|

TEMAT MIESIĄCA:
Śmierć i co dalej?
Co wiemy o życiu wiecznym
„Czego oko nie widziało...”
Z o. prof. JACKIEM SALIJEM OP
o sprawach
ostatecznych rozmawiają Adam Workowski
i Michał Bardel (fragment)
Ewangelia jest jedną wielką obietnicą zbawienia
i wezwaniem do tego, żeby się na nie otworzyć.
Po to zaś Jezus tak często mówił o potępieniu
wiecznym, żeby możliwie nikt się do piekła nie
dostał, żeby nikt tego wyroku nie usłyszał.
MICHAŁ BARDEL: Ojcze Profesorze, czy przystoi chrześcijaninowi
dopytywać się o sprawy ostateczne? Może raczej powinien zaufać Panu
Bogu i zająć się przygotowaniem do śmierci? Bardzo jesteśmy ciekawi,
czy Ojciec wejdzie dziś w rolę poskramiającego naszą ciekawość
duszpasterza czy raczej dociekliwego teologa...
JACEK SALIJ OP: Wiele tu porządkuje zaproponowane przez Gabriela
Marcela rozróżnienie prawdy jako problemu i prawdy jako
tajemnicy; prawdy, którą można posiąść, i prawdy, która nas bierze
w posiadanie. Problem staramy się rozwiązać, tajemnicę należy zgłębiać,
gdyż dotyczy ona prawdy, która nas przekracza, która nas tworzy.
To dlatego poszukiwanie prawdy, która mnie przekracza, dokonuje
się nie tylko za pomocą głowy, ale także poprzez całą moją
postawę życiową. Rzecz jasna, poszukiwać prawdy można i trzeba
wspólnie, nieraz w starciu wzajemnym, w dyskusji, ale bez „poklepywania prawdy po ramieniu”. W trakcie poszukiwania należy też
przypatrywać się temu, jak tę tajemnicę widzieli różni ludzie – przecież
nikt z nas nie jest Bogiem, który miałby wgląd nieomylny i pełny
w prawdę absolutną.
Jeśli zaś idzie o ciekawość w sprawach wiary, powinna to być
ciekawość prawdy naszej sytuacji wobec Boga, a nie ciekawość tego,
„jak to fajnie w raju było”, ani ciekawość tego, jaki jest los ostateczny
Adolfa Hitlera. Pytanie o raj, czyli o to, na czym polegał stan
sprawiedliwości pierwotnej naszych prarodziców, jest w gruncie rzeczy
pytaniem o naszą obecną sytuację duchową. Bóg nie zrezygnował
przecież ze swojego przedwiecznego zamysłu, żebyśmy byli –
jako Jego przyjaciele – bezgrzeszni i niepokalani, i chociaż do końca
naszych dni będziemy jakoś tam naznaczeni grzechem, to przecież
Boże powołanie do ostatecznej bezgrzeszności nosimy w sobie – i częściowo
realizujemy – już teraz.
Również z naszą przyszłością ostateczną jest trochę podobnie jak
z przyszłością doczesną: naszą przyszłość, dobrą lub złą, w znacznym
stopniu kształtujemy dzisiaj, ona w dużym stopniu zależy od
naszych dzisiejszych wyborów i zachowań. Tego, kto dzisiaj doświadcza,
jak „dobrze być blisko Boga, w Panu znaleźć sobie schronienie”
(Ps 73, 28), kto dzisiaj wie, jak Bóg potrafi być zaskakujący, cudownie
„nieprzewidywalny” – nie trzeba przekonywać o prawdzie słów
apostoła Pawła, że „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani
serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował
Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2, 9).
Podobnie w sprawie zmartwychwstania ciał, niewiele sensu mają
pytania, jak to będzie. Chodzi o to, żebyśmy dzisiaj doświadczali mocy
Bożej, uzdrawiającej duchowo również nasze ciała, uzdalniającej je
do czynienia dobra i współpracy z łaską, czyniącej je świątyniami
Ducha Świętego! Dopiero z tej perspektywy nabierają sensu pytania,
co się stanie z naszymi ciałami po zmartwychwstaniu.
ADAM WORKOWSKI: Ale to nie jest przecież jedyna perspektywa:
zadaniem teologów jest też spojrzenie na świat również z perspektywy
Pana Boga. Na tym polega drapieżność teologii i filozofii, że o sprawach
ostatecznych mówią z obu tych punktów widzenia. Stąd biorą się różne teorie, modele eschatologiczne, rozwijane nierzadko przez
ludzi niezwiązanych z Kościołem, czasem nawet ateistów. Możemy
się zatem w tych kwestiach uczyć także od pogan...
Jednak o nasze przeznaczenie ostateczne – to znaczy: moje, twoje
i całej ludzkości – jako chrześcijanie pytamy, zawierzając temu objawieniu,
jakie się dokonało w Chrystusie i zostało zapisane w natchnionym
przez Ducha Świętego Piśmie, i które jest rozpoznawane przez
kolejne pokolenia Kościoła. Nie wierzę poszukiwaniom prowadzonym
pod hasłem: „tak mi się wydaje” czy nawet: „tak podpowiadają
mi moje doświadczenia duchowe”.
Po drugie: niezależnie od tego, w co ludzie wierzą czy nie wierzą,
jedno jest pewne: Pan Bóg stworzył wszystkich ludzi. A jeśli stworzył,
to kocha – kocha również niewierzących, a nawet tych, którzy
Go nienawidzą. Jest w nas wszystkich coś takiego, co tradycja chrześcijańska
nazywała capacitas Dei, otwarcie na Boga, pragnienie Boga.
Chodzi o prawdę zawartą w nas, w samym naszym istnieniu, że nie
zrealizujemy siebie inaczej jak tylko w Bogu. Ponieważ Bóg jest miłością,
wobec tego – jak to przypomniał ostatni sobór – „człowiek
nie zrealizuje się inaczej niż przez bezinteresowny dar z samego siebie”
(KDK 24).
A co do poszukiwań nie rozświetlonych światłem Bożego objawienia,
owszem, niekiedy są one oparte o intuicje, autentycznie zawarte
w ludzkiej naturze, ale bywa i tak, że prowadzą one raczej na
manowce. Na przykład Grecy po prostu się mylili, sądząc, że ciało
jest więzieniem duszy, a w najlepszym razie jej rusztowaniem, i tylko
dla duszy spodziewając się nieśmiertelności. Albo jeśli ktoś, powiedzmy,
wierzy w reinkarnację, to jakkolwiek może mu ona pasować do
jego wyobrażeń na temat świata, jest to perspektywa, od której ja,
jako chrześcijanin, muszę się zdystansować. Bo wierzę, że jestem stworzeniem
Bożym – cały, wraz z tym, co we mnie duchowe, i z tym, co
cielesne – i wierzę, że Bóg chce mieć mnie całego, również w moim
ciele, na wieczność.
MB: Ojcze, spróbujmy zmierzyć się z najbardziej podstawowymi kwestiami
chrześcijańskiej eschatologii. Wielu wiernych, nawet dobrze wykształconych, ma kłopot z dość skomplikowaną „procedurą” pośmiertną.
Zadają sobie na przykład pytanie, dlaczego Pan Bóg przewidział
dla nas aż dwa sądy: szczegółowy, zaraz po śmierci, i ostateczny,
wraz z końcem świata.
Pismo Święte ani razu nie mówi jednocześnie o obu tych sądach, natomiast
niektóre zawarte tam stwierdzenia podpowiedziały Kościołowi,
że na sądzie Bożym staniemy zaraz po śmierci. Na przykład czytamy
w Liście do Hebrajczyków: „Postanowione ludziom
raz umrzeć, a potem sąd” (9, 27); również
apostoł Paweł spodziewał się życia wiecznego
bezpośrednio po śmierci (por. Flp 1, 21–
24; 2 Kor 5, 6–8). Z kolei kiedy indziej Pismo
Święte mówi o sądzie Bożym nad całą ludzkością,
który będzie podsumowaniem całej naszej ludzkiej historii: „Gdy
Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim,
wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed
Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak
pasterz oddziela owce od kozłów” (Mt 25, 31n).
Co wobec tego z zasadą bis de eadem re ne sit actio – że nie powinno
się drugi raz sądzić w tej samej sprawie? Sąd Boży to nie będzie
coś jednoznacznie podobnego do sądów ludzkich – to będzie
raczej potężne, pełne miłości wejście Boga miłosiernego i sprawiedliwego
w ludzkie sprawy. Boski Sędzia przywróci wtedy dobru należne
mu prawa i położy kres złu, odbierze złu jego dotychczasowe
możliwości panoszenia się. Boimy się Sądu Ostatecznego, bo jesteśmy
grzesznikami. I bardzo słusznie: ten grzesznik, który jest we mnie,
niech się boi i niechże będzie z nim koniec – ja chcę być cały, bez
reszty i nieodwracalnie, Boży. Z tego grzesznika, który jest we mnie,
słusznie ironizował św. Augustyn: „Cóż to za miłość ku Chrystusowi,
lękać się, że przyjdzie? Miłujemy Go i boimy się, że przyjdzie?
Czy naprawdę miłujemy? Czy może bardziej miłujemy nasze grzechy?
Miejmy w nienawiści grzechy, a miłujmy Tego, który przyjdzie,
aby ukarać grzechy!”.
Sąd Boży będzie wyzwoleniem tego wszystkiego we mnie, co zaczęło
się w chwili chrztu. Dlatego „człowiek wewnętrzny” (Rz 7, 22) tęskni we mnie za tym Sądem. Ufam, że dzięki łasce idę przez
życie w świetle Ewangelii i dojrzewam do życia wiecznego, a zatem
ów sąd będzie ostatecznym zwycięstwem we mnie tego, co Boże.
Więcej na łamach styczniowego numeru "Znaku"
Zamów numer
JACEK SALIJ OP,
ur. 1942, teolog, prof. dr hab., wykładowca teologii
dogmatycznej w UKSW, członek Komitetu Nauk Teologicznych PAN,
publicysta, tłumacz, popularny duszpasterz, laureat Nagrody Stowarzyszenia
Wydawców Katolickich „Feniks” (2004). Ostatnio wydał: Listy
szóste (2004), Patriotyzm dzisiaj (2005).
POCZĄTEK STRONY |