|

ZDARZENIA - KSIĄŻKI - LUDZIE
Zbawienie jako utrata (fragment)
ŁUKASZ TISCHNER
Czesław Miłosz,
Wiersze ostatnie,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2006, ss. 92
Ten wspaniały, choć gorzki tom można czytać na wiele sposobów. Po
pierwsze, trudno zwyczajnie się nie wzruszyć – Czesław Miłosz zostawił
nam w darze wiersze, które ułożyły się w ostatni zbiór! Można przyjąć go
także jak testament Poety. Można dostrzec w nim lustro lęków i nadziei
starego człowieka. Można śledzić alteracje znanych Miłoszowskich motywów.
Można wreszcie potraktować Wiersze ostatnie jako zapis zaklęć i recept
„szamana”, bez którego „mamrotań co począłby człowiek?” (Żywotnik).
Przyznam od razu, że ten ostatni tryb lektury zdaje mi się najbardziej
właściwy, choć trudno go odseparować od innych.
Maska, którą tym razem chętnie posługuje się Miłosz, to właśnie
trochę komiczne przebranie szamana (słowo to pada we wspomnianym
Żywotniku i w Historiach ludzkich). Dlaczego szamana? Choćby dlatego,
że jest pośrednikiem między światem żywych i umarłych, przechowuje
mądrość pokoleń i chce powierzać swoje plemię dobrym opiekuńczym
duchom. Pozostaje szamanem także jako poeta, który przyzywa
duchy Pana Adama i księdza Józefa Baki. A jednak raz po raz swój śmieszny
pióropusz zrywa, ujawniając bezradność magicznych praktyk. Nieco podobnie czynił w Traktacie teologicznym, gdy ostatecznie zstępował
z profesorskiej katedry. Ten gest obnażenia, a nawet samoponiżenia ujawnia
podskórny nastrój Wierszy ostatnich. Nastrój bliski rozpaczy – takiej
jednak, która nie chce służyć nicości.
Nietrudno wskazać na jej źródła. To doświadczenie utraty – ponad
wszystko ukochanej Eurydyki, czyli żony Carol, lecz także utrata sił i władzy
nad ciałem, czemu towarzyszy pokusa niewiary religijnej, a zarazem
niewiary we własną dobroć. Tę wielopiętrową utratę opiewa mistrzowski
poemat Orfeusz i Eurydyka. Zobaczmy, jak Miłosz posłużył się odwiecznym
mitem.
Mocniejsza niźli śmierć
Moment zstępowania do otchłani rozgrywa się w scenerii nowoczesnego
piekielnego miasta – światła samochodów, oszklone drzwi wejściowe,
winda zwożąca 300 pięter w dół, elektroniczne psy zamiast Cerbera...
Ten topos – dobrze zadomowiony w poezji Miłosza (słynne Megalopolis)
– kojarzy się oczywiście z ziemią jałową, co każe się domyślać,
że świat, z którego zstępuje Orfeusz, jest naznaczony brakiem miłości
substancjalnie. Można zaryzykować przypuszczenie, że pogrążony
w żałobie kochanek staje się kimś w rodzaju Parsifala – jego misja ma
odrodzić nie tylko Eurydykę, ale i cały niezdolny do miłości, niepłodny
świat żywych. Ma zatem wymiar ponadosobisty, wręcz zbawczy (warto
pamiętać, że we wczesnym chrześcijaństwie Orfeusz bywał symbolem
Chrystusa), choć tego rodzaju wnioski trzeba formułować ostrożnie.
Orfeusz jest oczywiście poetą lirycznym, ale Miłosz (autor pamiętnego
wersetu z Mistrza: „Co z mego zła powstało, to tylko prawdziwe”)
przydaje temu określeniu dodatkowy sens: „Liryczni poeci/ Mają zwykle,
jak wiedział, zimne serca./ To niemal warunek. Doskonałość sztuki/
Otrzymuje się w zamian za takie kalectwo”. W dziewięciostrunnej lirze
tkwi więc nadzieja na odzyskanie Eurydyki, ale i źródło słabości – Orfeuszowi
łatwiej olśnić swym śpiewem Persefonę niż sprostać próbie miłości.
Z kalectwa serca leczyła go Eurydyka. To ona mówiła: „Jesteś
dobrym człowiekiem”, „Tylko jej miłość ogrzewała go, uczłowieczała./
Kiedy był z nią, inaczej też myślał o sobie./ Nie mógł jej zawieść teraz,
kiedy umarła”. Nie chce jej zawieść, co sugeruje, że to miłość Eurydyki,
a nie lira ma się okazać ostatecznym orężem w walce z bogami podziemia.
Oczarowana śpiewem Orfeusza Persefona wypowiada jednak znamienne
słowa: „Nie wiem, rzekła bogini, czy ją kochałeś,/ Ale przybyłeś aż tu, żeby ją ocalić./ Będzie tobie wrócona”, po czym wyjawia znany
warunek.
Więcej na łamach grudniowego numeru "Znaku"
Zamów numer
ŁUKASZ TISCHNER,
redaktor miesięcznika "Znak".
POCZĄTEK STRONY |