70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Każda utrata jest dla zmartwychwstania

Tajemnica śmierci polega na tym, że jakoś musimy być oczyszczeni, odarci z zewnętrznych warstw, aby wyłoniła się osoba. Zmartwychwstanie to wyłonienie się osoby. Wierzchnie warstwy cebuli muszą być zdarte.

Czym jest starość? Jak ją Pan przeżywa?

Historia każdego z nas sprowadza się do tego, że rodzimy się w słabości i umieramy w słabości. Nawet w naszych genach jest zapisane, że mamy dojrzewać i niknąć. Gdy dojrzewamy – dojrzewamy do odpowiedzialności, gdy odchodzimy – dojrzewamy do utraty odpowiedzialności. U naszego kresu potrzebujemy pomocy innych.

Przez wiele lat byłem odpowiedzialny za mój dom wspólnotowy w Trosly – musiałem rozwiązywać konflikty, borykać się z trudnościami. Dziś nie mogę pracować jak dawniej. Mam 70 lat, nie ciążą już na mnie w naszym domu żadne obowiązki, poza jednym: że mam ich nie mieć… Służę tylko radą i jest mi z tym bardzo dobrze.

Kiedy ludzie zaczynają myśleć o mnie z troską, czuję, że dzieje się coś nowego. Teraz, kiedy jestem słabszy i inni widzą moją słabość, pełniej doświadczam, czym jest komunia. Bo kiedy dysponujemy siłą, nie wiemy, czym ona jest. Oczywiście władza czy autorytet mogą wyrażać się w sposób uprzejmy i potrafią budować jedność, niemniej prawdziwa komunia wyklucza siłę. Tajemnica słabości polega na tym, że to ona sprawia, iż jesteśmy razem. Fundamentem każdej wspólnoty, każdej rodziny jest wezwanie: „Potrzebuję cię, nie mogę tego zrobić sam”. Czyli słabość jest warunkiem bycia razem.

Jestem dziś na etapie, kiedy nie mam obowiązków, ale mogę mówić. Następnie wkroczę w etap, kiedy nie będę już mógł mówić – wykładać, udzielać wywiadów… Potem przyjdzie czas odchodzenia. Kiedyś powiedziałem, że mam nadzieję, iż moje odchodzenie potrwa dłużej i nie będzie zbyt gwałtowne. Bo jeśli umrę zbyt szybko, to w mojej wspólnocie, w której pozostaję już od 42 lat, szok może być zbyt wielki. Więc powinienem przejść długą, przewlekłą chorobę.

Czyli oddalać się stopniowo… Czy o to się Pan modli?

Tak. Chociaż chodzi nie tyle o przewlekłą chorobę, co raczej o to, żebym za kilka dni nie rozbił się w samolocie relacji Warszawa-Paryż… (śmiech)

Żyje Pan we wspólnocie, wśród przyjaciół. Ale wielu ludzi odczuwa głęboką samotność – nie mają obok siebie żadnej wspólnoty, rodziny, bliskich. Oni najczęściej odczuwają zależność od innych jako upokorzenie.

Kiedy człowiek czuje, że nikt go nie potrzebuje, wtedy pojawia się depresja. A co możemy powiedzieć ludziom w depresji ponad to, że ich rozumiemy? Jeśli coś się nie zdarzy, ktoś nie powie: „Potrzebuję cię, proszę, żebyś się za mnie pomodlił”, niewiele możemy poradzić. Owszem, człowiek w depresji może poczuć, że wciąż potrzebuje go Bóg. Że nie tyle sam ufa Bogu, co raczej Jezus ufa jemu. Potrzebujemy siebie nawzajem: Bóg potrzebuje nas, my potrzebujemy Jego. Ale jak pomóc ludziom samotnym dojść do tego punktu? Nie wiem. Pomocą mogą być ludzie z parafii czy innej wspólnoty, którzy będą odwiedzać osoby chore i w podeszłym wieku, by powiedzieć im: potrzebuje cię. To jest coś fundamentalnego, bo kiedy czujemy, że nikt nas nie potrzebuje, doświadczamy śmierci.

Rzeczywiście, kiedy jest się we wspólnocie lub z rodziną, to odchodzenie staje się źródłem komunii. Ale jeśli nie ma obok nas nikogo, rodzi gniew i depresję.

Starość przynosi wielorakie doświadczenie utraty – tracimy wigor, zdrowie, siły, ale także bliskich, którzy umierają. Czy to złożone doświadczenie utraty prowadzi do rozpaczy? 

Pytanie brzmi: co tracisz, a co osiągasz? Każda utrata może przynieść jakiś zysk. Jeśli akcentujesz wyłącznie utratę, wtedy umyka ci zysk. Utrata jest jak odzieranie nas z kolejnych warstw – władzy, wpływów, dóbr. Jeśli się nas obiera jak cebulę, co zostaje? Coś się wyłania, coś powstaje. Każda utrata jest dla zmartwychwstania. Nawet utrata tych, których kochamy. Gdy tracimy kogoś, kogo kochamy, musimy się zmienić, musimy stanąć na nogi. Czasem widzimy wdowy, które po dziesięciu latach od pochowania męża żyją wciąż jego śmiercią. One nie podźwignęły się po tym doświadczeniu. Kiedy rozmawiam z pogrążonymi w żałobie, pytam ich: „Jak myślicie, jakimi chcieli by was dzisiaj widzieć zmarły mąż czy żona? Czy chcieliby, żebyście wciąż płakali, czy żebyście się podnieśli?”. W każdej utracie tkwi zaczyn czegoś nowego – odkrycia, kim jestem, jakie jest moje miejsce na świecie, moje powołanie. Zatem nie jesteśmy skazani na depresję i łzy. Choć oczywiście dobrze jest czasem popłakać.

Jest „czas płaczu i czas śmiechu, czas żałoby i czas tańca”… 

Właśnie – jak u Eklezjasty… Zatem każda utrata jest możliwym zyskiem.

Patrząc na utratę w takiej perspektywie, zakłada się, że istnieje pewien porządek, cykl narodzin i śmierci, smutku i wesela. Ale śmierć przychodzi bardzo często nie w porę, burząc taki idealny porządek. Wystarczy pomyśleć o młodej kobiecie, która traci w wypadku samochodowym męża i dzieci. Oczywiście można powiedzieć, że to też stwarza jakąś możliwość zysku, ale w takim wypadku deklaracja ta  brzmi bardzo ryzykownie. 

Pytanie brzmi: kto mi pomoże w mojej utracie? Kto będzie najbliżej tej zrozpaczonej kobiety? Przemiana utraty w zysk trwa dłużej niż trzy dni – niż trzy dni zmartwychwstania. Może trwać dziesięć lat! Wielu przykładów takich długotrwałych procesów dostarcza życie ludzi z upośledzeniem. Ktoś traci wzrok, przeżywa głęboką depresję, ale po pięciu latach staje się nadzwyczajnym człowiekiem. Problem polega na tym, jak pomóc mu w przejściu tego cyklu. Nie wystarczy trzymać za rękę, trzeba mieć także odpowiednie kompetencje. Umiejętność, by pomóc ludziom odkryć ich talenty, pomóc im podnieść się.

Mówił Pan, że starość to moment, kiedy wyłania się nasze prawdziwe ja, opadają z nas rozmaite kostiumy, spadają  maski, możemy się skupić na tym, co najważniejsze… Co dokładnie oznacza to prawdziwe ja, czym ono jest? 

To ja nowo narodzonego dziecka. Jeśli dziecko jest maltretowane lub porzucone, zamyka się w sobie, pogrąża w depresji. Kiedy jest kochane, może się bawić, kiedy matka mu mówi: „Jesteś najpiękniejsze na świecie”, ujawnia się prawdziwe ja. Tak samo dzieje się w starości. Potrzebujemy, by ktoś dalej nam mówił: „Jesteś cenny, piękny”. Prawdziwe ja to osoba, która ujawnia się, kiedy znika siła i jesteśmy zdolni do komunii.

Przez pierwsze pięć miesięcy między matką i dzieckiem lub ojcem i dzieckiem trwa po prostu komunia, zabawa, wspólny śmiech. Po tych pięciu miesiącach zjawia się między nimi ktoś trzeci, pedagog. Ale na początku, kiedy dziecko budzi się w nocy z płaczem, a matka uspokaja je głaskaniem i kołysanką, istnieje po prostu relacja, bezwarunkowa miłość.

Ta bezwarunkowa miłość odradza się w starości. Opowiem historię mojego przyjaciela, który był dyrektorem dużego banku. Jego żona zapadła na chorobę Alzheimera. Niedawno rozmawiałem z nim: „Nie wyobrażam sobie, że mógłbym ją przenieść do domu opieki. Jesteśmy przecież małżeństwem. Karmię ją, pielęgnuję, myję… Staję się bardziej ludzki. Kilka tygodni temu zbudziła mnie w środku nocy i powiedziała – jakby na chwilę wychodząc z mgły – >>Kochanie, chcę Ci tylko podziękować za wszystko, co dla mnie robisz<<. I wtedy zapłakałem. Po chwili znów wstąpiła w tę mgłę”.

Nawet w mgle Alzheimera ona rozpoznała, że była kochana, że była cenna. Ilu ludzi potrafi – jak mój przyjaciel – zdobyć się na takie poświęcenie? Nie wiem. To jest rzeczywistość, która ma związek z łaską, wykształceniem, środkami materialnymi (on miał większe możliwości finansowe niż inni)… Ale ważne jest, by spoglądać na momenty wyjątkowe, bo one coś nam mówią, nawet jeśli niewielu ludzi doświadcza tej wyjątkowości. Te momenty mówią nam, ku czemu powinniśmy próbować zmierzać.

Inny wyjątek to działanie młodzieży ze wspólnoty San Egidio, która odwiedza starych ludzi w ich domach. Oni spotykają osoby schorowane, pogrążone w depresji i potrafią  sprawić, że te osoby zaczynają śpiewać, tańczyć, bawić się i oddawać grom towarzyskim… Wygląda to tak, jakby zapalali zapałkę! Jak widać, nietrudno tę zapałkę zapalić – wystarczy grupa dziesięciu młodych osób z gitarami, ktoś, kto potrafi zachęcić do zabawy i szpital zamienia się w dom weselny.

Co mówią nam takie wyjątki? Każą powrócić do pytania, czym jest prawdziwe ja. Otóż jest ono zabawą. Jesteśmy stworzeni dla uczty weselnej. Pierwsze miejsce, do którego zabiera Jezus swych uczniów, to Kana Galilejska. I nie idzie tam, bo myśli sobie: „O Boże, muszę dokonać jakiegoś cudu!”, ale idzie, by pokazać im rzeczywistość najgłębiej ludzką – rzeczywistość zabawy, świętowania, celebrowania życia, wzajemnej miłości. A my zamieniliśmy weselną ucztę na zarządzanie przedsiębiorstwem…

Ludzie są powołani do tworzenia miejsc świętowania. Miejsc niewykluczających nikogo, zapraszających innych na ucztę. Taka jest rzeczywistość wspólnot San Egidio, które zapraszają wszystkich do środka: pozwólmy się wspólnie bawić, tańczyć i śpiewać tym, którzy chcą do nas przyjść. Niestety, zamieniliśmy życie w coś zbyt poważnego – działanie, bogacenie się, produkcję… Straciliśmy poczucie bujnej płodności – dawania życia, cieszenia się nim – na rzecz produktywności. Tym, co najgłębiej skrywa się w naszym człowieczeństwie, jest radość.

Mówi Pan o czasie starości jako okresie, kiedy wyłania się prawdziwe ja, następuje jakieś ostateczne spełnienie. Archetyp starości w takim ujęciu wyznaczałyby postacie biblijne –  Anna i Symeon. Ale jest też inny wzorzec – szekspirowski król Lear, przykład szaleństwa starości. Czy oba te archetypy są prawdziwe? 

To od nas zależy, który przeważy. Możemy tworzyć domy dla ludzi starych lub z upośledzeniem, w których znajdą zabawę i radość, albo instytucje, w których wyedukowani medycznie pracownicy robią tylko to, co do nich należy.

Więc prawdziwe jest i to, co mówi nam Anna, i to, co mówi król Lear. Co okaże się prawdziwe w naszym życiu, zależy od naszych wyborów. Jeśli oddaję mój czas ludziom starym, to znaczy, że w mniejszym stopniu skupiam się na zarabianiu pieniędzy. Czy decyzje tych, którzy mają siłę i władzę, przyniosą szczęście tym, którzy są słabi, czy też odsuną ich na margines, by rozszerzyć pole władzy – to leży w mocy naszych wyborów.

Stawką są chyba rozmiary szaleństwa w świecie. Czy będzie więcej Learów czy Symeonów… 

Nie. Szaleństwo mamy w obu przypadkach. Bo L’Arche czy „Wiara i Światło” to także szaleństwo!

W mojej wspólnocie mamy Françoise, która ma 76 lat i jest ociemniała. Kiedy 40 lat temu do nas przybyła, była ciężko upośledzona, poruszała się z trudnością, musiała być karmiona.  Dzisiaj musi leżeć w łóżku. Jej opiekunowie kochają ją. Nazywają ją Mamuśką, kąpią, pielęgnują… Ale to jest wariactwo! Ile to kosztuje, żeby utrzymać Françoise przy życiu… Jeśli przyjąć kryterium opłacalności, to opieka nad Françoise jest szaleństwem.

Wiele Pan podróżuje. Jak starość rozumiana jest w innych kulturach? Czym różni się jej pojmowanie od tego, co myśli się o niej w naszym kręgu cywilizacyjnym?

W kulturze afrykańskiej starzy ludzie to biblioteki. Mają wiedzę o przeszłości, są szanowani, ważni. Tymczasem w naszym świecie odczuwa się ich obecność jak utrapienie, ponieważ trzeba się nimi opiekować. Zauważmy: albo mamy zamkniętą grupę – plemię lub szczep – w której ludzie starsi są szanowani, albo społeczeństwo pluralistyczne, w którym traci się poczucie przynależności, co sprawia, że ludzie starsi przestają być tak ważni.

Co jest ważne w społeczeństwie pluralistycznym? Przyszłość, czyli dzieci. Zatem uwaga przenosi się z ludzi starszych na dziecko. Im bardziej kraj staje się wielokulturowy i pluralistyczny, tym bardziej liczy się niezależność, wolność, produktywność i pomnażanie pieniędzy. Aby zbić fortunę, trzeba więcej sprzedawać, by więcej sprzedawać, ludzie muszą więcej kupować… A więc wpada się w sidła konsumeryzmu, co pociąga za sobą rozpad relacji.

Słuchałem ostatnio bardzo interesującego wykładu Zygmunta Baumana. Mówił on, że w pluralistycznym społeczeństwie konsekwencją utraty poczucia przynależności jest lęk, który może albo pchać do tworzenia zamkniętych grup, które powstają także w świecie katolickim, albo narodzą się nowe wspólnoty, w których trzeba codziennie ożywiać swoje poczucie przynależności. Jak w małżeństwie, które musi karmić się miłością każdego dnia. Taka jest przyszłość ludzkich społeczności, jeśli mają być one zdrowe. Musimy żywić siebie wzajemnie – żywić miłością, uprzejmością, naszymi talentami.

Chcielibyśmy zapytać teraz o doświadczenie towarzyszenia umierającym. Wielokrotnie przeżywał Pan odchodzenie bliskich. Co można zrobić, towarzysząc komuś w umieraniu?

Wiele można się nauczyć od osób zajmujących się opieką paliatywną. Moja siostra przez 25 lat była lekarzem w londyńskim hospicjum św. Krzysztofa i wiele jej zawdzięczam. Szkoła opieki paliatywnej pokazuje, jak ważna jest jakość czułości i słuchania. Nie wolno mówić umierającym, co mają robić, nie można ich poklepywać po plecach: „Wszystko będzie dobrze, Jezus przyjmie cię pod swoją opiekę…”. Trzeba czekać na ich pytania. Podejmując opiekę paliatywną, trzeba mieć w sobie wielką ciszę. Trzeba słuchać ludzi, rozumieć ich cierpienie, lecz także otaczać ich kompetentną opieką medyczną, podawać we właściwych dawkach heroinę lub morfinę. Trzeba też pamiętać o drobnych radościach. U św. Krzysztofa siedemnasta to pora na kieliszek koniaku. Chodzi o małe rzeczy, które sprawiają przyjemność.

Będąc przy umierającym, trzeba być prawdziwym. Bo wokół ludzi chorych terminalnie jest wiele maskarady. O ile to  możliwe, trzeba rozmawiać o śmierci, zapytać: „Jak chciałbyś, żeby wyglądała msza pogrzebowa?”. Wzorem św. Franciszka, który mówił o „siostrze-śmierci”, warto spróbować popatrzeć na śmierć jak na przyjaciela. Jesteśmy w końcu do niej powołani, mamy ją w genach. Najczęściej jednak nasz stosunek do śmierci jest wrogi.

Jak zmienić ten swój negatywny stosunek do śmierci? To wielkie wyzwanie dla społeczeństwa, które ceni tylko skuteczność, produktywność i wartości materialne. Jak znaleźć coś innego, odkryć komunię – nową komunię z Bogiem? Jak dojść do momentu zgody, kiedy nie wiem, co się ze mną dzieje, ale ufam i wiem, że Bóg ufa mnie?

Przeżywaliśmy w naszej wspólnocie wiele śmierci. Ważne jest, by po czyjejś śmierci umieć ją celebrować. Jest czas płaczu i wesela… Kiedy najtrudniej przyjąć śmierć bliskich? Gdy jest nagła. Łatwiej się z nią oswoić, gdy jest powolna, jak w przypadku Jean-Pierre’a z naszej wspólnoty, który chorował na białaczkę. Przebywał w szpitalu, potem do nas wrócił.  Kiedy odwiedziłem go niedługo przed śmiercią, leżał w łóżku. Usiadłem obok i zapytałem: „Jak się czujesz?”. On wyszeptał jak Chrystus na krzyżu: „Pragnę…” . Kiedy spytałem oszołomiony: „Jak mogę ci pomóc?”, wykrzyknął: „Coca-Cola!”… O dziewiątej wieczór sprowadzaliśmy Coca-Colę. Wypił ją duszkiem, a następnego dnia umarł.

W naszym domu najpierw gromadzimy się, by modlić się wspólnie przy łóżku zmarłego. Pamiętam, co zdarzyło się po śmierci François. Podeszli do niego dwaj ciężko upośledzeni – Philippe z porażeniem i autystyczny Jean-Louis. Kiedy zbliżyli się do łóżka, zapytali Jacqueline, która  była opiekunką zmarłego, czy mogą go pocałować? Ona, zdziwiona, odpowiedziała, że oczywiście mogą. Philippe pocałował Françoisa i mówi: „Oh merde! On jest zimny!” Kiedy wyszli z pokoju, powiedział: „Mamuśka [czyli ich opiekunka] nie uwierzy, że pocałowałem martwego!”. To był dla nich niezwykły moment, bo całując martwego człowieka,  pocałowali własną niepełnosprawność! Akceptacja śmierci poprzez to, że o niej rozmawiali, była jakąś akceptacją ich zranienia, niepełnosprawności.

Zatem gromadzimy się przy zmarłym, a potem świętujemy. Wieczorem cała wspólnota zbiera się i opowiadamy historie – każdy może wstać i powspominać zmarłego. Ostatnio pokazujemy też na dużym ekranie zdjęcia tych, którzy odeszli – idziemy z postępem! A następnego dnia odbywa się pogrzeb.

Chodzi o to, by mówić o zmarłym, wspólnie się pośmiać i popłakać. Musimy się uczyć wspólnie śmiać i płakać.

Czy niepełnosprawni przyjaciele ze wspólnoty pytają o własną śmierć? Co o niej myślą?

 Mieliśmy taki rok, że co dwa miesiące ktoś w naszej wspólnocie umierał. Trzecia śmierć to było już za dużo… Czuliśmy, że to jest cios zbyt bolesny, nie mogliśmy już o tym rozmawiać. Pamiętam jeszcze trudniejszy moment: najpierw ktoś umarł, a po trzech dniach ktoś inny zginął potrącony przez samochód. Ja się wtedy załamałem. Nie potrafiłem znieść dwóch śmierci w ciągu trzech dni. Musimy być zatem bardzo ostrożni, gdy mówimy o śmierci, bo nie dla każdego rozmowa taka przychodzi w porę. Niektórzy ludzie potrafią być na nią otwarci, inni nie.

W naszym domu stworzyliśmy grupę, w której rozmawiamy o starości z naszymi niepełnosprawnymi przyjaciółmi – wspólnie zastanawiamy się, co stanie się z ich rodzicami, oswajamy ich ze śmiercią najbliższych. Pytamy: czy myślisz, że oni mogą umrzeć? Niektórzy zaprzeczają: „Nie, oni nigdy nie umrą”, natrafiamy na lęk i blokadę. Nie można oczywiście zmuszać do rozmowy na ten temat, trzeba pozwolić, aby pojawił się on sam z siebie. Trzeba wykorzystywać okazje, które ją umożliwią – jak Dzień Zaduszny, odwiedzanie cmentarza.

Bodaj w roku 1968 na polecenie Securité Sociale robiono film na temat powodów wykluczenia ludzi z upośledzeniem. Nagrano ze mną rozmowę, podczas której powiedziałem, że ludzie nie chcą myśleć o niepełnosprawności, bo nie chcą mówić o śmierci, boją się jej. A niepełnosprawność to znak  śmierci – zniszczone komórki w mózgu, powykręcone ramiona… Kiedy puszczono film w telewizji, okazało się, że wycięli wszystko, co mówiłem o śmierci. Zadzwoniłem do nich i pytam, dlaczego. Odpowiedzieli mi: ludzie we Francji nie lubią w telewizji rozmów o śmierci.

Szkopuł polega na tym, że w Kościele śmierć kojarzy się z czernią, mrokiem i smutkiem. Nie ma miejsca na celebrowanie śmierci, rozmowę o niej. Bo nie chodzi tylko o czas żałoby, czarną wstążkę… Chodzi także o to, by o śmierci rozmawiać, wesprzeć pogrążonych w  smutku – by śmiać się i płakać.

Czym tak naprawdę jest  lęk przed śmiercią? Co  w sobie skrywa?

Poczucie chaosu i dezintegracji. Niepewność, co będzie dalej. To wielki znak zapytania. Widok rozkładającego się ciała jest przerażający – rozpad, smród… Czytałem kiedyś rozważania głęboko wierzącego Żyda, który pisał o śmierci i rozkładzie jako o procesie najzupełniej naturalnym – o przechodzeniu przez kolejne etapy narodzin, dorastania, słabości, śmierci… Ale żyjemy w świecie, w którym rozkład i chaos przerażają. Jaka jest odpowiedź na ten lęk? Odpowiedzią jest wiara.

Moja niewierząca bratanica dzień przed śmiercią zapytała mnie: „Co będzie?”. Powiedziałem: „Zaśniesz. A gdy obudzisz się, zobaczysz niesamowite światło i doświadczysz niewyobrażalnego pokoju. To będzie niezwykłe, odkryjesz coś naprawdę pięknego”. Odpowiedziała mi: „Ale ja nie jestem chrześcijanką”. Zapytałem ją: „Czy pamiętasz turecką rodzinę, która mieszkała naprzeciwko twojego domu? Zawsze dawałaś im jedzenie, zawsze byłaś dla nich dobra. Więc Bóg będzie dobry dla ciebie. Nie martw się. Zmierzasz do czegoś naprawdę pięknego”… Następnego dnia umarła. Wspaniale, że to ona dała sygnał, a nie ja, bo miałem nadzieję, że będziemy mogli o tym porozmawiać. Ona w końcu zaczęła, a ja nie zarzuciłem ją chrześcijańskimi formułkami.

A tak na marginesie… Wśród ateistów jest wielu fantastycznych ludzi. Ich uprzedzenie do religii jest w jakiejś mierze uzasadnione – widzą grzechy Kościoła, widzą obłudę wierzących, którzy co innego mówią, a co innego robią… Wielu ludzi zamyka się na Kościół i Ewangelię właśnie z takich powodów. Ale i oni doświadczają czegoś takiego jak radość dawania życia. Różnica polega na tym, że człowiek obdarzony wiarą może tej radości doświadczać z poczuciem wewnętrznej jedności – intelektualnej, światopoglądowej, psychofizycznej i duchowej. A ludzie niewierzący nie przeżywają tego w taki sposób, bo mają w sobie blokadę w stosunku do Kościoła i religii, bo lękają się wszechmocnego Boga. Dlaczego jednak nie mówi się im o „maleńkim” Bogu? Bogu, który mówi: „Ufam ci”? Ciągle słyszymy, że mamy Mu ufać… Ale nikt nie pamięta, że to Jezus mówi do każdego z nas:  „Ja ci ufam”.

Chciałbym wrócić do bliskiej Panu idei „siostry-śmierci”. To bardzo piękne ujęcie, ale jeśli sięgnąć do Biblii, pojawiają się kłopoty z takim rozumieniem. W Liście do Hebrajczyków (2, 14) mowa jest o diable, który ma władzę nad śmiercią, w Liście do Rzymian z kolei pojawia się zdanie o  śmierci jako „zapłacie za grzech” (6, 23). Zatem śmierć najwyraźniej nie jest naszą siostrą za względu na więzy krwi. Może się nią  stać, jeśli odważymy się na adopcję…

Adopcja? Nie wiem… Śmierć może być dwojaka – łagodna, jak śmierć Mojżesza czy Abrahama, lub straszliwa. Jak to zinterpretować? Nie wiemy, co działo w stanie błogosławieństwa, w jakim przebywali Adam i Ewa. Jest prawdopodobne, że także wówczas ludzie umierali – tyle że w tym samym momencie, równocześnie wkraczali do Królestwa Bożego. Pewną analogię można zobaczyć w śmierci Maryi, kiedy śmierć i wniebowzięcie są ze sobą ściśle związane. Istniał pewien trwały ruch o takim ukierunkowaniu – ku Królestwu Bożemu. Po upadku ten ruch został zatrzymany, a śmierć stała się wielkim znakiem zapytania. Stało się tak dlatego, że szatan skusił Adama i Ewę i poprzez śmierć wyprowadził ze stanu Bożego błogosławieństwa ku czemuś nowemu. Tyle że to nowe też okazało się formą błogosławieństwa…

To oczywiście nie usuwa z pola widzenia faktu, iż się wzajemnie zabijamy i że śmierć ukazuje się ludzkiej psychice jako coś tragicznego. Śmierć Jezusa jest oczywiście tak samo tragiczna jak wszystkie przerażające zbrodnie popełnione w Auschwitz. To coś odrażającego. Istnieje więc rzeczywistość czegoś ohydnego, szatana, który inspiruje ludzi do zabójstwa… Nie wiem, czy odpowiedziałem na zadane pytanie?

Te wyjaśnienia nie usuwają  znaku zapytania związanego z udziałem diabła w śmierci.

Myślę, że dobrze jest zachować ten znak zapytania… Jeśli nie mielibyśmy znaków zapytania, przestalibyśmy poszukiwać. Przeważająca część ludzkiego świata to obszar tajemnicy, który w bardzo niewielkim stopniu potrafimy penetrować. Istnieje różnica między sekretem i tajemnicą. Sekret raz wyjawiony przestaje nas interesować, podczas gdy tajemnica jest czymś, w co jesteśmy trwale zaangażowani. Tajemnica śmierci, powtórzę, polega na tym, że jakoś musimy być oczyszczeni, odarci z zewnętrznych warstw, aby wyłoniła się osoba. Zmartwychwstanie to wyłonienie się osoby. Wierzchnie warstwy cebuli muszą być zdarte.

Ale można argumentować, że te warstwy to także część osoby.

To część ciebie, ale taka, której trzeba się pozbyć. Taki jest porządek życia: narodziny, dojrzewanie, starość, śmierć. To zdzieranie warstw jest oczywiście bolesne. Ale myślę, że śmierć jest w pewien sposób objawieniem wszelkiego oczyszczenia. To symbol, którego sens oddaje św. Paweł, gdy pisze w Liście do Rzymian, że nie umieramy dla siebie (14, 7). To symbol odzierania z warstw, ujawniania się czegoś ostatecznego. Symbol totalnego wyzwolenia. Coś najbardziej elementarnego i głębokiego nagle z nas ulatuje, zostaje uwolnione.

Czy rozmyśla Pan nad życiem wiecznym, życiem po śmierci? Czy zastanawia się Pan, czym ono jest?

W Ewangelii św. Jana można wyczytać, że życie wieczne to nie jutro, ale dzisiaj. To owa zdolność, by kochać ludzi, jak kocha ich Bóg. To wyzwolenie, które sprawia, iż otaczające mnie mury zaczynają pękać, że mogę być obecnością Boga. Kiedy umieramy, następuje wyzwolenie tego, co w nas najpiękniejsze. A co jest najpiękniejsze? Nasza zdolność, by zamieszkał w nas i działał Bóg.

A życie po śmierci? To świetna zabawa! Królestwo Boże to uczta weselna: 19.  i 21. rozdział Apokalipsy przynoszą obrazy uczty weselnej i zabawy. To nie „błogosławiona wizja”, ale uczta weselna! Jak je sobie wyobrazić?

Opowiem historię jednego z moich niepełnosprawnych przyjaciół – Hindusa  Ramesza, który wyjechał na pewien czas w daleką podróż, by odwiedzić swą rodzinę. Kiedy zbierał się do powrotu, powiedział swemu bratu: „Przyjedź na moje wesele, jutro się żenię”. Także nam, po powrocie do wspólnoty, oświadczył: „Jutro się ożenię”. I następnego dnia zmarł. Jak zinterpretować to zdarzenie? Ja rozumiem je tak: Ramesz miał przeczucie czegoś pięknego, co ma się stać. Dla Hindusa czymś najpiękniejszym, co może się zdarzyć, jest wielkie wesele, więc dlatego na nie zapraszał.

Nie powinniśmy rozważać życia wiecznego intelektualnie, ale powinniśmy myśleć o nim w kontekście najradośniejszych chwil, jakie kiedykolwiek przeżywaliśmy – momentów przesyconych miłością.

Czym w takim różni się życie wieczne od życia po śmierci?

Tym, że życie wieczne dostępne jest już teraz, ale zyskuje pełnię dopiero po śmierci. Za życia oddzielają nas od niego nie nasze ciała, lecz egoizm, poranienia, lęki. Nie potrafimy być szczęśliwi, bo wszyscy nosimy w sobie poczucie winy.

Mamy dzisiaj  problemy z wyobrażeniem sobie  życia po śmierci. Mówi się o erozji wyobraźni religijnej ludzi XX wieku. Ona jest być może powodem tego, że niektórzy chrześcijanie zaczynają wierzyć w reinkarnację. Metempsychoza zdaje się bardziej ludzka, łatwiej nam ją  sobie wyobrazić.

Ona też daje następną szansę w obliczu winy… No cóż, jedyny symbol, jakim dysponujemy,  to uczta weselna. Życie wieczne odsyła nas do doświadczenia seksualności, które niestety zaczęliśmy postrzegać jako zło. A więc żyjemy w zamęcie.

Jedna rzecz to wyobrażanie sobie życia po śmierci, a inna to codzienne doświadczenie jakiejś bliskości z tymi, którzy umarli. Czy zdarza się Panu odczuwać obecność tych, którzy zmarli?  Czy rozmawia Pan z nimi? Zadaje im pytania? A może nawet otrzymuje od nich odpowiedzi?

Poczucie obecności – tak, ale nie rozmowa, tym bardziej nie pytania lub odpowiedzi. Zdarza mi się to, gdy myślę o zmarłych. Kilka dni temu nagle pomyślałem o mojej kuzynce, Madeleine, która odeszła jakieś 40 lat temu. Nagle w mojej głowie pojawiło się jej imię.  Zaintrygowało mnie, dlaczego tak się stało. Ona była dużo starsza ode mnie, ale ją kochałem – jak dziecko kocha osobę dorosłą. Było w niej coś, co mnie urzekło. Była piękną osobą. Co zatem się stało? Dokonało się coś w przeżyciu wewnętrznym, co dotyka marzenia o miłości, wiąże się ze wzajemną atrakcyjnością ludzi. Czy w takim doświadczeniu przejawia się Bóg? Nie wiem. Ale rozmyślałem o niej. Czy mówiłem do niej? Raczej nie. Ale w pewien sposób odczuwałem jej obecność. Jak Etty Hillesum odczuwała obecność swoich bliskich.

Lubi Pan się na nią powoływać. Nazywa ją Pan swoją przyjaciółką.

Muszę przyznać, że w niebie chciałbym spotkać dwie osoby: Samarytankę i Etty. Inne także, ale te dwie szczególnie.

Gdybyśmy robili wywiad dla gazety w rodzaju „The Sun”, pociągnęlibyśmy ten wątek – czemu chce Pan spotykać wyłącznie kobiety…?

Otóż to! Mężczyzna nie może być sam. Nie może być płodności bez kobiety. O to w tym chodzi – o mężczyznę i kobietę. Taka symbolika pojawia się w obrazach Trójcy Świętej. „Bóg stworzył ich mężczyzną i kobietą”. I oni muszą być w jakiś sposób razem.

Tę wizję komplikuje obecność osób homoseksualnych. Dla mnie homoseksualizm to jedno z największych pytań. Jaki jest sens homoseksualizmu w wizji Boga? Wiem, że nie można go postrzegać jako wrodzonego zła, co czynią niektóre dokumenty. Nie wiem, czym on jest. Ale cała rzeczywistość kobiety i mężczyzny, ich seksualności, czegoś nieprawdopodobnie pięknego, do czego w naszym najgłębszym ja czujemy pociąg, jest w nim podważona.

Ale wracając do symboliki uczty weselnej – oznacza ona jedność i płodność; świętowanie jedności i płodności oraz dawanie życia. Jednym z najważniejszych fragmentów Biblii jest dla mnie 15. rozdział Ewangelii św. Jana. Czytamy tam: „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami”. I to jest super! Dajemy owoce, ale nie wiemy, czy pochodzą one od winnego krzewu – Jezusa, czy od nas. Istnieje coś, co jest przepływającym przez nas strumieniem życia, co płynie od Ojca poprzez Jezusa. Wszystko dotyczy życia – płodności, jedności, dawania życia, zabawy, radości. Taka jest wizja w Ewangelii św. Jana. Ona jest mi najbliższa.


JEAN VANIER, ur. 1928, oficer marynarki, dr filozofii, b. wykładowca Uniwersytetu w Toronto, założyciel ruchu „Arka” i współzałożyciel ruchu „Wiara i światło”, zajmujących się osobami z upośledzeniem umysłowym. Jest jednym ze współczesnych autorytetów życia duchowego. W Polsce wydano m.in. następujące jego książki: Wspólnota (1985), Wspólnota miejscem radości i przebaczenia (1985), Mężczyzną i niewiastą stworzył ich do życia w prawdziwej miłości (1988), Zranione ciało (1993), Jezus, dar miłości (1994), Każda osoba jest historią świętą (1999), Kochać aż do końca. Skandal umywania nóg (2002), Źródło łez (2002), Odnaleźć pokój (2005).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata