70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mistrz mojego rzemiosła

Kiedy po raz pierwszy spotkałem Ryszarda Kapuścińskiego miałem 29 lat i pracowałem w Dziale Zagranicznym Polskiej Agencji Prasowej. Pracowałem tam już trzeci rok i nie mogłem się nadziwić moim przełożonym, jak mogą nie dostrzegać tak wielkiego dziennikarskiego talentu. Nie wysyłali mnie jeszcze w świat. Ani na którąś z korespondenckich placówek w Afryce czy Azji, ani choćby w reporterskie wyprawy, które miały obfitować w dramatyczne wydarzenia, a mnie uczynić sławnym. Czas mijał, a sława i chwała nie nadchodziły.

A dziennikarzem zostałem przecież tylko dlatego, że istniał Kapuściński. Zapisując się na dziennikarskie studia nie miałem pojęcia na czym polega ten zawód, a kończąc je byłem pewien jednego – mogę być wszystkim, tylko nie dziennikarzem. Chyba, że dziennikarzem takim jak Kapuściński. Podróżnikiem, odkrywcą, świadkiem historii i uczestnikiem przygód, człowiekiem żyjącym mocno, na krawędzi. Dlatego zgłosiłem się do PAP, gdzie kiedyś pracował.

Nigdy wcześniej go nie widziałem. Dziwiłem się, że on, najsławniejszy korespondent wojenny, nie występuje w ogóle w telewizji, choć powinien – jak wtedy sądziłem – występować w niej stale. Nic wszak nie było lepszym dowodem wielkości i wyjątkowości niż pokazywanie się na ekranie telewizora.

Wiedziałem natomiast, wszyscy to wiedzą, jak wygląda, albo powinien wyglądać wojenny korespondent. Twarz ogorzała od wichrów i słońca, lekki zarost, podkreślający zwiarowane tempo życia, ale także lekceważenie wobec trywialnych przyzwyczajeń zwyczajnych śmiertelników, na oczach ciemne okulary, niezależnie od pogody, wojskowa kurtka, albo zniszczona, ze skóry (nie mogłem się zdecydować), na nogach ciężkie kamasze. Wyraz twarzy nieco zagubiony. Frasunek, świadczący o dramatach, jakie widział i chłodne, mocne spojrzenie, dowodzące męstwa i wytrwałości. Koniecznie papierosy! Rothmansy, jakie paliłem (zostało mi to zresztą do dziś), wydawały mi się czymś szalenie podkreślającym moją oryginalność. Ba! Osobowość! Byłem gotów.

A dzień, gdy w działowym sekretariacie powiedziano mi, że dzwonił Kapuściński i pytał czy nazajutrz może się ze mną spotkać, utwierdził mnie w przekonaniu, że zmierzam właściwą drogą. Wróciłem właśnie z trzymiesięcznego, korespondenckiego stażu w ówczesnym Związku Radzieckim. Zachodziłem w głowę o czym Kapuściński będzie chciał ze mną rozmawiać? Czy będzie ciekaw mojej oceny sytuacji politycznej i moich prognoz w sprawie przyszłości ZSRR i komunizmu? A może będzie chciał porozmawiać o moich reportażach ze strajku górników na Syberii?

W niczym nie przypominał korespondenta wojennego. Ani strojem, ani wyglądem, spojrzeniem czy głosem. Najmniej zaś swoim zachowaniem. Nie był – a powinien – wyniosły, ani znużony, sterany życiem, ani małomówny. Nie wypytywał mnie też o przyszłość komunizmu, ani o strajki na Syberii lecz o ceny biletów w moskiewskim metrze, co można dostać w sklepach, i co ile kosztuje. Nie mogąc ochłonąć z wrażenia i zaskoczenia, odpowiadałem, że bilety kosztują 50 kopiejek, a w sklepach brakuje wszystkiego poza żółtym serem i zieloną pastą, nazywaną na etykietce kawiorem z kabaczków. Kapuściński słuchał tak uważnie, że po chwili czułem się, jakbym odsłaniał mu najbardziej skrywane sekrety imperium.

Mój wizerunek wojennego korespondenta, mój przyszły, własny wizerunek, legł z hukiem w gruzach. Ale pojąłem jedną z najważniejszych tajemnic dziennikarstwa, którą Kapuściński opanował jak chyba nikt inny. Umiejętność słuchania. Ale takiego słuchania, które sprawia, że opowiadający nie tylko czuje się wyjątkowy i ważny, ale tę swoją wyjątkowość rzeczywiście odkrywa i odczuwa.

Jestem wybrańcem losu, bo spotykam Kapuścińskiego od prawie 20 lat. Choć nie jestem jego uczniem, ani on sam nie jest moim jedynym mistrzem, od lat go podpatruję i wciąż się od niego uczę. To zresztą, ten obowiązek ciągłego uczenia się, doskonalenia, ciągłego stawiania pytań i niechęć do jednoznacznego i ostatecznego definiowania czegokolwiek jest kolejną ważną nauką, wyniesioną ze spotkań z Kapuścińskim.

Czytając jego książki i rozmawiając z nim zrozumiałem ulotność, ułudę, a zazwyczaj także żałosną miałkość statystyk, prognoz, komantarzy, oficjalnych oświadczeń i wypowiedzi, za to potęgę szczegółu, z pozoru nieistotnego zdarzenia, epizodu, a także tego, że przez los pojedynczego człowieka najlepiej widać dzieje świata. Że opisując spotykanych ludzi i ich kraje należałoby pamiętać nie tylko o słowach i zdarzeniach, lecz także barwach, zapachach, a nawet trudnej często do uchwycenia i nazwania wyjątkowej atmosferze jakiegoś miejsca. Że pisanie reportażu, książki jest, powinno być jak malowanie ruchomego, wielowymiarowego obrazu. I że sama książka różni się od depeszy czy artykułu nie liczbą napisanych wyrazów i zdań lecz stanowi, powinna stanowić odrębną, nową całość. Nową nawet gdyby nie miała być pisana od początku lecz stanowić zbiór oddzielnych reportaży czy opowiadań. Wreszcie, a może przede wszystkim, że nosząc głowę wysoko, nie sposób dojrzeć szczegółów pod nogami.

“Przyspieszenie i spłycenie informacji we współczesnych mediach jest przez to m.in. niebezpieczne, że upowszechnia stereotypy. Szybko! Szybko! Nie ma czasu na szczegóły, wieloznaczności, różnice, odcienie. Coś jest białe albo czarne i tyle”. – ostrzegał Kapuściński w “Lapidariach”. – Reporter zagraniczny jest tłumaczem kultur. Atakuje powszechnie panującą ignorancję, stereotypy, przesądy. Samotność reportera, który jeździ po świecie, do dalekich krajów: pisze o tych, którzy go nie czytają, dla tych, których mało interesują jego bohaterowie. Jest kimś pomiędzy”.

Kimś pomiędzy, dla kogo nie ma miejsca. Uznawszy, za sprawą Kapuścińskiego, ale także własnych doświadczeń, że dziennikarstwo, pochłonięte komercją, konkurencją, celuloidową sławą i narcystycznym samouwielbieniem przestaje być dobrym sposobem na opisywanie i tłumaczenie świata, z pewnym żalem postanowiłem odrzucić w kąt nie tylko pozę i fatałaszki wojennego korespondenta, ale w ogóle fascynację wydarzeniami. Zdecydowałem, że dziennikarstwo nie ma znaczenia, ani przyszłości, że jedyne co warto to pisać reportaże i książki. Jak Kapuściński.

I wtedy znów go odwiedziłem, by porozmawiać o zmarłym właśnie, dawnym dyktatorze z Ugandy Idim Aminie. Odwiedzał Ugandę za czasow Amina i zamierzał napisać o nim książkę. A nawet, że ją już pisał. Po “Cesarzu” i “Szachinszachu” miała złożyć się na trylogię o władzy. Etiopski cesarz Hajle Selasje i irański szach Mohammed Reva Pahlavi reprezentowali władzę ubraną w paradne mundury, skrępowaną dworską etykietą, koniecznością dotrzymania protokołu i zachowania pozorów. Amin, swoją postacią i historią przedstawiał władzę w formie najprymitywniejszej, czystej, a więc, zdawało mi się, jeszcze bardziej kuszącej.

Zapytałem Kapuścińskiego dlaczego w końcu nie napisał tej książki o Aminie, nie dokończył trylogii władzy. “Nie mogłem” – odparł – “Musiałem to zostawić, bo w Związku Radzieckim zaczęła się pieriestrojka, musiałem tam pojechać”. To właśnie przed podróżą do Moskwy zadzwonił przed laty do PAP, a gdy mu powiedziano, że właśnie stamtąd wróciłem, postanowił się ze mną spotkać. “Pisarz porzucił książkę, by gnać do Moskwy i przyglądać się jak upada imperium? – nie mogłem uwierzyć. “No tak” – przytaknął. – “W gruncie rzeczy, w duszy jestem depeszowcem”.

Kapuściński wciąż mnie zadziwia, zaskakuje. Mimo swojego wieku i towarzyszących mu przypadłości, pozostaje, może dzięki tej żarłocznej ciekawości wszystkiego, człowiekiem niezwykle młodym. Widać to szczególnie na tle współczesnej, nieciekawej niczego, bo przekonanej, że wszystko wie dziennikarskiej ciżby młodocianych starców.

“Szachinszach” i “Cesarz” to moje ulubione i – moim zdaniem – najlepsze książki Kapuścińskiego. Czytam je od początku do końca, ale także na chybił trafił, tam gdzie się akurat otworzy. Przewracam kartki jak zdjęcia. “To był mały piesek rasy japońskiej…” Każdy fragment, każdy akapit jest samoistną opowieścią. Nawet motta otwierające jego książki. Jak modlitwa wodza Grikuasów przed bitwą z Burami w 1876 r. z “Wojny futbolowej”.

“Boże! Mimo tylu modlitw do Ciebie ciągle przegrywamy nasze wojny. Jutro znowu będziemy walczyć w bitwie, która jest naprawdę wielka. Ze wszystkich sił potrzebujemy Twojej pomocy i dlatego muszę Ci coś powiedzieć: ta jutrzejsza bitwa to będzie ciężka sprawa. Dlatego proszę Cię, nie przysyłaj nam na pomoc Twojego Syna. Przybądź sam”.

Czasami dzwonią zaś do mnie z pytaniami, czy sądzę, że Kapuściński otrzyma w końcu literacką Nagrodę Nobla? Dla nie ma to żadnego znaczenia. Bo nagroda, jeśli ją otrzyma, nie uczyni z niego przecież większego pisarza. A jeśli nie otrzyma jej nigdy, to i tak w niczym to nie pomniejszy jego wielkości.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata