|

SPOŁECZEŃSTWO NIEOBOJĘTNYCH
Nie-pamięć
KRYSTYNA RYCZAJ-MARCHEWCZYK
Kolejne skrzyżowanie, znowu czerwone. Może włączę radio, pełna
godzina, powinny być wiadomości. Są. „Szwecja nie zgadza się na platformę
serwisową gazociągu... Aneta K. wyda oświadczenie... Prokuratura
w Łodzi przesłuchuje... Co pamiętacie z wprowadzenia stanu wojennego
25 lat temu, zadzwońcie, piszcie...”
I ten apel brzmi jak dzwonek alarmowy. Nie dla moich osobistych
wspomnień – ale dla historii, którą zawsze chciałam opisać. Najpierw
w pełni udokumentować, zebrać, spisać wszystkich zaangażowanych.
A potem opisać. Najlepiej na jakąś okrągłą rocznicę, na przykład dwudziestą
piątą. Chciałam, ale...
Brigitte Neher poznałam ciepłego, letniego wieczoru roku 1995 we
Fromborku. Właśnie zakończyliśmy spływ kajakowy Czarną Hańczą
z grupą przyjaciół i rozjechaliśmy się – my na dalszy ciąg urlopu, trochę
śladami Krzyżaków, a trochę tropami Wańkowiczowskiego Smętka.
We Fromborku, na parkingu, zobaczyliśmy samochód z niemiecką
rejestracją. Obok stały dwie kobiety, a mężczyzna usiłował uruchomić
samochód. Językiem najbardziej wspólnym okazał się angielski. Mój mąż
usiłował pomóc, ale solidne niemieckie auto dalej nie zamierzało zapalić.
W końcu razem z Niemcem pojechali gdzieś naszym samochodem
i przywieźli mechanika, ponoć znającego się na markach niemieckich.
Przywieziony człowiek zaczął powoli rozbierać auto Niemców na fragmenty,
patrzyliśmy z lekkim przerażeniem...
Moje zniecierpliwienie rosło – dzieci głodne, nie mamy noclegu, a jest
coraz później... Wyciągnęłam jakieś krakersy, a może zrobiłam kanapki?
Poczęstowałam kobiety, które wraz ze mną przyglądały się temu
wszystkiemu.
Przy pożegnaniu jedna z nich wręczyła mi swoją wizytówkę i powiedziała,
że zaprasza nas w przyszłym roku do siebie, na tydzień.
Przed Bożym Narodzeniem przyszły życzenia od Brigitte, potem list.
W końcu kolejny, z planem jej miejscowości i opisem, jak dojechać. Pojechaliśmy
w sierpniu 1996 i był to niezapomniany tydzień – Brigitte
pokazała nam piękno historycznej Szwabii (Badenia-Wirtembergia).
Poznaliśmy jej rodzinę: brata Eugena Allgöwera i mamę – panią Hildę
Allgöwer. Damę promieniującą prawością i dobrocią, która zaszczepiła
w swych dzieciach chrześcijański obowiązek czynienia dobra, a także
uwrażliwiła na Polskę i Polaków.
Potem zaprosiliśmy rodzinę Allgöwer do nas, do Krakowa, i tak ta
przyjaźń trwa do dzisiaj.
Za którymś naszym pobytem w Niemczech, po kolacji u Eugena,
gospodarz przyniósł wielkie pudło. Były w nim wycinki prasowe, różne
pisma i korespondencja, fotografie – w większości czarno-białe. Eugen
zaczął opowiadać, jak w roku 1981, w grudniu, razem ze swym młodszym
bratem Stephanem, jechał do Polski z transportem charytatywnym,
w konwoju kilkunastu ciężarówek. W domu zostawił żonę w ciąży. I trzynasty
grudnia zastał go na obszarze ówczesnej NRD. Była zima, dwudziestostopniowy
mróz i śnieg. Transport miał dotrzeć między innymi
do Krakowa.
I dotarł. Na fotografiach widać zaśnieżoną ciężarówkę, a w tle
majestatyczny Wawel.
Gdy wychodziliśmy, Eugen wręczył mi pudło, mówiąc: „Weź, to
dla ciebie”. Niestety, najbardziej wspólnym nadal pozostał język angielski,
więc nie do końca dopytałam o szczegóły tej wyprawy i nie do końca
zrozumiałam jego opowiadanie.
Przeglądam po raz kolejny zawartość pudła od Eugena. Wycinki
prasowe układają się w zapis akcji „Adwent w Polsce”, jaką zorganizowała
Caritas Badenii-Wirtembergii, szczególnie oddział w Reutlingen.
Artykuły w gazetach ilustrowane są zdjęciami uczniów przynoszących
swoje skarbonki, żeby ich zawartość przeznaczyć na pomoc Polsce, albo dziewcząt i chłopców trzymających zabawne kukiełki na sprzedaż w ramach
akcji.
Kopia wnikliwego tekstu na temat sytuacji Polaków, ich nadziei i beznadziei
autorstwa dr. Josepha Scheu.
Raporty pokazujące ofiarodawców, bardzo często nieujawniających
swych nazwisk.
Rachunki za mleko w proszku, kawę, środki czystości...
I fotografie dokumentujące charytatywną odyseję: ciężarówki gdzieś
w ośnieżonej „ziemi niczyjej” – uwięzione pomiędzy granicami, między
historią wolności, „Solidarności” i historią stanu wojennego, przez bezosobowe
„władze”, mające twarz skorumpowanego celnika.
I moje ulubione zdjęcie z kukiełką-maskotką za wycieraczką samochodu.
Są też dokumenty kolejnych wyjazdów z pomocą do Polski – do
Katowic, Raciborza, Nowej Huty, Krakowa. Podsumowanie pięciu lat
pomagania Polsce. Kopia artykułu o pomocy charytatywnej Kościoła
Ewangelicko-Metodystycznego z Reutlingen dla mieszkańców Ostródy
i okolic. Informacja o paczkach wysyłanych indywidualnie, za przesłanie
których zapłacił rząd ówczesnej RFN.
Kim dzisiaj są dziewczęta i chłopcy z tamtych zdjęć? Co robią? Czy
są szczęśliwi? Czy pomaganie potrzebującym weszło im w krew?
O czym teraz pisze Joseph Scheu?
Ile łącznie było takich konwojów, ile ton darów przywiozły, ile osób
ofiarowało swoje pieniądze i czas?
Jak dokładnie i drobiazgowo potrafimy rozliczać wyrządzone nam
krzywdy, cudzą nieprawość albo tylko słabość. Jak długo umiemy pamiętać
i ścigać zbrodnie, zło.
Szkoda, że tak skrupulatnie nie prowadzimy buchalterii dobra. Że
właściwie w ogóle jej nie prowadzimy.
Więcej na łamach lutowego numeru "Znaku"
Zamów numer
KRYSTYNA RYCZAJ-MARCHEWCZYK, absolwent UJ. Od kilkunastu
lat pracuje jako konsultant komunikacji społecznej w projektach
przekształceń dużych przedsiębiorstw.
POCZĄTEK STRONY |