70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Czego oko nie widziało”

I znów: jeśli wierzymy w zmartwychwstanie ciał, to nie jest to pytanie: jak sobie chrześcijanie wyobrażają, jak to będzie? Tylko: czy w naszym dzisiaj nie jest tak, że Bóg chce wejść ze swoją łaską i w naszej cielesności dokonywać swoich cudów?

Michał Bardel: Ojcze Profesorze, czy przystoi chrześcijaninowi dopytywać się o sprawy ostateczne? Może raczej powinien zaufać Panu Bogu i zająć się przygotowaniem do śmierci? Bardzo jesteśmy ciekawi, czy Ojciec wejdzie dziś w rolę poskramiającego naszą ciekawość duszpasterza czy raczej dociekliwego teologa…

Jacek Salij OP: To tak, jakby mnie Pan pytał, czy jako dziecko kochałem mamusię czy tatusia. Starałem się kochać oboje. Poważnie mówiąc, poszukiwanie prawdy może biec dwiema drogami – nawiązałbym tu do rozróżnienia Marcela między prawdą jako problemem i prawdą jako tajemnicą. Jeżeli mamy problem, to trzeba go po prostu rozwiązać: jako dziecko mogłem mieć problem z tym, ile nóżek ma chrabąszcz – więc się je policzyło, mamusia pomogła, i już wiedziałem. A tajemnicę trzeba zgłębiać, ona dotyczy prawdy, która nas przekracza. Co nie znaczy, że jest przed nami całkiem zakryta. Jednak poszukiwanie prawdy, która mnie przekracza, która mnie tworzy, dokonuje się nie tylko za pomocą głowy (oczywiście, nie wolno lekceważyć intelektu, on jest ważnym narzędziem!), ale także poprzez całą moją postawę życiową. Rzecz jasna, poszukiwać prawdy można i trzeba wspólnie, nieraz w starciu wzajemnym, w dyskusji, ale bez „poklepywania prawdy po ramieniu”. Do tego poszukiwania należą też odpowiedzi na pytanie, jak różni ludzie widzieli tę tajemnicę – przecież nikt z nas nie jest Bogiem, który miałby wgląd nieomylny w prawdę absolutną.

Kiedy w teologii pytamy o początek ludzkości, o stan świętości bez grzeszności pierwotnej,  nie jest to – wbrew pozorom – pytanie o to, jak było kiedyś, ale o to, jaki my obecnie, mimo naszego grzechu, nosimy w sobie zamiar Boży względem nas. To samo dotyczy pytań o życie wieczne. Kiedy chodziliśmy do szkoły czy na uczelnię, to oczywiście myśleliśmy kategoriami przyszłości: jaki zawód wybierzemy, w jakiej specjalizacji się odnajdziemy itp., ale podejmowaliśmy te pytania tak, żeby kształtowały nas tu i teraz. Na temat życia wiecznego możemy wiedzieć więcej albo mniej w zależności od tego, czy dzisiaj otworzymy się na łaskę kochania Pana Boga. Apostoł Paweł w oparciu o swoje ,,dzisiaj” mówił, że on chętnie by już odszedł, żeby być z Chrystusem. I na podstawie owego ,,dzisiaj” – doświadczania tego, że Bóg jest tak zaskakujący, tak bardzo niedający się przewidzieć, iż nas swoim bogactwem nieustannie zadziwia – pisał św. Paweł: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2, 9).

I znów: jeśli wierzymy w zmartwychwstanie ciał, to nie jest to pytanie: jak sobie chrześcijanie wyobrażają, jak to będzie?, tylko: czy w naszym dzisiaj nie jest tak, że Bóg chce wejść ze swoją łaską i  w naszej cielesności dokonywać swoich cudów?

Adam Workowski:  Ale to nie jest przecież jedyna perspektywa: wielu teologów patrzy na świat jakby z perspektywy Pana Boga. Na tym polega drapieżność teologii i filozofii, że o sprawach ostatecznych mówią z obu tych punktów widzenia. Stąd biorą się różne teorie, modele eschatologiczne, rozwijane nierzadko przez ludzi niezwiązanych z Kościołem, czasem nawet ateistów. Możemy się zatem w tych kwestiach uczyć także od pogan…

O nasze przeznaczenie ostateczne – to znaczy: moje, twoje i całej ludzkości – pytamy jednak w bardzo istotnym zawierzeniu w objawienie, jakie się dokonało w Chrystusie i zostało zapisane w natchnionym przez Ducha Świętego Piśmie, i jest rozpoznawane przez kolejne pokolenia Kościoła. Nigdy nie może to być poszukiwanie prowadzone pod hasłem: „to, co mi się wydaje” czy nawet: „to, co podpowiadają mi moje własne doświadczenia duchowe”.

Po drugie: niezależnie od tego, w co ludzie wierzą czy nie wierzą, jedno jest pewne: Pan Bóg stworzył wszystkich ludzi. A jeśli stworzył, to ich kocha – kocha również niewierzących, tych, którzy go nienawidzą. Jest w nas coś takiego, co tradycja chrześcijańska nazywała capacitas Dei, otwarcie na Boga, pragnienie Boga – i to nie tylko intelektualne, żeby sobie wyjaśnić świat, ale i egzystencjalne, które wyraża prawdę zawartą w nas, w samym naszym istnieniu, że nie zrealizujemy siebie inaczej jak tylko w Bogu. To, co ostatni sobór tak pięknie sformułował, że człowiek jest jedynym stworzeniem na ziemi, którego Bóg chciał dla niego samego – bo Bóg jest miłością. Dlatego człowiek nie zrealizuje się inaczej niż przez bezinteresowny dar z samego siebie. Poszukiwania spoza objawienia są bardzo często oparte o intuicje, autentycznie zawarte w ludzkiej naturze, ale bywa i tak, że są one zanurzone w ciemnościach nieprawdy. Jeżeli Grecy sądzili, że człowiek to istota obdarzona duszą  nieśmiertelną, ale przy całym swoim szacunku dla ludzkiej cielesności powiadali, iż ciało jest więzieniem duszy, a w najlepszym razie rusztowaniem, żeby dusza mogła się przez te kilkadziesiąt lat rozwijać i dojrzewać, to po prostu się mylili. Jeśli ktoś, powiedzmy, wierzy w reinkarnację, to jakkolwiek może mu ona pasować do jego logicznych wyobrażeń na temat świata, jest to perspektywa, od której ja, jako chrześcijanin, muszę się zdystansować. Bo wierzę, że jestem stworzeniem Bożym – cały, wraz z tym, co we mnie duchowe, i tym, co cielesne, i że Bóg chciałby mieć mnie całego na wieczność.

MB: Ojcze, spróbujmy zmierzyć się z najbardziej podstawowymi kwestiami chrześcijańskiej eschatologii. Wielu wiernych, nawet dobrze wykształconych, ma kłopot z dość skomplikowaną „procedurą” pośmiertną. Zadają sobie na przykład pytanie, dlaczego Pan Bóg przewidział dla nas aż dwa sądy: szczegółowy, zaraz po śmierci, i ostateczny, wraz z końcem świata.

Pismo Święte ani razu nie mówi jednocześnie o obu tych sądach, natomiast niektóre zawarte tam stwierdzenia podpowiedziały Kościołowi, żeby się sądu domyślać bezpośrednio po śmierci człowieka. Na przykład w Liście do Hebrajczyków powiedziano: „Raz umrzeć, a potem sąd” (9, 27). Z kolei inne wypowiedzi dotyczą sądu całościowego, podsumowania ludzkiej historii, czyli Sądu Ostatecznego. Tutaj najsłynniejszy jest 25 rozdział Ewangelii Mateusza.

My, którzy żyjemy w kulturze, gdzie obowiązuje zasada, że nikt nie będzie dwa razy sądzony, natychmiast się wzdrygamy. Niesłusznie. Po pierwsze, sąd Boży to nie jest coś jednoznacznie podobnego do sądów ludzkich – to raczej potężne, pełne miłości wejście Boga miłosiernego i sprawiedliwego w ludzkie sprawy: żeby przywrócić dobru należne mu prawa i położyć kres złu, odebrać złu jego dotychczasowe możliwości panoszenia się. My, chrześcijanie, boimy się Sądu Ostatecznego, bo każdy grzesznik boi się sądu. I bardzo słusznie: ten grzesznik, który jest we mnie, niech się boi  i niechże będzie z nim koniec – ja chcę być cały, bez reszty i nieodwracalnie, Boży. Ten sąd widzę zatem jako wyzwolenie człowieka Bożego, który zaczął się we mnie w chwili chrztu. Ufam, że dzięki łasce idę przez życie w świetle Ewangelii i dojrzewam do życia wiecznego, a zatem ów sąd będzie ostatecznym zwycięstwem we mnie tego, co Boże.

Po co wobec tego aż dwa sądy? W dniu mojej śmierci zamknie się moje życie doczesne, zakończy się czas czynienia przeze mnie dobra i zła. Ale po śmierci wcale nie skończy się promieniowanie dobra i zła, jakie po sobie pozostawiłem. Ufam, że różni dobrzy ludzie będą starali się przygasić zło, które po mnie zostanie, i pielęgnować dobro, jakie po sobie pozostawię. Ostateczny zaś sens życia każdego człowieka odsłoni się w dniu zakończenia ludzkiej historii. A zatem: sąd szczegółowy podsumuje moje czyny, a Sąd Ostateczny będzie zwycięstwem Chrystusa w ludzkich dziejach, ono ujawni też ostateczny sens życia każdego z nas.

MB: To, co Ojciec mówi, wyjaśnia, dlaczego potrzebny jest Sąd Ostateczny obok sądu szczegółowego, ale dalej nie do końca wiem, po co w ogóle ten sąd szczegółowy. Do czego potrzebna jest taka wstępna segregacja? Bo coś trzeba zrobić z takim, który umarł?

Widzę, że Pan za tym Sądem Boskim nie tęskni… No cóż, wiem, że mój anioł stróż może się czasem smucić z mego powodu, ale bardzo bym chciał, żeby moment śmierci był rzuceniem się przeze mnie w ramiona Pana Jezusa – i żeby nie było już we mnie grzechu. A jeśli potrzebne okaże się usunięcie tego, co jeszcze we mnie grzeszne, to wiem na pewno, że więcej już grzeszyć nie będę, że w czyśćcu dokona się moje oczyszczenie i że to wszystko, co we mnie dobre i Boże, zostanie uwolnione…

MB: Czyściec byłby więc takim oczyszczającym łącznikiem pomiędzy dwoma sądami?

AW: Jeśli mogę się wtrącić… Mam wrażenie, że czyściec i oba sądy są z innego planu niż Boskie wyroki.

Ja bym tutaj bał się używać słowa „wyrok”…

AW: A jak lepiej? Rozstrzygnięcie, decyzja?

Ciągle wisi nad nami obraz sądów ludzkich, z ich wyrokami, rozstrzygnięciami, decyzjami. A sądy Boskie są związane z mocą pełną miłości – to jest zupełnie inna perspektywa.

AW: Jednak podstawowym elementem obrazów piekła, nieba i czyśćca jest przywrócenie sprawiedliwości, do którego sądy Boże dodają nieskończoną miłość. Ale rdzeń sprawiedliwości musi być zachowany.

Jeśli chodzi o naukę Kościoła, została ona ostatecznie sformułowana w wyniku burzliwej polemiki wywołanej kontrowersyjnymi kazaniami papieża Jana XXII (który żył w drugiej połowie XIII wieku). Jego następca wydał konstytucję dogmatyczną Benedictus Deus, w której przypomniał, że Kościół wierzy, iż w momencie śmierci człowiek staje przed sądem – i jedni już wtedy otrzymują zbawienie, dostępują oglądania Boga twarzą w twarz, inni (ci, którzy umarli w stanie śmierci duchowej) są odrzuceni, natomiast są i tacy, którzy umarli skierowani ku Panu Bogu, ale nie do końca umarli dla grzechu. I to jest cała idea czyśćca. Osobiście uważam, że najgłębsze źródło prawdy o czyśćcu stanowi początek szóstego rozdziału Listu do Rzymian: „Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie. (…) Kto umarł, stał się wolny od grzechu” (6, 3-4.7). To jest w ogóle perspektywa całego naszego chrześcijańskiego życia.

Kiedy umiera ktoś rzetelnie skierowany ku Panu Bogu, ale jest w nim jeszcze wiele zła, Pan Bóg w swoim miłosierdziu umożliwia, żeby on dokończył to swoje umieranie dla grzechu nawet po śmierci ciała. I to właśnie jest czyściec. Nawet ci, którzy zaraz po śmierci dostępują oglądania Boga twarzą w twarz, którzy – można powiedzieć – osiągnęli istotę zbawienia,  jeszcze nie cali są zbawieni, jeszcze ich ciała czekają na uwielbienie.

MB: I tak znaleźliśmy się przy kolejnej wielkiej kwestii: zmartwychwstaniu ciał.

O tym, jak wielką wagę przywiązują do tego chrześcijanie, niech świadczy sposób, w jaki Pan Jezus potraktował saduceuszy. Przedstawiciele tej religijnej grupy żydowskiej, która była najbardziej otwarta na wpływy greckie, szydzili ze zmartwychwstania: to głupota – mówili – przecież ciało się rozpada, gnije. Czy Pan Bóg będzie się babrał w zgniliźnie, jaka po nas zostanie?! Saduceusze wymyślili zatem taką historyjkę o kobiecie (myślę, że to była bardzo zdrowa kobieta), która kolejno pochowała siedmiu mężów. Czyją żoną będzie po zmartwychwstaniu? – pytali. Pan Jezus w jednym prostym zdaniu podał dwa argumenty: nie znacie Pisma ani mocy Bożej (por. Mk 12, 18-27). Przecież Bóg obiecał zmartwychwstanie, a skoro obiecał, to wypada Mu wierzyć. A że nasz zdrowy rozsądek nie tylko tego nie ogarnia, ale się temu sprzeciwia, to zupełnie inna sprawa. Sprzeciwy naszego zdrowego rozsądku mają swe źródło w tym, że w naszym życiu codziennym niezbyt starannie obchodzimy się z ciałem. Nie umiemy naszych ciał naprowadzić do końca na moc Bożą, żeby one naprawdę były narzędziami czynienia dobra, żeby te różne dynamizmy, umieszczone przez Boga w naszych ciałach, uporządkować, żeby one nie działały wzajemnie przeciwko sobie…

MB: Myślę, że w tej historyjce o siedmiu mężach jest jednak coś więcej niż tylko próba złapania Jezusa na nieścisłości logicznej. Tam się chyba kryje pytanie, w gruncie rzeczy bardzo aktualne: jeśli Pan Bóg dał nam w życiu doczesnym coś tak pięknego jak miłość, to chyba jej po zmartwychwstaniu nie odbierze? A Chrystus odpowiada: „Nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić”. Dla wielu ludzi wizja wiecznej szczęśliwości, w której mieliby być oddzieleni od bliskich, jest trudna do przyjęcia.

To pytanie jest oparte na błędnej przesłance: na wyobrażeniu Pana Boga jako bytu, co prawda najdoskonalszego, niepojęcie doskonałego, ale tylko szczegółowego. Natomiast (dodam, że trzeba się tu wystrzegać interpretacji panteistycznej) On jest bytem powszechnym, realnie istniejącym, ,,w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). Bóg w każdym z nas, a nawet w każdej biedronce i w każdym bławatku, jest bliżej niż bławatek, biedronka czy ja – samemu sobie. Z tego wynika, że to wszystko, co jest naprawdę z Boga, w nas przetrwa; mało powiedzieć: „przetrwa” – to osiągnie całą swą niepojętą piękność. Dopiero w niebie rozpoznają się wzajemnie w całej swej wspaniałości mąż i żona, rodzice i dzieci itd., właśnie dlatego, że to wszystko będzie w Bogu, że to wszystko będzie niewyobrażalnie prawdziwie.

Natomiast – i to bardzo wyraźnie powiedział św. Tomasz z Akwinu – nie przetrwa po śmierci miłość nieprawdziwa, nawet jeśli była ona szalenie zaangażowana, pełna emocji, egocentryczna…. Egocentryzmy naszej miłości opadną w czyśćcu jak rdza z żelaza. Ale znów: proszę zobaczyć, że to nie są tylko nasze wyobrażenia, jak to wspaniale będzie kiedyś, jak to w niebie fajno będzie. To jest program na nasze dzisiaj: na ile już dziś da się zaczątkowo rozpoznawać, jak wspaniała jest moja żona, którą kocham, i w jakim kierunku pracować, żeby ta nasza miłość była piękniejsza, głębsza czy… no, brak mi słów…

AW: Chyba za szybko przeszliśmy do porządku dziennego z tym sądem szczegółowym. A kłopot z nim wydaje mi się dosyć poważny. Przede wszystkim, czy – jak pisał Herbert – nie będziemy sądzeni zbyt indywidualnie? Skoro moje istnienie nie jest tylko istnieniem tego konkretnego ja, które się kończy wraz z cielesną śmiercią, ale obejmuje  wszystkie konsekwencje tego mojego istnienia (które Bóg przecież zna już w chwili mojej śmierci), z których w całości będę sądzony na Sądzie Ostatecznym, to dopiero ten ,,drugi” Adam Workowski będzie prawdziwym Adamem Workowskim, dopiero on będzie w pełni sądzony.

Poza tym, jednym z ogromnych kosztów rozdzielenia tych dwóch sądów jest pojawienie się konstrukcji duszy nieśmiertelnej, która będzie oczekiwać na zmartwychwstanie ciała. Wiadomo, jak wielkie problemy sprawiało św. Tomaszowi uzasadnienie rozdzielenia duszy i ciała. I wreszcie kolejna wielka trudność: czy sąd ostateczny będzie dotyczył również tych, którzy są już w niebie lub w piekle?

Ależ oczywiście, wtedy ostatecznie ujawni się zarówno moje dobro, jak i moje zło.

AW: I to właśnie wywołuje nieprawdopodobne pytanie: jeżeli po sądzie szczegółowym znajdę się w niebie, to – jeśli na Sądzie Ostatecznym okaże się, że konsekwencje moich działań są jednak przerażające – czy mogę zostać z nieba wyrzucony? Jeszcze bardziej interesujące jest pytanie o ułaskawienie z mąk piekielnych…

Zacznę od rzekomego indywidualizmu sądu szczegółowego, wyrokowania o kimś, oderwanego od jego relacji międzyosobowych. Otóż prawda naszego dobra i zła jest już jakoś zakorzeniona w owych relacjach. W końcu to, jacy jesteśmy, zostało wypracowane przez całe pokolenia. Po śmierci będę sądzony jako człowiek zanurzony w tych relacjach, od tych relacji zależny, ale także te relacje współtworzący, to jasne.

Natomiast, jeśli chodzi o ten Pański niepokój związany ze ,,stanem przejściowym”, odpowiem kilkoma argumentami.  Po pierwsze, kto wie, na jakie absurdy wystawiamy się twierdząc, że  zmartwychwstajemy zaraz po śmierci lub w chwili śmierci. To by przecież znaczyło, że kiedy umrę i podczas pogrzebu bliscy będą się modlić, by Pan Bóg mnie wskrzesił, to będzie to odprawianie jakiegoś wielkiego wygłupu. Bo ja już jestem w stanie zmartwychwstałym, a tu się te głupki modlą o to, żeby Pan Bóg mnie raczył wskrzesić… Po drugie, sytuacji pośmiertnej nie da się mierzyć za pomocą ruchu gwiazd i Słońca. Tam prawdopodobnie nie można mówić o tym samym czasie, co czas ziemski. Natomiast niewątpliwie – i na to zwraca uwagę dokument Kongregacji Nauki Wiary z roku 1997 – w sytuacji eschatologicznej, jakkolwiek jest ona transcendentna wobec naszego czasu, można mówić o „przedtem” i „potem”. Tego nie rozumieją ludzie twierdzący, że być może zmartwychwstajemy już w chwili śmierci.

I jeszcze jedno: w tym, co Pan powiedział, pojawiło się fałszywe założenie na temat Boskiej wszechwiedzy. Mówił Pan, że już w momencie sądu szczegółowego Pan Bóg wie, jakie będą konsekwencje naszych czynów, załóżmy, przez tysiąc kolejnych pokoleń. Bóg to wie, ale nie w taki sposób, żeby miało to niszczyć ludzką wolność. Bóg to wie, ale w tak transcendentnej pozycji, że z całą pewnością moje dobro może przynosić owoce większe lub mniejsze, że moje zło może być jakoś zmniejszane albo właśnie rozdmuchiwane.

AW: W tym czasie przejściowym między sądami moje czyny mogą być oceniane lepiej lub gorzej w zależności od tego, jakie przyniosły owoce. Ale te oceny nie zmienią przecież nic w podstawowym odniesieniu do Boga: czy ja w swojej absolutnej wolności odwracałem się od Boga, czy się do Niego przybliżałem. W związku z tym słuszne byłoby przekonanie, że ludzie, którzy zostali skazani na piekło lub niebo zaraz po śmierci, nie mają już czego oczekiwać na sądzie ostatecznym.

Ależ oczywiście, że mają… To w ogóle pasjonujący temat, który stosunkowo rzadko się pojawia nie tylko w opracowaniach teologicznych, ale i w świadomości kościelnej, mianowicie: radość i smutek świętych w niebie z powodu tego, co się dzieje na ziemi, tudzież złagodzenie kar piekielnych z powodu dobra, jakie się dzieje na ziemi. Święci, poza Matką Boską, też byli grzesznikami. Wielcy teologowie także wypowiadali tezy, których konsekwencje nie do końca muszą być chwalebne. Nawet ci, którzy dostąpili oglądania Boga twarzą w twarz, bo naprawdę dali się przeniknąć łasce Bożej, pozostawili po sobie czyny, które jakoś żyją, działają, przynoszą owoce – dobre lub złe. I te dobre owoce rodzą akcydentalnie radość w niebie, a złe owoce wywołują smutek… Nie wyobrażam sobie, żeby św. Jadwiga Śląska nie zasmuciła się w niebie, kiedy zobaczyła, co wyprawia jej wnuk, Bolesław Rogatka…

AW: To rzeczywiście pasjonujące, bo już św. Tomasz powiadał, że w piekle może być coś w rodzaju różnych poziomów intensywności cierpienia.  A z tego, co Ojciec mówi, wynika, że w niebie jest identycznie, to znaczy wymiar czasowy (wieczność) pozostaje niezmienny, natomiast intensywność przeżywania szczęścia będzie zależna nawet od tego, co się dzieje na ziemi. To niesamowite…

My, niestety, ciągle się ześlizgujemy w stronę ucieczki od naszego ,,teraz”, w kierunku pytań o to, co będzie po śmierci. Powtarzam: ten typ rozważań ma sens jedynie pod warunkiem, że ma to odniesienie do naszego ,,dzisiaj”.

Napisałem kiedyś artykuł, w którym stawiałem pytanie, czy św. Tomasz był, może, w piekle, skoro tak dokładnie wie, jak tam będzie. I wyszła mi rzecz zupełnie niesamowita: że są to empiryczne opisy oparte o sytuację człowieka, który wyrzeka się, wyrzuca Pana Boga z serca… Okazuje się, że to nie jest tak, iż Tomasz włożył palec do buzi i wypisywał, co mu się wydawało.

AW: Na przykład, że łysi odzyskają włosy…

JS: Tu, moim zdaniem, św. Tomasz zgrzeszył jednak zbytnim ciekawstwem. Że też mu się chciało takimi głupotami zajmować…

AW: A ja jestem bardzo poirytowany, kiedy ludzie wyśmiewają się z opisów św. Tomasza. One są świetne, i to głównie ze względu na swą szczegółowość. Zastanawiałem się kiedyś  na przykład, po co nasze uwielbione ciała zachowają organy płciowe, skoro nie będziemy mieli już fizycznych potrzeb i nie będzie okazji robić z nich w niebie użytku. I Tomasz znakomicie na to odpowiada: zasada stosowności jest ważniejsza od zasady użyteczności. To pokazuje, że wizja nieba jest czymś w rodzaju wzorca dla tego, w jaki sposób powinno być ustanowione życie na ziemi, tu i teraz. Podobnie zresztą, jeżeli budujemy jakąś wizję piekła, to jest ono odpowiednikiem naszej wizji tego, co najbardziej złe, co człowiekowi najbardziej dolega, tego, co nas od Boga najbardziej odciąga. Św. Tomasz pisze rzeczy, które ludziom mogą wydawać się śmieszne, ale one naprawdę pokazują, co znaczy piekielność i niebiańskość w naszym świecie. Więc może jest tak, że jeżeli odrzucamy te szczegółowe projekty nieba i piekła, tę naszą wrodzoną ciekawość spraw ostatecznych, to tym samym zamykamy sobie drogę do pełnego zrozumienia tego, co się dzieje tutaj na ziemi?

Marcin Luter powiedział kiedyś, że ze spraw Bożych powinno nas interesować jedynie to, co nas dotyczy. I jakkolwiek wobec Lutra mam stosunek bardzo zdystansowany, to w tym miejscu nie mogę nie przyznać mu racji.

A co do tej ,,ciekawości”: nie jestem pewien, czy mogę z pełnym przekonaniem bronić tego, o czym Pan teraz mówi: takiego bezinteresownego opisywania troszeczkę jednak z perspektywy zewnętrznych obserwatorów. Pozwoli Pan zatem, że pozostanę przy swoim zdaniu: pytania eschatologiczne są ważne ze względu na odniesienie do naszego ,,dzisiaj”.

MB: W tej perspektywie oglądania spraw ostatecznych przez to, co nam służy w życiu doczesnym, pojawia się pytanie o to, czy nasza modlitwa  za dusze, które być może już od chwili śmierci cierpią w piekle, może im pomóc? Czy taka modlitwa może zdziałać tyle, ile w przypadku dusz w czyśćcu cierpiących? Bo może istotnie w ten sposób rodzi się w nas nadzieja, że męki piekielne nie będą wiekuiste…

Zastanawiające, że na temat potępienia wiecznego najwięcej mówił Pan Jezus.  Apostołowie owszem, Stary Testament owszem, ale zdecydowanie najwięcej Pan Jezus, który jest samym miłosierdziem. Nie mam wątpliwości, że każde słowo Pana Jezusa jest wypełnione Jego miłością do ludzi. Że zatem także Jego ostrzeżenia, iż niektórzy usłyszą: „idźcie precz, przeklęci, w ogień wieczny”, są również słowem miłości. Słowem,  obliczonym na to, żeby nikt się do piekła nie dostał, żeby możliwie nikt tego wyroku nie usłyszał. Jedno wiem na pewno: ja mogę znaleźć się w piekle, w związku z tym bardzo niepokoi mnie głoszenie tezy: „Pan Bóg miłosierny…” itd., bo za tym idzie całe mnóstwo tez wręcz bluźnierczych, i wreszcie okazuje się, że Pan Bóg tak szalenie kocha człowieka, że jest zakochany także w ludzkich grzechach. Takiego mówienia o Panu Bogu, takiego poklepywania Go po ramieniu, takiego twierdzenia, że bojaźń Boża to jedno wielkie nieporozumienie, jest dziś bardzo dużo. Byłoby bezczelnością twierdzić, że Pan Bóg pozostawił nam komunikat, iż mogę samego siebie nieodwracalnie zmarnować, jedynie ze względów pedagogicznych. Nauka o potępieniu wiecznym z  pewnością ma sens głębszy, choć nie lekceważyłbym i tego sensu pedagogicznego. Jeżeli dobrze się przypatrzeć różnym konkluzywnym stwierdzeniom księdza Wacława Hryniewicza, to on w gruncie rzeczy mówi to samo. Jeśli mam mu coś do zarzucenia, to jedynie to, że on podejmuje ten trudny temat w taki sposób, iż bardzo wielu ludzi zadowala się wnioskiem: „nie bój nic, piekła nie ma”.

AW: Mówi się czasem, że wszyscy będziemy zbawieni, no bo… jak inaczej?! Jesteśmy przecież jedną rodziną, a skoro Bóg jest miłosierny, to musi zbawić wszystkich. I to miłosierdzie wydaje się dziś oczywiste, a zupełnie nieoczywisty stał się obraz Boga, który patrzy na mnie i widzi mnie w prawdzie. I ta w pewnym sensie ,,bezlitosna miłość”…

Podważając wiarę w rzeczywistość piekła, tracimy ten pokorny, wprawdzie dziesięciorzędny, ale ważny wymiar pedagogiczny. Po drugie, tracimy ów niepokój egzystencjalny, że zbawienia nikt nie ma w kieszeni, bo Ten, który dla nas dał się ukrzyżować, mówi nam: „uważajcie, bo możecie zmarnować, przegrać samych siebie”. A trzecią rzeczą, którą w ten sposób tracimy, jest gasnąca w Kościele potrzeba wielkiej pracy duchowej dla ratowania zagrożonych potępieniem wiecznym. Przypomnę te wielkie modlitwy św. Katarzyny Sieneńskiej: ,,Panie Jezu, ja sobie nie życzę, żeby było piekło, a jeśli ono już jest, to żeby nikt tam nie poszedł, a jeżeli już ktoś tam miałby pójść, to mnie połóż na jego paszczę, żeby on jednak nie poszedł”. To jest niesłychana walka duchowa o konkretnych ludzi, którzy wydawali się wówczas zagrożeni potępieniem wiecznym. Ten wątek  pojawia się również u św. Ignacego z Loyoli i u św. Teresy od Jezusa.

AW: Ale czy koszta nie są zbyt duże? Bo, być może, funkcje piekła mógłby przejąć czyściec, który jest równie bolesny? Przecież idea piekła wyrządziła tak wiele szkód w dziejach.

Przyznam, troszkę na boku, że najbardziej zapamiętaną przez mnie sekwencją z książek Ojca był fragment, mówiący o tym,  iż z jednej strony jesteśmy pewni, iż miłość będzie trwała, ale z drugiej strony my nigdy nie jesteśmy właścicielami tej miłości i ja jej nie mogę wymagać od mojej żony jako własności, ponieważ mogę przegrać swoje życie. To napięcie w małżeństwie wydawało mi się najlepszym sposobem zrozumienia, na czym polega wielki spór o piekło. Bo on jest próbą zbudowania całości ze wszystkich wątków. Tymczasem w dyskusjach teologów wokół idei „pustego piekła” widzę zwolenników i przeciwników, ale nie widzę syntezy w takim sensie Tomaszowym. Dlaczego nie może być tak, jak u św. Tomasza: „sed contra” – odpowiedzi, próby zsyntetyzowania dwóch wymiarów, jakiejś współmierności miłosierdzia i sprawiedliwości?

MB: Pójdźmy zatem tropem tej niewspółmierności: nasze grzechy w naszym skończonym świecie są grzechami skończonymi, dlaczego więc karą za nie ma być nieskończone cierpienie? Ufając w Boże miłosierdzie, spodziewalibyśmy się raczej kary mniejszej niż wina. A nawet gdyby została nam już tylko sprawiedliwość, ona i tak nakazywałaby ich zrównanie.

W piekle nie byłem, ale sobie wyobrażam, że – to jest pomysł C.S. Lewisa – będą tam takie różne miejsca na różnych poziomach, a na samym dole będą się odbywały niebywale interesujące dyskusje teologiczne, i to przez całą wieczność. To, moim zdaniem, synteza piekła: zajmować się Panem Bogiem, tematami związanymi z Panem Bogiem, w sposób idealnie od Boga oddzielony, w żaden sposób do Niego nieprowadzący.

To może inaczej: jeśli matka ma syna, który jest skończonym grzesznikiem, który odwraca się od niej i od Boga, i jeśli ona jest wciąż zdolna go kochać i mu wybaczać, i nigdy by jej nie przyszło do głowy karać go wiecznym potępieniem, to trudno sobie wyobrazić, by Bóg mógł mieć wobec niego taki zamiar.

Jedno wiem na pewno, że Bóg kocha tego bęcwała niewyobrażalnie więcej niż jego mamusia i o wiele bardziej niż mamusi zależy mu na jego zbawieniu. I gdyby przypadkiem tak się zdarzyło, że ów bęcwał zbawienia nie dostąpi, to tylko dlatego, że on naprawdę sam tego chciał.

MB: To prowadzi do bardzo interesującej wizji, że oto dla ludzi, którzy się odwrócą od Boga i będą trwali w tej swojej zatwardziałości, piekło będzie po prostu przedłużeniem stanu, który sami sobie wybrali. Tylko czy oni będą rzeczywiście cierpieć? Czy sam fakt, że odrzucony przez nich Bóg okaże się istnieć naprawdę, czy to stwierdzenie własnego błędu będzie dla nich tak dotkliwe? Czy może to tylko ci, którzy dostąpią wiecznej szczęśliwości, będą ich mieli za cierpiących?

To są już jednak nasze odloty eschatologiczne w przyszłość, której nie znamy. Znamy za to niezwykłe intuicje świętych, na przykład papieża Leona Wielkiego, że ogień piekielny to jest Boska wszechobecna miłość, a potępienie polegałoby na tym, że Bóg nie może nie być wszechobecny i nie może nie być kochający, natomiast niektóre Jego stworzenia tak zdecydowanie nie życzą sobie, żeby był Bóg i żeby On był miłością, że się cali zamykają…

AW: I ta wszechobecność jeszcze bardziej boli.

…i to jest źródłem ich niepojętego buntu.

MB: Uciekło nam gdzieś pytanie o to, czy modlitwa może mieć moc wyzwalania z piekła.

Kiedyś św. Faustyna modliła się za pewną zmarłą zakonnicę, a ta objawiła się jej cała w ogniu i powiedziała: „Siostro, ty się za mnie nie módl. Twoja modlitwa mi nie pomaga”. Faustyna zareagowała na to na sposób świętej – zaczęła się modlić jeszcze intensywniej! Po jakimś czasie ta zakonnica znów jej się objawiła: „Dzięki, siostro, już jestem w niebie”. Normalny człowiek zrozumiałby ten ogień jako ogień piekielny, zwłaszcza jeśli nie pomaga modlitwa. A tu wygląda na to, że to było w czyśćcu…

AW: Rozróżnienie między piekłem a czyśćcem u klasyków opiera się na długotrwałości: czyściec jest czasowy, piekło wieczne, natomiast jeśli chodzi o męki, to są one bardzo podobne.

Św. Katarzyna z Genui powiada, że nie ma takiego cierpienia, jakie byłoby w czyśćcu, poza piekłem, ale też nie ma miejsca, gdzie byłoby takie szczęście jak w czyśćcu, poza niebem. Te intuicje wydają się niezwykle trafne.

MB: Czy nie byłby to wyraz najwyższej i bezwarunkowej miłości Bożej, gdyby Pan Bóg stworzył świat od razu jako Królestwo Boże, a ludzi od razu wiekuiście szczęśliwych? Jeśli taki raj, w którym człowiek, obdarzony wolnością, nie może popełnić grzechu, jest niemożliwy, to niemożliwa jest tym samym rzeczywistość zbawienia. A jeśli jest on możliwy, dlaczego Bóg od razu takim rajem świata nie uczynił?

Stoimy tu wobec problemu trochę językowego, trochę logicznego. Polega on na tym,  że  Bóg wszechmocny pewnych rzeczy nie może. Nie dlatego, że nie jest wszechmocny, ale dlatego, że my pewnych aspektów Boga nie umiemy opisać inaczej, niż mówiąc, że On czegoś nie może. Bóg nie może nikogo skrzywdzić, nie może kłamać – i dlatego też nie mógłby stworzyć takich stworzeń, które byłyby od razu kochające. Natura miłości jest bowiem taka, że musi ona płynąć, rozwijać się, dojrzewać. Bóg, stwarzając człowieka, posunął się do granicy absurdu: stwarzając nas, chciał, abyśmy byli w najwyższym stopniu podobni do Niego, zdolni do autentycznej, bezinteresownej miłości.

I z taką miłością On na nas spogląda. Nie wiem, czy Panowie pamiętają wyznanie Sartre’a, jak został ateistą – moim zdaniem, on proroczo przewidział straszliwość świata stworzonego przez komputery. Że wszystko może być obserwowane, nic się nie ukryje. To przeświadczenie Sartre’a każe sobie uświadomić, że Bóg wszechobecny patrzy zupełnie inaczej, On patrzy z miłością, ale miłością prawdziwą. Patrzy nie jako ,,zakochany w grzechach”, nie jako sędzia wydający wyroki, ale jako Ktoś kochający człowieka, smucący się naszymi grzechami, gniewający się z ich powodu…

AW: Bardzo niewielu teologom udaje się zachować tę równowagę: patrzeć z perspektywy miłości i sprawiedliwości. Brakuje mi takiego myślenia o zbawieniu, żeby w syntetyczny sposób zebrać to wszystko, co sobie wyobrażamy, myślimy – nawet najgłupsze teorie, które się ludziom plączą po głowach. Mam bowiem takie poczucie, że nawet w pustej ciekawości kryje się rodzaj niepokoju, który jakoś otwiera na Boga. Nasza ciekawość – także ta ,,pusta” – jest już przesiąknięta jakimś wychyleniem w kierunku Boga. Takiej syntezy oczekiwałbym od teologów, natomiast nasi teologowie uprawiają „działalność partyjną”, to znaczy sytuują się wygodnie po dwu stronach różnych sporów, i ma się wrażenie, jakby cały ten przepiękny obraz się rozpryskiwał…

Myślę jednak, że to nie dotyczy naszej teologii. Nasza teologia nie uprawia nawet takiej „działalności partyjnej”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata