierzę, ja po prostu
wiem”.
Nie mogłem pojąć tego wyznania; pewność istnienia Boga oparta
nie na wierze, lecz na wiedzy szokowała mnie i wprowadzała w poznawczy
zamęt; bardziej kojarzyła mi się z zarozumiałą teologią
niż z badawczą postawą psychologa, której przedstawicielem i orędownikiem
mienił się Jung. Moje skojarzenie było oczywiście niemądre
i zawieszone w próżni; o teologii nie miałem wówczas żadnego
pojęcia; kierowałem się przesądami właściwymi młodemu człowiekowi
wychowanemu w rodzinie agnostycznej, wyznającej tak
zwany światopogląd naukowy. Kiedy napotykałem na słowo teologia,
ogarniało mnie niepomierne zdumienie. „Jak to możliwe – zadawałem
sobie pytanie – by inteligentni ludzie – przez setki lat poświęcali
tyle czasu i energii na zupełnie jałowe rozważania?” Od
teologii, włącznie ze św. Tomaszem, na którego trafiłem w krótkich
opracowaniach, wiało śmiertelną nudą. Zwłaszcza że wydawała
mi się przeniknięta racjonalnym myśleniem, które w moim
przekonaniu było powierzchowne i płytkie i nie prowadziło do nikąd.
Miałem go szczerze dosyć, a że byłem młody i niecierpliwy,
sądziłem, że można je po prostu odrzucić. Dlatego tak bardzo porwał
mnie Jung. Jego psychologia, zwana przecież „psychologią
głębi”, otwierała rzeczywistość ukrytą pod powierzchnią nie tylko
życia, lecz również intelektu.
W owym czasie zaczynał już pękać mój „naukowy światopogląd”.
Dostrzegłem w nim luki, niedopowiedzenia i umysłową łatwiznę; ze
śmiechem przyjmowałem jego żałosne roszczenia do posiadania prawdy.
Miałem się za poszukiwacza i za wszelką cenę chciałem zachować
intelektualną otwartość. Toteż analogiczne roszczenia wysuwane
przez katolicki Kościół napawały mnie zgrozą. Niemniej pociągała
mnie i interesowała religia, zrazu zapewne tylko z przekory. Powoli
dusiłem się w rodzinnym klimacie „światopoglądu naukowego”, czułem
się zniewolony panującym w świecie uniwersyteckim oficjalnym
pozytywizmem, zwłaszcza że przychodziła mu w sukurs prymitywna
i wzmocniona autorytetem partii marksistowsko-leninowska, pożal
się Boże, „interpretacja świata”. Jej nachalny redukcjonizm, emanacja
„jedynie słusznej filozofii”, wprawiał mnie w obrzydzenie, a intelektualny
smród, który z niej dolatywał, nakazywał natychmiastową
ucieczkę. Wówczas pojawił się Jung – ani teolog, ani naukowiec spod
znaku szkiełka i oka, lecz wielce uczony psycholog, oddany empirycznym
badaniom przeciwnik metafizyki. I ten niewierzący przecież
człowiek religię traktował z najwyższą powagą. Nie tylko nie
redukował jej do nerwicy, jak niegdysiejszy jego mistrz Zygmunt
Freud, lecz dostrzegał i doceniał jej realność. Ba, uważał nawet, że
duchowy kryzys naszych czasów wynika z niedoboru
autentycznej religijności w świecie zachodniej
kultury. Stwierdzał, że większość jego
pacjentów cierpi na duchową pustkę i zanik
sensu.
Więcej na łamach marcowego numeru "Znaku"
Zamów numer
KRZYSZTOF DOROSZ,
ur. 1945, pisarz i eseista, wieloletni pracownik
Sekcji Polskiej BBC. Autor książek: Maski Prometeusza. Eseje konserwatywne
(1989) i Sztuka wolności. Eseje liberalne (2002).
POCZĄTEK STRONY |