|

DIAGNOZY
Klarowne nurty w mętniejących
wodach (fragment)
JAROSŁAW FLIS
Samorząd jest niewątpliwie najjaśniejszym punktem
na naszej politycznej scenie. Jednak i tu
instytucjonalne ramy rywalizacji popychają
polityków ku bezproduktywnym lub zgoła szkodliwym
zabiegom. Przyczyniają się też do zniechęcenia
sporej liczby obywateli.
Wybory samorządowe traktowane są jako polityczny test. Politycy
zajmujący się sprawami ogólnopolskimi traktują je jako próbę
sił. Znacznie bardziej wiarygodną niż sondaże, w których respondenci
mogą odpowiadać nieszczerze. Wybory takie są jednak także
testem społeczeństwa obywatelskiego. Testem, na który składają się
trzy pytania. Pierwsze dotyczy poziomu zaangażowania mieszkańców
w sprawy publiczne. Drugie tego, czy zaangażowanie działaczy
motywowane jest szczerą troską o dobro wspólne, czy wyłącznie
chęcią włączenia się w grę o podział postawu czerwonego sukna, jakim
są wspólne zasoby. Wreszcie trzecie – kwestii: czy reguły gry,
jakie tworzą się w demokratycznych instytucjach, nakierowują aktywistów
na dobro wspólne, odwodząc od pokus prywaty i jałowych
rozgrywek, czy też pokusy takie wzmacniają? Czy wzmacniają „obywatelskość”
i przywództwo, czy polityczny klientyzm i kumoterstwo?
Z billboardów rozwieszanych w trakcie samorządowej kampanii
można było przypomnieć sobie, kto jest ministrem, a kto liderem
parlamentarnej opozycji, nie sposób zaś było się dowiedzieć, kto jest
kandydatem na marszałka województwa. Największe partie potraktowały
ogólnopolski wymiar samorządowego głosowanie na tyle
poważnie, że podporządkowały mu właściwie całą uwagę krajowych
sztabów wyborczych. PO i PiS – partie chorobliwie scentralizowane
– nie bardzo chyba potrafiły zaakceptować coś innego. Odwoływanie
się do ogólnopolskich podziałów politycznych, które przesądzają
o decyzjach wielu wyborców także na szczeblu lokalnych, było także
jedyną nadzieją Lewicy i Demokratów. To ugrupowanie w kończących
kadencję samorządach mogło się najczęściej pochwalić aferami
odziedziczonymi po SLD. Faktem jest, że slogan LiD – „Dobry samorząd
– żadnych popisów” – jest jak dotąd najbardziej jednoznacznie
negatywną, nakierowaną na inne partie strategią, zastosowaną
w polskich wyborach. Koncentracja na ogólnopolskich problemach
była także pochodną walki o władzę wewnątrz ugrupowań. Donald
Tusk ratował swoje przywództwo w PO poprzez wymuszenie posłuszeństwa
kolegów partyjnych. Dla Marka Borowskiego celem nie
była prezydentura Warszawy – w to nikt przecież nie wierzył. Chodziło
o dołączenie do grona liderów nowo utworzonego bloku, zdominowanego
dotąd przez parlamentarzystów SLD.
Natomiast z punktu widzenia demokratycznych wartości całkowicie
haniebne było wykorzystywanie w kampanii argumentu mówiącego
o tym, że władzom lokalnym pochodzącym z tego samego
ugrupowania co premier łatwiej będzie pozyskiwać fundusze europejskie.
Jak dotąd takie argumenty wykorzystywane były tylko w 2002
roku przez niektórych kandydatów SLD. Przejęcie tego wzorca przez
część działaczy PiS jest bardzo złym sygnałem dla idei IV RP. Nawet
jeśli popieranie okręgów zdominowanych przez własnych zwolenników
jest tajemnicą poliszynela we wszystkich demokracjach świata, to
jednak porzucenie w tej sprawie hamulców hipokryzji jest niezwykle
niebezpieczne. Hipokryzja to wszak hołd składany przez występek
cnocie. Jednoznaczne zwycięstwo partykularnych występków i odrzucenie bożka cnotliwej troski o dobro całego kraju było wszak jednym
z koronnych zarzutów wobec postkomunistycznych elit.
Więcej na łamach styczniowego numeru "Znaku"
Zamów numer
JAROSŁAW FLIS,
dr, socjolog polityki, adiunkt w Instytucie Dziennikarstwa
i Komunikacji Społecznej UJ. Specjalizuje się w badaniach mechanizmów
władzy oraz funkcjonowania ugrupowań politycznych.
POCZĄTEK STRONY |