70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Klarowne nuty w mętniejących wodach

Samorząd jest niewątpliwie najjaśniejszym punktem na naszej politycznej scenie. Jednak i tu instytucjonalne ramy rywalizacji popychają polityków ku bezproduktywnym lub zgoła szkodliwym zabiegom. Przyczyniają się też do zniechęcenia sporej liczby obywateli.

Wybory samorządowe traktowane są jako polityczny test. Politycy zajmujący się sprawami ogólnopolskimi traktują je jako próbę sił. Znacznie bardziej wiarygodną niż sondaże, w których respondenci mogą odpowiadać nieszczerze. Wybory takie są jednak także testem społeczeństwa obywatelskiego. Testem, na który składają się trzy pytania. Pierwsze dotyczy poziomu zaangażowania mieszkańców w sprawy publiczne. Drugie tego, czy zaangażowanie działaczy motywowane jest szczerą troską o dobro wspólne, czy wyłącznie chęcią włączenia się w grę o podział postawu czerwonego sukna, jakim są wspólne zasoby. Wreszcie trzecie kwestii, czy reguły gry, jakie tworzą się w demokratycznych instytucjach, nakierowują aktywistów na dobro wspólne, odwodząc od pokus prywaty i jałowych rozgrywek, czy też pokusy takie wzmacniają. Czy wzmacniają „obywatelskość” i przywództwo, czy polityczny klientyzm i kumoterstwo?

Instrumentalizacja

Z billboardów rozwieszanych w trakcie samorządowej kampanii można było przypomnieć sobie, kto jest ministrem, a kto liderem parlamentarnej opozycji, nie sposób zaś było się dowiedzieć, kto jest kandydatem na marszałka województwa. Największe partie potraktowały ogólnopolski wymiar samorządowego głosowanie na tyle poważnie, że podporządkowały mu właściwie całą uwagę krajowych sztabów wyborczych. PO i PiS – partie chorobliwie scentralizowane – nie bardzo chyba potrafiły zaakceptować coś innego. Odwoływanie się do ogólnopolskich podziałów politycznych, które przesądzają o decyzjach wielu wyborców także na szczeblu lokalnych, było także jedyną nadzieją Lewicy i Demokratów. To ugrupowanie w kończących kadencję samorządach mogło się najczęściej pochwalić aferami odziedziczonymi po SLD. Faktem jest, że slogan LiD – „Dobry samorząd – żadnych popisów” – jest jak dotąd najbardziej jednoznacznie negatywną, nakierowaną na inne partie strategią, zastosowaną w polskich wyborach. Koncentracja na ogólnopolskich problemach była także pochodną walki o władzę wewnątrz ugrupowań. Donald Tusk ratował swoje przywództwo w PO poprzez wymuszenie posłuszeństwa kolegów partyjnych. Dla Marka Borowskiego celem nie była prezydentura Warszawy – w to nikt przecież nie wierzył. Chodziło o dołączenie do grona liderów nowoutworzonego bloku, zdominowanego dotąd przez parlamentarzystów SLD.

Natomiast z punktu widzenia demokratycznych wartości całkowicie haniebne było wykorzystywanie w kampanii argumentu mówiącego o tym, że władzom lokalnym pochodzącym z tego samego ugrupowania co premier, łatwiej będzie pozyskiwać fundusze europejskie. Jak dotąd takie argumenty wykorzystywane były tylko w 2002 roku przez niektórych kandydatów SLD. Przejęcie tego wzorca przez część działaczy PiS jest bardzo złym sygnałem dla idei IV RP. Nawet jeśli popieranie okręgów zdominowanych przez własnych zwolenników jest tajemnicą poliszynela we wszystkich demokracjach świata, to jednak porzucenie w tej sprawie hamulców hipokryzji jest niezwykle niebezpieczne. Hipokryzja to wszak hołd składany przez występek cnocie. Jednoznaczne zwycięstwo partykularnych występków i odrzucenie bożka cnotliwej troski o dobro całego kraju było wszak jednym z koronnych zarzutów wobec postkomunistycznych elit.

Przewagi rządzących

Instrumentalizacja wyborów przez ogólnopolskie partie natrafiła jednak na poważną przeszkodę. Okazała się nią pozycja, jaką dają urzędującym prezydentom i burmistrzom miast bezpośrednie wybory. Próby skaperowania ich do poszczególnych partii spaliły na panewce – jednoznacznej identyfikacji odmówili wszyscy ci, którzy takiej deklaracji nie złożyli już wcześniej – czy to kojarzony z PO Rafał Dutkiewicz we Wrocławiu, czy najbliższy PiS Piotr Uszok w Katowicach, czy wywodzący się z lewicy Jacek Majchrowski w Krakowie. Partie nie miały im po prostu nic do zaoferowania. Widać było, że ogólnopolskie kampanie partyjne nic nie znaczą dla lokalnych kandydatów z wyrobioną pozycją. Nie było też na takich kandydatów „bata” – wystawienie przeciw nim partyjnych kandydatów prowadziłoby do kompromitacji. PO mogła się o tym przekonać w Poznaniu, gdzie urzędujący prezydent, nie uzyskawszy poparcia partii, której wcześniej zapewniał swój sukces, i tak gładko pokonał jej kandydatkę.

Nawet tam, gdzie niezależny kandydat zdecydował się na łaskawe przyjęcie partyjnego patronatu, jak miało to miejsce np. w Łodzi, podejmowane przez niego działania na ogólnopolskiej scenie politycznej uznane byłyby za herezję. Czy możemy sobie wyobrazić Zytę Gilowską zabiegającą o uznanie Marka Belki? Partie, które musiały się pogodzić z takimi samodzielnymi kandydatami i jednostronnie ich poparły, w imię darowanego udziału w zwycięstwie musiały znosić spore upokorzenia. Rafał Dutkiewicz zgodził się na wykorzystanie swojego zdjęcia w kampanii PO tylko pod warunkiem, że takie samo zdjęcie dostanie do wykorzystania PiS. Jacek Majchrowski odmówił zblokowania listy swojego komitetu z listami LiD.

Przynależność partyjna nie była dla urzędujących atutem, ale nie musiała też być obciążeniem. Gdyby przykładać do polityki lokalnej ogólnopolskie miary, to stolicą polskiego liberalizmu powinny zostać Dobczyce. W tym galicyjskim miasteczku urzędujący burmistrz Marcin Pawlak – do niedawna członek regionalnych władz PO – pokonał swojego jedynego kontrkandydata, wystawionego przez UPR, stosunkiem poparcia 75% do 25%.

Wyłanianie przywództwa

Optymistyczny obraz autonomii lokalnej polityki zaciemniany jest jednak przez niepokojące zjawisko. Jeśli na lokalnej scenie nie pojawił się już wcześniej jakiś niekwestionowany lider, ogólnopolskie partie mają poważne kłopoty z wyłonieniem kandydata do przywództwa. Najbardziej szokującym przykładem jest tu oczywiście Kraków, gdzie wewnętrzne rozgrywki zarówno w PO, jak i w PiS, uniemożliwiły którejkolwiek z nich znalezienie kandydata, który mógłby pokonać krytykowanego od lat prezydenta. Pomimo to, że siły stojące za tym prezydentem nie były w stanie zdobyć więcej niż szczątkowej reprezentacji – czy to w radzie miasta, czy w wyborach do sejmiku. Przedstawiani kandydaci, słabi albo merytorycznie, albo politycznie, byli tylko pionkami w rozgrywkach frakcji kierowanych przez zwalczających się parlamentarzystów. Dla tych zaś, dzierżących w regionach niepodważalną władzę, ostatnim na liście preferencji było znalezienie samodzielnego, przebojowego kandydata. Wiadomo wszak, że taki kandydat mógłby w przyszłości zagrozić ich pozycji w partii. Nie dziwi zatem, że partie nie były w stanie ukryć sceptycyzmu względem szans i kompetencji swoich kandydatów.

To jednak nie jest tylko jednostkowy wypadek przy pracy. Przy tej okazji ujawniły się w całej jaskrawości reguły gry obowiązujące wewnątrz partii. Kariera samorządowa jest trampoliną do kariery na szczeblu ogólnopolskim. Nie ma w tym nic złego. Jeśli jednak wiedzą o tym obecni liderzy w partiach, to mogą tę wiedzę wykorzystać do blokowania swoich przyszłych konkurentów. Zyskiwać mogą na tym urzędujący prezydenci i burmistrzowie – mniejsza jest szansa, że ich potencjalni konkurenci znajdą oparcie w ogólnopolskich partiach. Jednak brak poważnych oponentów może na nich działać demoralizująco. Choć takie powiązanie dalekie jest od oczywistości, to mętne ścieżki kariery w polskich partiach wyraźnie osłabiają demokrację na poziomie lokalnym.

Trudno dziś orzec, jaka jest pozycja partii w wyborach na poziomie mniejszych miast. Relacje lokalnych kandydatów z partiami są niezwykle skomplikowane. Ci wszyscy, których w medialnej debacie nazywa się „kandydatami bezpartyjnymi”, w rzeczywistości tworzą barwną paletę. Są tam kandydaci „kryptopartyjni”, którzy swą jednoznaczną identyfikację maskują bezpartyjnym szyldem. Są kandydaci „półpartyjni”, próbujący poszerzyć poparcie, rezygnując z jednoznacznego poparcia, w których jednak elektorat ogólnopolski dalej bez problemu „rozpozna swoich”. Są kandydaci „międzypartyjni”, dla których niezależny szyld jest wybrnięciem z konfliktu pomiędzy popierającymi ich koalicjantami o to, kogo bardziej kochają, jak wspomniany już Rafał Dutkiewicz. Są kandydaci „współpartyjni” – podbierający wyborców kandydatowi konkretnej partii, z którą są i tak utożsamiani (Rafał Grobelny w Poznaniu). Zdarzają się wreszcie kandydaci „antypartyjni” – startujący przeciw kandydatom wszystkich liczących się w skali kraju partii. Taki właśnie kandydat zwyciężył np. w Ostrowcu Świętokrzyskim.

Przydać by się tu mogło trochę klarowności. Niestety, zmiany w ordynacji wyborczej w postaci osławionego „blokowania”, niczego to nie wyjaśniły, tylko jeszcze bardziej skomplikowały rozgrywki. Żaden zamach na demokrację z tego nie wyszedł, tylko kolejne zamącenie reguł i tak już mało przejrzystych.

Zaangażowanie

Nie potwierdziły się obawy o dalszy spadek frekwencji. Jednak bliższy ogląd problemu zmusza do refleksji. W wyborach samorządowych zdecydowanie mniej chętnie głosują mieszkańcy dużych miast. Prawdopodobnie dlatego, że uważają je za mniej ważne. Ogólnopolskie spory polityczne obecne są codziennie na pierwszych stronach gazet i w telewizyjnych wiadomościach. Anonimowość wielkomiejskiego życia sprawia, że mieszczuch więcej wie o prywatnym życiu prezydenta państwa, niż swojego sąsiada. O mieszkańcach sąsiednich ulic nie wspominając. Stąd też społeczne więzi nie popychają ku zaangażowaniu publicznemu. Kandydat na radnego jest zdecydowanie rzadziej kimś osobiście znanym. W mniejszych gminach więcej osób głosuje w wyborach samorządowych, gdyż mogą mieć z radnymi bezpośrednie relacje. Składają się na nie znajomości spoza świata polityki oraz konkretne obietnice, które kandydaci składają w trakcie kampanii.

Wyraźnie wyższej frekwencji, występującej poza większymi miastami, towarzyszy deprymujące zjawisko – bardzo wysoki procent nieważnych głosów, oddawanych w wyborach do sejmików wojewódzkich. O ile w dużych miastach nieważny jest z reguły mniej niż co dwudziesty głos, o tyle udział ten rośnie w pozostałej części kraju kilkukrotnie. W niektórych powiatach ziemskich co piąty wyborca wrzuca do urny pustą „kartę”. Rzecz najpewniej w tym, że „kartą” jest ona wyłącznie w prawniczej terminologii. W praktyce jest to wielka płachta, przygotowana ponoć po to, by poszerzyć głosującemu pole wyboru. By mógł sobie wybrać nie tylko z szerokiej gamy ugrupowań, ale także, w ramach każdego z nich, upatrzyć sobie swojego ulubieńca. Niestety, ten drugi mechanizm ma bardzo złe skutki uboczne. Partie rozdzierane są wewnętrzną konkurencją, która już całkowicie zdominowała walkę pomiędzy partiami. Każdy z kandydatów szuka swojej niszy, która zapewni mu liczbę głosów niezbędną do zdobycia mandatu.

Łączy efekt wszystkich tych mechanizmów sprawia, że np. w wyborach do małopolskiego sejmiku w okręgu podkrakowskim osoby, które zdobyły mandat radnego, mogą się poszczycić poparciem tylko 12% wszystkich uprawnionych do głosowania. Pozostałe 88% albo nie poszło głosować, albo oddało nieważne głosy, albo zagłosowało na komitety, które nie zdobyły mandatu, albo zagłosowało na takich kandydatów, którzy przegrali wewnątrzpartyjną walkę o mandat. Dwie trzecie z tych, którzy zdecydowali się zagłosować, nie może odczuwać z tego powodu satysfakcji – osoba, którą poparli, nie dostała mandatu. Trudno się dziwić, że w takich okolicznościach liczba tych, którzy chodzą na wybory, cały czas spada.

*

Samorząd jest niewątpliwie najjaśniejszym punktem na naszej politycznej scenie. Jednak i tu instytucjonalne ramy rywalizacji popychają polityków ku bezproduktywnym lub zgoła szkodliwym zabiegom. Przyczyniają się też do zniechęcenia sporej liczby obywateli. Z drugiej strony, nadal zapał i determinacja pozwalają w większości wypadków przezwyciężyć te pokusy. Temu zapałowi i determinacji warto byłoby jednak jakoś pomóc.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata