70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

***

Oto Dzień. Podziwiam żydowski Szabat. To naprawdę jest szczególny czas, doba, w której pamięć wciela się w obrzęd i obyczaj, gromadzi wiernych jej, dyktuje im postępowanie i gesty, tak że nie mogą ani zapomnieć, ani ukryć, kim są. Tego dnia wychodzą, choćby tylko duchem, z najróżniejszych domów niewoli, odnajdują się w swojej cząstce Przymierza; witają rozpoczynający się Dzień Święty, jak oblubieńca.

Podziwiam żydowski szabat i cieszę się, że jest obchodzony, choć jest to praktyka tak trudna, że stosunek do niej dzieli samych Żydów, ich rodziny. Odróżnia, a więc i odcina od niepowołanych do święcenia tego dnia. Szabat był także dniem bólu, dla zmuszonych do ukrywania swej żydowskości; pewnie i dniem wstydu dla małodusznych w tym względzie. Szabat – znak każe myśleć o świadectwie wiary, które jest jak miecz obosieczny, ciężki, a tylko rękojeść można chwycić.

Szabat – różnorakie obserwacje skłaniają też do rozważania o duchu i literze, o obłudzie, która zawsze wciska się tam, gdzie obyczaj zajmuje ważne miejsce, gdzie to, co wewnętrzne, ma się stać widzialne. A także tam, gdzie posłuszeństwo przepisom prawa ma walor komunii z Prawodawcą. Prawo i sprawiedliwość: Prawo – tkanka Przymierza i człowiek Prawu powolny – sprawiedliwy.

Podziwiam Szabat, ale nie potrafiłabym go sobie nałożyć i żyć w obserwanckiej społeczności. A jednak chcę pamiętać, by “dzień święty święcić”. Natchnienie chrześcijańskiej niedzieli jest najpierw w Szabacie. Jezus go przecież obchodził. Myślę, że zstępując do otchłani po swojej prawdziwej śmierci, w pewien sposób spotkał wstępujący Szabat. Umocnił nieodwołane wieczne błogosławieństwo dla Izraela. Marzę o takiej ikonie…

Wiem, że ta myśl pewnie wzburzy i Żydów, i chrześcijan. Jednak ją notuję, bo wyraża się w niej coś, co scala moją wewnętrzną postawę.

Co więc z naszą chrześcijańską Niedzielą?

Najpierw może to, abyśmy w ogóle mieli dni święte, uznawali ludzkie prawo do takich dni. Własne i cudze prawo.

Pracujemy na nasze szabaty – Żydzi też bardzo usilnie pracowali, ale tylko do pierwszej chwili piątkowego zmroku.

Jeśli pogodzić się z uzależnieniem – to podwójnym: od pracy, owszem, ale też i od “dnia świętego”.

W przestrzeni całej zapisanej trudem – vacat. Osobne chwile, godziny, doby wolności. Należą do Boga, ale jeśli ktoś żyje bez kontaktu z Nim, też powinny dla niego istnieć. Każdy musi nieć dni, a raczej doby – to ważne, że całe, od zmroku do zmroku, obejmujące świt.

Myślę ostrożnie o dniach bez zwykłej pracy, bez zaprzątnięcia nią w zwykły sposób – o dniach z dystansem, także wolnych od usilnej rozrywki, pożerającej czas i świadomość. Reżymowi takich dni warto się poddać, ale wtedy, gdy to możliwe z całą dobrowolnością. O dobrowolności świadczy radość. Mamy taką jedną dobę – Święte Boże Narodzenie. Oczywiście nieraz psujemy Wigilię, jak niektóre Żydówki psują swój Szabat przez nadmierne skoncentrowanie na przygotowaniach i trudnych detalach tradycji.

Dzień święty jest też przerwą – właśnie ma być tak, że odłożę niedokończone, by ten dzień powitać.

Niedziela chrześcijańska. Dzień wspólnego uroczystego odmówienia Modlitwy Pańskiej. Jeśli się ten dzień wyrwie z kieratu, jeśli uznamy, że stać nas na przerwę… Prawo do niej przyznajemy sobie w oparciu o ufność. Tego dnia – jak w Szabat – pracuje na nas Bóg odpoczywający nad dziełem Stworzenia. Uważa na nas, jeśli my Mu dajemy przestrzeń, oczekującą pustkę.

NIE CHCĘ ZERA

Któregoś dnia, niedawno, pod naciskiem frustracji napisałam tekst “Zero obłudy”. Miała to być jakaś moja odpowiedź na kampanię “Zero tolerancji”. Ale ten mój własny tekst też mi się nie podoba. Naprawdę nie chcę popierać żadnego ZERA czegokolwiek. W żądaniu, by “wyzerować” tkwi jakiś fanatyzm czy fundamentalizm. “Zero” w sposób ponury kojarzy się z “ausrotten” – wytępić. Jeśli chciałabym cos wytępić – to chyba obłudę, ale na pewno byłoby to wyrywanie chwastu-kąkolu z ledwie wschodzącego zboża. “Zero tolerancji” dla czegoś, co ktoś uznał za zło, oznacza straszną pewność siebie, pewność swojej diagnozy i straszną, równie straszną, groźną niecierpliwość. Widzę to stratowane pole, gwałtem wypielone kosztem zasiewu, delikatniejszego niż chwasty, które pewnie przetrwają.

Zerowanie jest sprzeczne z umiarem, koniecznym w obchodzeniu się z istotami żywymi.

SEN

Zachowane z niego tylko szczątki, które mnie kuszą, by je zapisać. A więc nocne miasto pełne niewyraźnych błysków (zaczynam śnić zgodnie z tym, jak teraz widzę). W tym mieście grozi mi niebezpieczeństwo. Wiem, że ktoś ma do mnie strzelić z tej ciemności, zza węgła – kiedy wysiądę z samochodu. Ktoś odwraca się ku mnie nad oparciem przedniego siedzenia. Wyraźnie widzę jasno oświetloną młodą twarz, zarys dość ciemnych brwi nad opuszczonymi powiekami, włosy rozgarnięte na boki, gładkie, lekko spocone czoło. To on ma zginąć, czy ja? On za mnie?

Naprawdę nie oglądam takich filmów przed zaśnięciem. Noszę w sobie filmotekę. I tak dość rzadko do niej zaglądam.

GOTOWCE

Gotowce dziennikarskie – materiał dostarczany przez rzeczników w nadziei, że lenistwo każe się nim zadowolić.

– A gotowce egzystencjalne? Odziedziczone albo własnej produkcji, według podpatrzonych wzorów.

Gotowce: coś, czego już nie poddajemy dalszej obróbce, nie weryfikujemy. Są mocne, usztywnione, wydają się praktyczne, przydatne. To złudzenie. Gotowce, to małe, pozorne oczywistości. Bezgłośnie włączają się w myślenie, jak trujące priony BSE. Mnożą swoją obecność, zmieniają tkanki w gąbczastą masę. Może być z tego otępienie albo szaleństwo.

Mowa oczywiście o gotowcach złośliwych, choć ta ich natura nie od razu się ujawnia. Gotowce zdają się być syntezą doświadczenia, skarbem na drogę życia, lekarstwem na dezorientację. Zasób gotowców pozwala czuć się pewnym, że wiemy, kim są “Oni”, kto nam zagraża – czego się spodziewać po Żydach, Niemcach, Ruskich i Triobranczykach.

*

Mam wiele wspomnień, które mogły by przerodzić się w gotowce – odmienne od tych będących w obiegu – moje własne gotowce, oryginalne skamieliny wrażeń.

Wędruję dalej, tracę bezpośredni kontakt z miejscami zakończonego pobytu. Ale to co kiedyś było żywe, przywołane dziś, powraca żywe, zastanawiające, tajemnicze, nie zaszufladkowane.

Wspominanie nie jest przeglądem rozszyfrowanych schematów. Oglądam mozaikę, fragment za fragmentem, inność za innością. “To” kojarzę z “owym”, dostrzegam jakieś utkanie rzeczywistości. Słyszę szept “Popatrz – znowu… to znowu tak”.

Znowu tu, to było jak tam; znowu coś przeżera intryga; sobkostwo marnuje szansę; zaślepienie depcze godność… Znowu. Ale ja wciąż się temu dziwię. To, co znowu się dzieje nie zastyga w ponury gotowiec.

*

Połamane gotowce przechowuję w pudle pod stołem. Lubię oglądać poszczególne kawałki. Kusi mnie, by kiedyś złożyć z nich ogromny satyryczny puzel. Ale chyba lepiej tego nie robić.

WOLNOŚĆ OD RASIZMU

W moim życiu wielokonferencyjnym seminarium strasburskie ECRI jest wydarzeniem akurat na miarę. Nie za długie i dotyczy spraw, które mnie obchodzą na co dzień . Trzeba będzie pisać o nim dla tych i dla owych, na różne strony internetowe, może i szpalty. Tu w “Znaku” miejsce zwierzeń, blogopodobne, choć mam nadzieję uniknąć stylu dominującego w internetowych notatkach (świetnie podrabia ten styl Jerzy Sosnowski w nowej powieści: “Tak, to ten”).

Epizod z tego seminarium. Profesor Andras Sajo, węgierska i międzynarodowa sława prawnicza. Sajo podkreśla bezwarunkowość potępienia rasizmu; antysemityzm ma być w Europie potępiany ze świadomością historii, ukazującej istotę takiej ideologii. Teraz wiem, że w pierwszej chwili nie uchwyciłam myśli panelisty: wydało mi się, że traktuje on antysemityzm jakby nie był on rasizmem.

Rzeczywiście. Znam taką twarz antysemityzmu, unowocześnioną makijażem, pozorującą, że chodzi “tylko” o krytycyzm na przykład wobec konkretnych posunięć rządu Izraela, czy wobec roli Żydów w rządach komunistycznych. Krytycyzm jako taki nie musi być przejawem antysemityzmu. Ale bywa czytelny jako dyktowany antysemickimi przesłankami.

Mam swoje mocne przekonanie, że w samej istocie antysemityzmu tkwi założenie rasistowskie. To wiara w jakąś wykluczającą innych “naszość”. Chcę, aby antysemityzm był objęty nie analogicznym, lecz tym samym skreśleniem z listy, co rasizm. Pomyliłam się, sądząc, że profesora Sajo trzeba do tego przekonywać. Ale może nie stało się źle, że opowiedziałam to wspomnienie, które nagle wypłynęło z mojej pamięci.

Okupacja. Moja klasa w jednej z warszawskich szkół udaje się na wystawę o zwalczaniu tyfusu. Nauczycielki musiały naiwnie myśleć, że zobaczymy mikroskopy, produkcję szczepionek, ratowanie chorych. Ale to nie było to. Ta wystawa to była seria ohydnych plakatów, na których Żydzi jako wszy roznoszą tyfus. To był straszny szok – naga nienawiść, pogarda, odczłowieczanie. Te straszne plakaty były gdzieś rozwieszone, w jakimś pięknym wnętrzu. Czyżby to był odebrany Polakom kościół Św. Aleksandra?

Teraz jestem pewna: Sajo miał rację. Ze względów historycznych, w Europie, w Polsce, w Warszawie rasizm w każdej postaci i w tej – antysemityzmu – musi być przedstawiany jako hańba człowieczeństwa, którą być nie przestał.

STRASBOURG – FRANKFURT

Piękne ciało Europy pocięte. Były to krwawiące smugi, teraz tylko cienkie, pomału znikające blizny. Prawie ich nie widać, zarastają lasami, łąkami, nic już nie rozdziera dywanu darni. Autobus cicho sunie mało dziś zapchaną autostradą bez żadnego przystanku. Nieco tylko zwalnia przesuwając się przez dawny punkt graniczny. Opustoszały, ale nie w ruinie. Nikt tu nawet niczego nie sprzedaje, nie reklamuje. Pusto. Po drugiej stronie to samo; identyczny nie podzielony krajobraz. Drzewa wciąż jeszcze okryte jesiennymi liśćmi. Wydaje się, że te liście na gałęziach są prawie w komplecie, choć wiele leży na ziemi, czasem lekko unosząc się z wiatrem. Jesień nierówno powleka Europę. Przed domem w Warszawie czekają nagie już platany. Ich liście na trawniku są szaro zielone.

BETREUUNG

Białowłosa staruszka śpi opierając głowę na stole, na rozpostartych płasko dłoniach. Obok inna siedzi wyprostowana wpatrzona w przestrzeń? W ścianę pomalowana na ładny kremowy kolor? Dwie stare kobiety krzątają się wokół mężczyzny, który splótł dłonie na rączce laski, nie zwraca na nie uwagi. W ogóle wszyscy milczą. Kobiety przekładają z miejsca na miejsce jego kurtkę, szalik, czapkę, sweterek. Sprawdzają, czy jest wszystko? Potem ubierają go jak dziecko, cierpliwie, z czułością. I stewardesa zabiera go. Mężczyzna idzie za nią posłusznie. Zostanie doprowadzony, może dowieziony do samolotu. Sam poleci dokądś. Zdaje się, że usłyszałam “Chicago”. Kobiety – opiekunki starca – zostają z opuszczonymi rękami. Cisza. Bezradność. Więc ja trzymam swoją laskę wzgardliwie pod pachą, dużo i głośno mówię do stewardesy po niemiecku, po angielsku, wesoło, ochoczo. Choć wiem przecież, że ona na pewno na nic nie da się nabrać. W moją samodzielność i tak nie uwierzy. Pytam. Tak, pracuje właśnie tutaj, w Betreuung, z własnego wyboru. Ciekawa, wymagająca praca. Wciąż inni ludzie, inne sytuacje, trzeba trafić w każdy punkt, wiedzieć którędy da się przejechać wózkiem inwalidzkim albo meleksem (właśnie jedziemy takim ślicznym żółtym pojazdem – elektryczną bryczuszką na cztery osoby).

– Tu się tyle zmienia codziennie. Świat w miniaturze – w nieustannej przebudowie, reorganizacjach – mówi stewardessa. Z bryczuszki, z pozycji “pod opieką” daje się podziwiać szybki film o rozmaitości świata. Nie trzeba z wysiłkiem odczytywać wskazówek. Wesoło migają sobie kolory, światła, postacie ludzkie, najróżniejsze i wszystkie podobne. – Tak, tak, potwierdza stewardesa obracając kierownicą meleksa – oczywiście, proszę pani, na starość wcale nie należy rezygnować z podróży. Absolutnie nie.

… I ZANIEDBANIEM …

“Różne godziny” to też różne miejsca. Dość często te chwile znajduję pod kościelnym sklepieniem. Tu się myśli biorąc przed się sprawy ważne – kiedyś i teraz, tu i tam, gdzie dążymy. Taka myśl “z-kościelna”: modlimy się o wybaczenie grzechów popełnionych uczynkiem i także – zaniedbaniem. Chcąc się oczyścić aktem żalu obejmujemy zaniedbywanie dobra. Zaniedbane obowiązki, długi, odpowiedzialność. Zaniedbaną wdzięczność, uwagę, której zabrakło, opiekę pełnioną bez czułości i wyobraźni. Zapomniany spleśniały chleb, nie napojonego psa, głodnego kota…

Słusznie bardzo. Ale jeszcze potrzebna gotowość, by takie właśnie rzeczy wybaczyć.

Ja sama szczęśliwie prawie nic nie mam nikomu do wybaczenia. Jakoś nikt mnie nie zaniedbuje. Tylko czasem brak odpowiedzi na ważnego maila wysłanego do jakiejś przecież bardzo zajętej osoby. Właściwie taka sytuacja tylko odrobinę mnie zasmuca. To nic.

Ale bywa przecież inaczej. Są ludzie ciężko zaniedbani przez innych. Zaniedbani sami w sobie, albo pokrzywdzeni przez czyjeś zaniedbanie spraw ich dotyczących. Co będzie, jeśli nam tego nie odpuszczą? Jeśli narośnie w nich gorycz? Wydaje się, że ogólne kwantum odpuszczania zaniedbań jest niskie. Mogłoby przybyć tak niezbędnego odpuszczenia, gdybyśmy procesem darowania win wyraźnie objęli także popełniane wobec nas zaniedbania.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata