|

TEMAT MIESIĄCA:
Śmierć i co dalej?
Co wiemy o życiu wiecznym
Zderzając się ze ścianą
(fragment)
DONALD NICHOLL
Wyszedłem od mojego umierającego przyjaciela
w nastroju całkowicie odmiennym od tego,
z jakim do niego wchodziłem. Bo oto, używając
słów, które właśnie wówczas zrodziły się w mojej
głowie, stałem się świadkiem „tryumfu Ducha”.
Moje życie upływało w spokojnym rytmie, od wielu lat już wyznaczanym
interesującymi wydarzeniami, jakie pojawiają się w zamkniętym
kręgu gościnnych wykładów, podróży, badań, pracy nad książkami
i korespondencji z ludźmi i instytucjami z różnych części świata.
I oto naraz, niemal bez ostrzeżenia, zatrzymało się na ścianie.
Metafora ściany to najbardziej precyzyjny sposób opisania tego,
co zaszło, bo oto zamknęły się przede mną naraz wszystkie drogi.
Gdy się zastanowić, metafora ta pokazuje także, że najzwyczajniej
zniknęły wszystkie horyzontalne wymiary mojego życia. Dlatego też,
kiedy ktoś później opowiadał mi o swoich planach – dajmy na to –
związanych z „przyszłym czwartkiem”, nie miało to dla mnie żadnego
znaczenia. Jeśli o mnie chodzi, od „przyszłego czwartku”, podobnie
jak od zeszłego, mogłyby nas równie dobrze dzielić lata świetlne
– to samo zresztą dotyczyło ówczesnego „wczoraj”.
Z symboliką wymiarów horyzontalnych spotkałem się pięćdziesiąt
lat temu, podczas lektury książki Edwyna Bevana Symbolism and Belief. Bevan wprowadza w niej horyzontalność jako symbol
Boskiej immanencji, wertykalność zaś opisuje jako symbol transcendencji
Boga.
Jak by nie było, pozbawiony zostałem jakiegokolwiek oparcia
w wymiarze horyzontalnym, w którym my, istoty ludzkie, poruszamy
się przez większość swojego życia, trudząc się i zarazem odnajdując
przyjemność i satysfakcję w pracy, biznesie, plotkach, przyjaźniach,
zabawach, kuchni i rozrywce.
Wydaje mi się, że podobne doświadczenie miał na myśli Teilhard
de Chardin, kiedy pisał: „…ścieżka zniknęła mi pod nogami; u stóp
ujrzałem bezdenną przepaść, z niej zaś wionął – nie wiedzieć gdzie się
rodzący – podmuch, który ośmielam się nazywać Moim życiem…”
Słowa Teilharda wzbudziły we mnie nadzieję, że i dla mnie znajdzie
się w tej czeluści jakiś podmuch, który mógłbym nazwać Moim
życiem. Wkrótce jednak zdałem sobie sprawę, że mój przypadek jest
bardziej beznadziejny, bowiem równowaga mojego życia została już
wcześniej zachwiana, i dlatego całą energię musiałem spożytkować
na obronę przed jej całkowitą utratą i runięciem w przepaść. Co więcej,
jakby dla pokreślenia mojej kiepskiej kondycji zraniłem się podówczas
w kostkę tak paskudnie, że ów brak oparcia odczuwałem
także na sposób fizyczny. Ledwie mogłem kuśtykać – jeszcze jeden
symptom mojej utraconej równowagi.
Kolejnym powodem mojego kłopotliwego położenia było to, że
podczas gdy Teilhard de Chardin spędził życie jako zakonnik – chcąc
nie chcąc – wcielony do horyzontalnego wymiaru wspólnych posiłków
i liturgii, na stałe wpisany w grę rozmaitych międzyludzkich
relacji, ja wiodłem wyjątkowo samotne życie. Doświadczenie tych
trzech miesięcy uczyniło mnie niezwykle czułym na głęboką prawdę
stwierdzenia zawartego w Księdze Rodzaju, a przypisywanego Bogu,
że nie jest dobrze, by mężczyzna był sam. Towarzystwo drugiego człowieka
stanowi podstawowy warunek dobrego życia dla wszystkich
ludzkich istot, z wyjątkiem nielicznych pustelników. Przypomniałem
sobie, na przykład, jak tę prawdę wprowadzali w życie mieszkańcy
wysp Aran, kiedy przybył do nich z Connemary ów oryginalny bohater
Playboya zachodniego świata. Wbrew wrażeniu przekazanemu nam
przez Johna M. Synge’a, troszczyli się o to, by każdego wieczoru otaczać przybitego życiem młodego człowieka miłym towarzystwem.
Zabawiali go opowieściami, śpiewem i tańcem, by mieć pewność, że
ani na chwilę nie zostanie sam na sam ze swoją depresją.
Ponieważ moja sytuacja nie była sytuacją ani Teilharda, ani Playboya,
stanąłem przed dwoma zadaniami. Po pierwsze: nauczyć się
czegoś o życiu, które wieść trzeba niemal wyłącznie w wymiarze
wertykalnym; po drugie zaś: odnaleźć drogę powrotną do wymiaru
horyzontalności.
Tłum. Michał Bardel
Więcej na łamach styczniowego numeru "Znaku"
Zamów numer
DONALD NICHOLL,
1923–1997, profesor historii i studiów religijnych
w Santa Cruz, współpracownik Matki Teresy z Kalkuty. W latach
1981–1985 rektor Ekumenicznego Instytutu Studiów Teologicznych
w Tantur pod Jerozolimą. Napisał m.in.: Triumphs of the Spirit
in Russia, The Testings of Hearts. A Pilgrims Journey. W Polsce wydano
Świętość (1998).
POCZĄTEK STRONY |