70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Amite Dauphine Pologne

Kiedy w Polsce ogłoszono stan wojenny, Francja, jak wiele innych krajów, zaczyna solidarnie wspomagać polską sprawę. W Grenoble powstaje oddział lyońskiego stowarzyszenia Amitié Pologne, założony przez Nathalie Kuhn i Carine Michelin. Jego siedzibą jest mały lokal przy rue Raspail. Wolontariusze zbierają leki – od firm farmaceutycznych, od dystrybutorów i osób prywatnych. Do nich trafiają też niewykorzystane lekarstwa, które pacjenci zwracają do aptek. W szpitalach i klinikach pozyskują sprzęt medyczny. Gromadzą używane albo nowe ubrania. To, co uzbierają, wysyłają do Lyonu. Od 1988 roku w Stowarzyszeniu działa Françoise Le Gouic.

Prowadzenie tej działalności przejmuje po pewnym czasie Anna Fiszer, polska emigrantka, żołnierz AK i Powstania Warszawskiego. W roku 1990 zakłada własną organizację – Amitié Dauphiné Pologne. Do transportu leków i sprzętu medycznego wykorzystywane są ciężarówki PKS przewożące towary z Polski do Francji. Po rozładowaniu zawartości w drodze powrotnej zabierają do Polski lekarstwa. Transporty koordynuje mieszkający we Francji ksiądz Eugeniusz Plater Zyberg poprzez Bureau de Coordination Avec La Commission Caritative de L’Episcopat de Pologne

W 1994 roku Stowarzyszenie przenosi się do nowego lokalu przy rue Docteur Hermite oddanego do dyspozycji przez mera. Lokal jest równie mały jak poprzedni. W jednym pomieszczeniu, oddzielonym kotarą, urzęduje Anna Fiszer, w drugim kilkanaście kobiet sortuje leki. Jedyny mężczyzna to farmaceuta , Robert Soquet, bo obecności farmaceuty wymagają przepisy. Drugi, Alfons Chrzanowski, pomaga przy załadunku. Pole działania każdej z wolontariuszek to skrawek biurka, krzesło albo podłoga. Uwijają się jak mrówki, na stojąco przez wiele godzin. Kartony stoją wszędzie. Pakowanie odbywa się równolegle ze sporządzaniem list przesyłanych środków. To praca galernicza – trzeba podać obie nazwy lekarstwa: fabryczną i międzynarodową, wyszczególnić postać leku, nazwę laboratorium, które go wyprodukowało, datę ważności, ilość. Wszystko pomnożone przez setki opakowań. Celnicy wymagają, by dokumenty przewozowe zawierały numer rejestracyjny ciężarówki, nazwisko kierowcy i podpis mera. Jak zdążyć na czas, kiedy często do ostatniej chwili nie wiadomo, co znajdzie się w danej partii ani kto i czym będzie ją przewoził?

Polskie tiry mogą nie odnaleźć w Grenoble małej, jednokierunkowej uliczki, przy której czekają paczki. Jeśli zabłądzą, nie wykręcą w zaułkach. Jeździ się więc po nie na przejście graniczne i pilotuje na miejsce. Załatwia pozwolenie na usunięcie samochodów parkujących przy rue Docteur Hermite. Ładuje. Pomaga wymanewrować z uliczki 25-tonowym kolosom.

Françoise Le Gouic nie jeździ na przejście graniczne. Na tiry czeka na miejscu. Sortuje lekarstwa, sporządza spisy, pakuje, pomaga przy załadunku. Wraca do domu wykończona. Oczy pieką od wczytywania się w ulotki. Przed zaśnięciem pod powiekami wirują czarne robaczki liter.

W pokoju, gdzie pracują „mrówki”, raz czy drugi pojawia się Bogdana Pilichowska – osoba-instytucja, długi rozdział historii polskiej opozycji i obywatelskiej pomocy. W jej mieszkaniu spotykają się działacze podziemnej „Solidarności” i zachodni dziennikarze, nocują ci, którzy nie mają gdzie spać, dostają jeść bezdomne zwierzęta. Kierowcy tirów zamieniają to mieszkanie na magazyn lekarstw. To jej adres dostają we Francji i u niej zrzucają towar, często w środku nocy.

W Krakowie na osiedlu Widok pani Bogdana założyła Aptekę Darów . Ponieważ nie ma rzeczy, której nie dałoby się podzielić jeszcze na pół, część otrzymanych leków kieruje na Białoruś, Ukrainę, Litwę. Do Francji przyjeżdża czasem, by pomóc w sporządzaniu list przewozowych, uzgodnić ceny transportu, dopilnować załadunku. Opowiedzieć Francuzom o Polsce. By ludzie, którzy trudzą się dla innych, mogli wyobrazić sobie jakiś konkret, by wiedzieli, gdzie wędrują lekarstwa, kto z nich korzysta i jak trudna jest sytuacja. W stanie wojennym podpowiada, jak ukryć to, czego celnicy nie przepuszczą. Stosowane są więc wypróbowane od dawna sposoby. Farbę dla podziemnych drukarni wlewa się do butelek po soku owocowym, bibułę chowa pod ciężkie paczki. Trefny sprzęt można ukryć w głębi ciężarówki, pośród środków żywnościowych, może celnikom nie będzie chciało się tam przedzierać. Zakazane drobiazgi można schować w pudełka po ciasteczkach. Ciasteczka najpierw zjeść.

W stanie wojennym celnicy stosują cały asortyment szykan. Wypakowanie wszystkiego z auta. Wielogodzinne rewidowanie całego transportu. Podsuwanie kierowcy tira butelki z farbą. „Sok? To proszę wypić”. Dziesięć albo więcej godzin na mrozie. Choć bywa, że są mili i na odprawę przyjeżdżają wprost do szpitala, gdzie zaplombowane tiry czekają na rozładunek.

A czasem sprawy przybierają jeszcze inny obrót. Historyjka z późniejszego okresu: jeden z celników dostaje raz lekarstwo dla żony, która ma kłopoty z zajściem w ciążę. To francuski środek wzmacniający proces owulacji, receptę wystawił polski lekarz. Rodzi się chłopczyk, a celnik i jego żona stają się wiernymi przyjaciółmi Apteki Darów. Do dziś przychodzą z synkiem na wszystkie towarzyskie spotkania.

W 1988 roku w lokalu przy rue Docteur Hermite Bogdana Pilichowska poznaje Françoise Le Gouic. W stanie wojennym pani Le Gouic nie zajmowała się jeszcze Polską. Z mężem i najmłodszym synem mieszkała wówczas w Bretanii. Pomagała uchodźcom z Kambodży.

Anna Fiszerowa umiera w 1996 roku. Prezesem Stowarzyszenia zostaje madame Le Gouic. Jej babka była Polką. Według niepotwierdzonej tradycji rodzinnej ród wywodzi się od Jarosława Mądrego, którego córka Anna w pod koniec XII wieku poślubiła Henryka I, króla Francji. Babcia Jarosławska przybyła do Francji w 1939 i tam dożyła swoich dni.

Ciężarówki nadal wożą lekarstwa do Polski. Ich dyspozytorem jest dalej ojciec Plater: „ojciec Pekaes”, jak z rozpędu mówi o nim pani Le Gouic i, speszona pomyłką, wybucha śmiechem. Françoise Le Gouic kontynuuje dzieło założycielek. W roku 2000 z rąk polskiego konsula w Grenoble otrzymuje Krzyż Zasługi. Ponieważ we Francji zmieniają się przepisy regulujące działalność organizacji charytatywnych, Amitié Dauphiné Pologne traci uprawnienia do wysyłki lekarstw. Przez pewien czas transporty darów firmuje więc Zakon Maltański.

W czerwcu 2006 Françoise Le Gouic po dziesięciu latach przyjeżdża do Polski po raz drugi. Chce zobaczyć na miejscu, jak spożytkowana została praca ADP, by móc złożyć sprawozdanie swojemu zarządowi. Pragnie też pożegnać się z polskimi przyjaciółmi. Amitié Dauphiné Pologne kończy swoją działalność. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej Zakon Maltański uznaje, że Polska nie potrzebuje już darów, i postanawia zawiesić transporty. Poza tym wolontariusze Stowarzyszenia to osoby sędziwe, a młodzi się nie pojawiają. ADP ma utracić też lokal w Grenoble. Zostanie on wyburzony, a na jego miejscu miasto zamierza wybudować mieszkania socjalne.

Apteka Darów będzie funkcjonować jednak nadal. Lekarstwa przysyłają jeszcze dwie małe organizacje francuskie i jedna włoska.

Spotykam się z panią Le Gouic w samo południe z końcem czerwca. Słońce praży bez litości. Cofam się w wąski pasek cienia koło wiaty przystanku i robię jej miejsce obok siebie. – Nie trzeba, jestem wytrzymała – uśmiecha się. Biała bluzka, apaszka, sportowe buty. Włosy w kolorze, który Francuzi nazywają „sól z pieprzem”. Szczupła, młodzieńcza. W ósmej dekadzie życia jeździ na nartach i na rowerze, pływa. Jej wiek zdradza właściwie tylko lekko drżące pismo. Ujmujące obejście, wdzięk. Matka pięciorga dzieci, wychowanka francuskich urszulanek, skąd zachowała bardzo dobre wspomnienia. Na pensji sióstr koło Lyonu mieszkała jako podlotek. W domu miała ośmioro rodzeństwa, więc wszystko trzeba było dzielić z innymi. „Choćby ręcznik. Rodzice mieli osobny, ale dla nas, dzieci, był jeden wspólny. A na pensji miałam własny ręcznik, swoją pastę do zębów i gąbkę. Żyłam w luksusie”, śmieje się. A surowa dyscyplina? „Nie przeszkadzała mi. Ani pobudka o szóstej rano, ani toaleta w zimnej wodzie. Śniadanie jadło się dopiero po odrobieniu lekcji z poprzedniego dnia i mszy świętej Ale nie czułam się przez taki dryl ograniczona. Przeciwnie – to chyba tam rozwinęłam się najpełniej. W domu byłam zbuntowaną nastolatką. A rodzice dziewięciorga dzieci z natury rzeczy bywają nerwowi, więc czasem trudno było o dobry kontakt. Na pensji miałam dwieście koleżanek i świetne relacje z zakonnicami. To były prawdziwe wychowawczynie”.

Umawiamy się na nagranie następnego dnia. Kręci się taśma. Osiemnaście lat pracy dla innych zamyka się w dwugodzinnej opowieści. Między rokiem 1991 a 2002 ADP przesłała do Krakowa blisko 230 ton darów, w tym 7000 paczek zawierających lekarstwa, ponad 1000 paczek drobnego sprzętu medycznego, materiały opatrunkowe, łóżka szpitalne, sprzęt rehabilitacyjny, aparaturę dla szpitali, odżywki, mleko i odzież dla dzieci.

Françoise Le Gouic wymienia nazwiska: Janine Albanese, śp. Simone Algoud, Geneviève Allagnat, André Baujard, Jeanne Binder, Lucie Blaskiewicz, Philippe Blanc, Yolande Bocchini, Françoise Charnay, Alphonse Chrzanowski, Maria Czarnul, pan Chroboczek, Roland Daporta, Joseph Dwernicki, Marie-Annick Dwernicki, śp. Anna Fiszer, Elisabeth Garcia, Marie Christine Gonzales, śp. Edouard Grabowski, Krystyna Jezierska, Bruno Jezierski, Odette Kabsch, Gerald Kluczyński, Marie-Jeanine Kubicki, Nathalie Kuhn, śp. Edouard Krynkowski, Karine Michelin, Jeanine Monnier, Ewa Nałęcz-Górski, Louis Piorkowski, Geneviève Rabilloud, Ewa Salavin, Françoise Sinard, Robert Soquet, Yolanta Sevilla.

To ci, którzy pomagali. Rzesza tych, którzy skorzystali z tej pomocy, w większości pozostanie anonimowa. Tamtym ludziom już nie zdołają się odwdzięczyć. Ale mogą pomagać innym.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata