|

TEMATY I REFLEKSJE
Gusta Apicjusza,
czyli o rzymskich kulinariach (fragment)
MICHAŁ BARDEL
Rzymianie z rzadka przyrządzali sobie wołu –
chyba że przy okazji składania zeń ofiary. Woły
stanowiły dla nich istotną pomoc w pracach
gospodarczych, a praktyczny umysł podpowiadał,
że pracowitych pomocników się nie zjada.
„Siekane macice świń przyrządzisz następująco: weźmiesz mielonego
pieprzu, kminu rzymskiego, dwie małe główki porów obrane
do miąższu, ruty, sosu ze sfermentowanych ryb i to wszystko połączysz
z dobrze ubitą i utartą masą mięsną. Po powtórnym utarciu
całej masy i dokładnym jej wymieszaniu dodasz ziarnka pieprzu
i orzeszki piniowe, które ubijesz w bardzo czystym materiale. To
wszystko ugotujesz w wodzie, oliwie, sosie ze sfermentowanych ryb
z pęczkiem porów i koprem ogrodowym” – jeśli wierzyć przepisom
jedynej w pełni zachowanej do naszych czasów książki kucharskiej
z okresu późnego cesarstwa rzymskiego, żadne danie ówczesnej kuchni
nie mogło się obejść bez sosu ze sfermentowanych ryb. We współczesnej
sztuce kulinarnej próżno by szukać ingrediencji do tego stopnia
niezastępowalnej. A sos taki, zwany z łacińska liquamen, z grecka
garum, potocznie zaś hiszpańskim, przyrządzało się nadzwyczaj
prosto: wystarczyło do glinianego naczynia wsypać garść niewielkich rozmiarów rybek wraz z wnętrznościami ryb większych, całość
posolić i pozostawić w nasłonecznionym miejscu na kilkanaście dni,
nie dłużej jednak niż na trzy miesiące. Trudno nam dziś dociec, skąd
u Rzymian, a wcześniej zapewne u Greków, tak wielkie umiłowanie
do tej – jak możemy sobie łatwo wyobrazić – dość ostrej i kwaśnej
przyprawy. Jak odrażający musiała mieć zapach, możemy sobie łatwo
wystawić – wystarczy powiedzieć, że tu i ówdzie jej produkcja w obrębie
murów miejskich była surowo zakazana. Myliłby się jednak, kto
by sądził, że garum to zakonserwowany solą efekt zwykłego gnicia
rybich wnętrzności. Duża ilość soli nie pozwalała uaktywnić się bakteriom
odpowiedzialnym za proces gnilny, wchodziła jednak w reakcję
z enzymami obecnymi w rybich trzewiach. Co odważniejsi badacze
rzymskich kulinariów w miejscach odosobnionych podejmują
próby jego wytwarzania, co rozsądniejsi tymczasem prześcigają się
w wynajdywaniu współczesnych odpowiedników sosu hiszpańskiego.
Zawodzą jednak próby kojarzenia garum z rozmaitymi odmianami
anchovies – jedynym dobrym tropem wydaje się wcale nie tak
trudno dostępny, bo powszechnie stosowany w kuchni wietnamskiej
nuoc mam (w tajskiej kuchni spotykamy go pod nazwą nam pla), sos
z ryb, którego sposób przyrządzania w zadziwiający sposób zbiega
się z opisami rzymskich mistrzów.
Wielkim wielbicielem uszlachetnionej wersji liquamen sporządzanej
ze słynnych czerwonobrodów (odmiana brzan morskich) był sam
Marek Gawiusz Apicjusz, jeden z najbardziej posągowych żarłoków
starożytności, który pozostawił po sobie ów jedyny znany nam dzisiaj
w całości zabytek rzymskiego piśmiennictwa kulinarnego – De
re coquinaria – datowany na IV/V wiek przed Chrystusem.
Gwoli ścisłości trzeba zaznaczyć, że zgodnie z najlepszą wiedzą
specjalistów od rzymskich przysmaków udział samego Apicjusza
w przygotowaniu książki podpisanej jego przydomkiem był raczej
znikomy. O sztuce kulinarnej to udana kompilacja co najmniej kilku
różnych dzieł, pośród których jedynie traktat O sosach do ryb wyszedł
z pewnością spod ręki Marka Gawiusza. O ile nam bowiem
wiadomo, sam mistrz obmyślał wyłącznie potrawy trafiające na stół najbogatszych mieszkańców imperium – nigdy natomiast nie parał
się, albo czynił to nader rzadko, kuchnią niższych warstw społecznych.
To go zresztą – jeśli wierzyć złośliwemu Senece – doprowadziło
do ostatecznej zguby. „Oto kiedy już sto milionów sestercji przepuścił
na kuchnię – czytamy w Pocieszeniu do matki Helwii – kiedy
już liczne dary książąt i ogromne sumy z Kapitolu roztrwonił na poszczególne
biesiady, wtedy dopiero, przygnieciony długami, po raz
pierwszy czuł się zmuszony zajrzeć do ksiąg rachunkowych i obliczył,
że mu pozostaje dziesięć milionów sestercji. Jakby więc musiał
żyć w ostatniej nędzy i głodzie, rozporządzając sumą dziesięciu milionów
sestercji, trucizną zakończył życie”.
Więcej na łamach lutowego numeru "Znaku"
Zamów numer
MICHAŁ BARDEL,
ur. 1976, dr filozofii, wykładowca w Wyższej Szkole
Europejskiej i Collegium Civitas, p. o. redaktora naczelnego „Znaku”.
POCZĄTEK STRONY |