|

TEMATY I REFLEKSJE
Patriotyzm
(fragment)
JERZY SURDYKOWSKI
Kocham swój naród, ale nie uważam go za lepszy.
Po prostu za bliższy. Tak jak moja żona nie musi
być piękniejsza od innych i nie wystawiam jej na
konkursach urody.
Nie ma nic bardziej nadużytego i zepsutego niż to słowo. Patriotyczny
front czegoś tam pod wezwaniem nieodżałowanego Jaruzela
został już szczęśliwie zapomniany, ale coraz to wyskakuje jakiś facet
z gniewnym zawołaniem „my, polscy patrioci!” albo jeszcze inny biedaczyna
odezwie się „w imieniu sił patriotycznych” w nadziei, że
doda znaczenia swemu kanapowemu ugrupowaniu. Potem kolejny
leśny dziadek (bywa, że i trzydziestoletni) wypomni młodzieży „brak
patriotyzmu” i zaleci gorliwość w jego wyrażaniu mową, pismem i postawą
zasadniczą. Czemu – pomimo odgórnych nawoływań – patriotyzm
nie jest dziś w modzie, i to w kraju, którego historia jest tak
bardzo patriotyzmem przesiąknięta i który żołnierskie groby poległych
za „wolność naszą i waszą” ma rozsiane po całym świecie?
Przecież dawno już minęły czasy, kiedy oficjalny patriotyzm miał
dotyczyć PRL-u, państwa niesuwerennego i niedemokratycznego;
pięknie ujął ten straszny dylemat czasów minionych Jan Józef Lipski
w tytule swego eseju Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy. Może wciąż nasz patriotyzm skażony jest dziedzictwem PRL-owskiego zakłamania?
A może w ogóle patriotyzm to przeżytek? Czy rozpłyniemy się
powoli w łagodnym kosmopolityzmie „wspólnej Europy” albo jeszcze
bardziej nieokreślonym i wszechtolerancyjnym „obywatelstwie
świata”?
Dlaczego nie mają takich kłopotów chociażby Amerykanie, choć
są narodem prawie bez historii? Dlaczego tam dłoń na sercu podczas
śpiewania hymnu to oczywistość, a Dzień Niepodległości przypadający
4 lipca jest przeżywanym przez wszystkich narodowym świętem,
podczas gdy u nas niechętna obecność na rocznicowych celebrach
przypomina obchody 1 maja i 22 lipca w minionych czasach?
Tylko w Ameryce możliwe było nazwanie najdoskonalszej rakiety
lat 80. mianem patriot, chociaż głównym jej konstruktorem był Polak
Julian Starostecki, bohater spod Monte Cassino, wspaniały starszy
pan, patriota równie polski, co amerykański.
Tradycyjnie rozumiany patriotyzm jest dzieckiem systemu patriarchalnego.
Dziedziczona w linii męskiej – wraz z ziemią, stadami bydła
i wszelkim innym majątkiem – przynależność do rodu była dobrem,
którego należało strzec. Nie z miłości, lecz z troski o własną
oraz potomnych pozycję, dobrobyt i przyszłość. Tak jak nie z miłości
zawierano wtedy małżeństwa. Przynależność do dobrego rodu,
niekoniecznie nawet szlacheckiego, dawała status i zabezpieczenie
na przyszłość. O prestiż i majątek rodu trzeba więc było dbać, dobrego
imienia przodków i potomków strzec – we własnym interesie.
Ten, co nastawał na ród, ten nastawał na ciebie i twoich synów;
trzeba go więc było przepędzić lub zniszczyć. Ale kobieta w tym twardym,
męskim świecie zajmowała miejsce szczególne, bo tylko ona
mogła być matką: kto ubliżył matce, ubliżył wszystkim jej synom,
a więc rodowi. Z tego samego powodu w wielkich religiach, których
święte księgi spisywano w społeczeństwie patriarchalnym, cudzołóstwo
jest o wiele straszniejszym grzechem niż zwykła seksualna
nieczystość: ono przecież zagraża przejęciem rodowych dóbr przez nieprawego potomka, a więc zawiera tak skalanie matki, jak podstępną
kradzież. Dopiero stopniowo rodowy sztandar poszerzył się na
plemię, kastę, na feudalną przynależność do panującego. Ale nie na
wszystkich ludzi mówiących podobnym językiem czy zamieszkujących
niestałe zazwyczaj terytorium pod berłem jednego władcy. Przecież
nawet w okresie potęgi I Rzeczypospolitej patriotyzm wynikał raczej
z lojalności wobec króla lub przynależności do stanu szlacheckiego.
Polskiego króla szanowali i gotowi byli bronić tak samo niemieckojęzyczni
gdańszczanie, jak katolicka szlachta polska czy prawosławni
bojarzy ze wschodnich kresów. Nie na ślepo zresztą, bo ustawy Rzeczypospolitej
szlacheckiej przewidywały coś, co dużo później Amerykanie
nazwali impeachment: złożenie władcy z urzędu, gdyby łamał
prawo. Lud był jednak z tego patriotyzmu wyłączony, nikt nie żądał
od chłopa lub rzemieślnika, by się określił jako Polak, Litwin czy Niemiec.
Właśnie ta Rzeczypospolita jest jednym z pierwszych miejsc ówczesnego
świata, gdzie zaczynał z wolna kształtować się patriotyzm
nowoczesny obejmujący całość szlacheckiej Res Publiki powierzonej
obywatelskiej pieczy tego stanu, a nie tylko panującego rodu.
Jest oczywiste, że ten nowoczesny patriotyzm obejmujący państwo,
naród i całą społeczność obywatelską jest patriotyzmem republikańskim.
W USA innego nie było; w Europie długo przełamywał
się ze starym patriotyzmem rodowym, przejął wiele jego cech, symboli
i zwyczajów. Ale dopiero wtedy poeta mógł napisać: „święta
miłości kochanej ojczyzny”. Zaraz jednak odpowiada mu powszechnie
znana patriotyczna pieśń: „nie rzucim ziemi skąd nasz ród”.
Dzisiaj nie tylko rodowy patriarchat jest zamierzchłym przeżytkiem,
ale sama republika ma się kiepsko, nie tylko w Polsce. Świat
zmalał, spłaszczył się, zunifikował: wszędzie te same amerykańskie
filmy w kinach, te same okładki kolorowych czasopism, ta sama
muzyka w pubach i te same dżinsy na tyłkach. Zwykle nazywa się to
globalizacją. Mało kogo interesuje genealogia ojców i honor rodu.
Jak bronić honoru ojczyzny niczym rodowej matrony, kiedy wokół
wdzięczy się tyle ponętnych macoch kuszących lżejszym życiem i wyższymi
zarobkami? Jaki patriotyzm jest dziś możliwy? Czuć coś do
ziemi rodzinnej, do pierwszego wyuczonego języka? Tylko dlaczego? Z sentymentu? Z genów? Tam, gdzie chleb, tam mój dom. Jestem
obywatelem świata!
Więcej na łamach listopadowego numeru "Znaku"
Zamów numer
JERZY SURDYKOWSKI,
ur.
1939, pisarz, publicysta, obieżyświat.
W latach 1980–1990 wiceprezes
SDP. W latach 1990–1996
konsul generalny RP w Nowym
Jorku, od 1999 do 2003 roku ambasador
RP w Tajlandii, Birmie
i na Filipinach. W roku 2005 ukazała
się jego powieść SOS, a ostatnio
tom esejów filozoficznych
Wołanie o sens.
POCZĄTEK STRONY |