|

SPOŁECZEŃSTWO NIEOBOJĘTNYCH
Amitié Dauphiné Pologne
DOROTA ZAŃKO
Kiedy w Polsce ogłoszono stan wojenny, Francja, jak wiele innych
krajów, zaczyna solidarnie wspomagać polską sprawę. W Grenoble powstaje
oddział lyońskiego stowarzyszenia Amitié Pologne, założony przez
Nathalie Kuhn i Carine Michelin. Jego siedzibą jest mały lokal przy rue
Raspail. Wolontariusze zbierają leki – od firm farmaceutycznych, od
dystrybutorów i osób prywatnych. Do nich trafiają też niewykorzystane
lekarstwa, które pacjenci zwracają do aptek. W szpitalach i klinikach
pozyskują sprzęt medyczny. Gromadzą używane albo nowe ubrania. To,
co uzbierają, wysyłają do Lyonu. Od 1988 roku w Stowarzyszeniu pracuje
Françoise Le Gouic.
Prowadzenie tej działalności przejmuje po pewnym czasie Anna Fiszer,
polska emigrantka, żołnierz AK i Powstania Warszawskiego. W roku
1990 zakłada własną organizację – Amitié Dauphiné Pologne. Do transportu
leków i sprzętu medycznego wykorzystywane są ciężarówki PKS
przewożące towary z Polski do Francji. Po rozładowaniu zawartości
w drodze powrotnej zabierają do Polski lekarstwa. Transporty koordynuje
mieszkający we Francji ksiądz Eugeniusz Plater Zyberg poprzez
Bureau de Coordination avec la Commission Caritative de l’Episcopat
de Pologne.
W 1994 roku Stowarzyszenie przenosi się do nowego lokalu przy
rue Docteur Hermite oddanego mu do dyspozycji przez mera. Lokal
jest równie mały jak poprzedni. W jednym pomieszczeniu, oddzielonym
kotarą, urzęduje Anna Fiszer, w drugim kilkanaście kobiet sortuje leki.
Jedyny mężczyzna to farmaceuta, Robert Soquet, bo obecności farmaceuty
wymagają przepisy. Drugi, Alfons Chrzanowski, pomaga przy załadunku.
Pole działania każdej z wolontariuszek to skrawek biurka, krzesło
albo podłoga. Uwijają się jak mrówki, na stojąco przez wiele godzin. Kartony stoją wszędzie. Pakowanie odbywa się równolegle ze sporządzaniem
list przesyłanych środków. To praca galernicza – trzeba podać
obie nazwy lekarstwa: fabryczną i międzynarodową, wyszczególnić postać
leku, nazwę laboratorium, które go wyprodukowało, datę ważności,
ilość. Wszystko pomnożone przez setki opakowań. Celnicy wymagają,
by dokumenty przewozowe zawierały numer rejestracyjny ciężarówki,
nazwisko kierowcy i podpis mera. Jak zdążyć na czas, kiedy często
do ostatniej chwili nie wiadomo, co znajdzie się w danej partii ani kto
i czym będzie ją przewoził?
Polskie tiry mogą nie odnaleźć w Grenoble małej, jednokierunkowej
uliczki, przy której czekają paczki. Jeśli zabłądzą, nie wykręcą w zaułkach.
Jeździ się więc po nie na przejście graniczne i pilotuje na miejsce.
Załatwia pozwolenie na usunięcie samochodów parkujących przy
rue Docteur Hermite. Ładuje. Pomaga wymanewrować z uliczki 25-tonowym
kolosom.
Françoise Le Gouic nie jeździ na przejście graniczne. Na tiry czeka
na miejscu. Sortuje lekarstwa, sporządza spisy, pakuje, pomaga przy załadunku.
Wraca do domu wykończona. Oczy pieką od wczytywania się
w ulotki. Przed zaśnięciem pod powiekami wirują czarne robaczki liter.
W pokoju, gdzie pracują „mrówki”, raz czy drugi pojawia się Bogdana
Pilichowska – osoba-instytucja, długi rozdział historii polskiej opozycji
i obywatelskiej pomocy. W jej krakowskim mieszkaniu spotykają
się działacze podziemnej „Solidarności” i zachodni dziennikarze, nocują
ci, którzy nie mają gdzie spać, dostają jeść bezdomne zwierzęta. Kierowcy
tirów zamieniają to mieszkanie na magazyn lekarstw. To jej adres
dostają we Francji i u niej zrzucają towar, często w środku nocy.
W Krakowie na osiedlu Widok pani Bogdana założyła Aptekę Darów. Ponieważ nie ma rzeczy, której nie dałoby się podzielić jeszcze na
pół, część otrzymanych leków kieruje na Białoruś, Ukrainę, Litwę. Do
Francji przyjeżdża czasem, by pomóc w sporządzaniu list przewozowych,
uzgodnić ceny transportu, dopilnować załadunku. Opowiedzieć Francuzom
o Polsce. By ludzie, którzy trudzą się dla innych, mogli wyobrazić
sobie jakiś konkret, by wiedzieli, gdzie wędrują lekarstwa, kto z nich
korzysta i jak trudna jest sytuacja. W stanie wojennym podpowiada, jak ukryć to, czego celnicy nie przepuszczą. Stosowane są więc wypróbowane
od dawna sposoby. Farbę dla podziemnych drukarni wlewa się do
butelek po soku owocowym, bibułę chowa pod ciężkie paczki. Trefny
sprzęt można ukryć w głębi ciężarówki, między środkami żywnościowymi.
Zakazane drobiazgi schować w pudełka po ciasteczkach. Ciasteczka
najpierw zjeść.
W stanie wojennym celnicy stosują cały asortyment szykan. Wypakowanie
wszystkiego z auta. Wielogodzinne rewidowanie całego transportu.
Podsuwanie kierowcy tira butelki z farbą. „Sok? To proszę wypić”.
Dziesięć albo więcej godzin na mrozie. Choć bywa, że są mili i na
odprawę przyjeżdżają wprost do szpitala, gdzie zaplombowane tiry czekają
na rozładunek.
A czasem sprawy przybierają jeszcze inny obrót. Historyjka z późniejszego
okresu: jeden z celników dostaje raz lekarstwo dla żony, która
ma kłopoty z zajściem w ciążę. To francuski środek wzmacniający proces
owulacji, receptę wystawił polski lekarz. Rodzi się chłopczyk, a celnik
i jego żona stają się wiernymi przyjaciółmi Apteki Darów. Do dziś
przychodzą z synkiem na wszystkie towarzyskie spotkania.
W 1988 roku w lokalu przy rue Docteur Hermite Bogdana Pilichowska
poznaje Françoise Le Gouic. W stanie wojennym pani Le Gouic nie
zajmowała się jeszcze Polską. Z mężem i najmłodszym synem mieszkała
wówczas w Bretanii. Pomagała uchodźcom z Kambodży.
Anna Fiszerowa umiera w 1996 roku. Prezesem Stowarzyszenia zostaje
madame Le Gouic. Jej babka była Polką. Według niepotwierdzonej
tradycji rodzinnej ród wywodzi się od Jarosława Mądrego, którego córka
Anna pod koniec XII wieku poślubiła Henryka I, króla Francji. Babcia
Jarosławska przybyła do Francji w 1939 i tam dożyła swoich dni.
Ciężarówki nadal wożą lekarstwa do Polski. Ich dyspozytorem jest
dalej ojciec Plater: „ojciec Pekaes”, jak z rozpędu mówi o nim pani Le
Gouic i, speszona pomyłką, wybucha śmiechem. Françoise Le Gouic
kontynuuje dzieło założycielek. W roku 2000 z rąk polskiego konsula
w Grenoble otrzymuje Krzyż Zasługi. Ponieważ we Francji zmieniają
się przepisy regulujące działalność organizacji charytatywnych, Amitié
Dauphiné Pologne traci uprawnienia do wysyłki lekarstw. Przez pewien
czas transporty darów firmuje więc Zakon Maltański.
W czerwcu 2006 Françoise Le Gouic po dziesięciu latach przyjeżdża
do Polski po raz drugi. Chce zobaczyć na miejscu, jak spożytkowana została
praca ADP, by móc złożyć sprawozdanie swojemu zarządowi. Pragnie
też pożegnać się z polskimi przyjaciółmi. Amitié Dauphiné Pologne
kończy swoją działalność. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej Zakon Maltański uznaje, że Polska nie potrzebuje już darów, i postanawia zawiesić
transporty. Poza tym wolontariusze Stowarzyszenia to osoby sędziwe,
a młodzi się nie pojawiają. ADP ma też utracić lokal w Grenoble.
Apteka Darów będzie funkcjonować jednak nadal. Lekarstwa przysyłają
jeszcze dwie małe organizacje francuskie i jedna włoska.
Spotykam się z panią Le Gouic w samo południe z końcem czerwca.
Słońce praży bez litości. Cofam się w wąski pasek cienia koło wiaty przystanku
i robię jej miejsce obok siebie. – Nie trzeba, jestem wytrzymała –
uśmiecha się. Biała bluzka, apaszka, sportowe buty. Włosy w kolorze, który
Francuzi nazywają „sól z pieprzem”. Szczupła, młodzieńcza. W ósmej
dekadzie życia jeździ na nartach i na rowerze, pływa. Jej wiek zdradza
właściwie tylko lekko drżące pismo. Ujmujące obejście, wdzięk. Matka
pięciorga dzieci, wychowanka pensji francuskich urszulanek, skąd zachowała
bardzo dobre wspomnienia. „W domu miałam ośmioro rodzeństwa,
więc wszystko trzeba było dzielić z innymi. Choćby ręcznik. Rodzice mieli
osobny, ale dla nas, dzieci, był jeden wspólny. A na pensji miałam własny
ręcznik, swoją pastę do zębów i gąbkę. Żyłam w luksusie”. Zakonnice
były znakomitymi wychowawczyniami, uważa.
Umawiamy się na nagranie następnego dnia. Kręci się taśma. Osiemnaście
lat pracy dla innych zamyka się w dwugodzinnej opowieści. Między
rokiem 1991 a 2002 ADP przesłała do Krakowa blisko 230 ton
darów, w tym 7000 paczek zawierających lekarstwa, ponad 1000 paczek
drobnego sprzętu medycznego, materiały opatrunkowe, łóżka szpitalne,
sprzęt rehabilitacyjny, aparaturę dla szpitali, odżywki, mleko
i odzież dla dzieci.
Françoise Le Gouic wymienia nazwiska: Janine Albanese, śp. Simone
Algoud, Geneviève Allagnat, André Baujard, Jeanne Binder, Lucie
Blaskiewicz, Philippe Blanc, Yolande Bocchini, Françoise Charnay, Maria
Czarnul, pan Chroboczek, Roland Daporta, Joseph Dwernicki, Marie-
Annick Dwernicki, Elisabeth Garcia, Marie Christine Gonzales, śp.
Edouard Grabowski, Krystyna Jezierska, Bruno Jezierski, Odette Kabsch,
Gerald Kluczyński, Marie-Jeanine Kubicki, śp. Edouard Krynkowski, Karine
Michelin, Jeanine Monnier, Ewa Nałęcz-Górski, Louis Piorkowski,
Geneviève Rabilloud, Ewa Salavin, Françoise Sinard, Yolanta Sevilla.
To ci, którzy pomagali. Ci, którzy skorzystali z tej pomocy, w większości
pozostaną nieznani. Tamtym ludziom już nie zdołają się odwdzięczyć.
Ale mogą pomagać innym.
POCZĄTEK STRONY |