|

TEMAT MIESIĄCA:
Metafizyka podróży
To samo zobaczyć gdzie indziej.
O podróżach starożytnych Rzymian (fragment)
MICHAŁ BARDEL
Zdaniem Seneki, podróżowanie po świecie
podobne jest do wiercenia się w łóżku
w poszukiwaniu coraz to wygodniejszej pozycji,
a jest to - jak złośliwie zauważa - "objaw właściwy człowiekowi choremu, który niczego długo nie
może wytrzymać i w ciągłych zmianach szuka
lekarstwa i ulgi".
Lekceważymy to, co leży przed naszymi oczyma, lecz często odbywamy
podróże, przepływamy morze, ażeby to samo zobaczyć gdzie indziej. Czy leży
to w naturze ludzkiej, że nieciekawi tego, co znajduje się w pobliżu, szukamy
tego, co odległe, czy też obojętnym staje się nam to wszystko, co jest łatwo
osiągalne, a może po prostu nie spieszymy, by obejrzeć to, co możemy zobaczyć, kiedy tylko przyjdzie ochota. Nieważna przyczyna, faktem jest, że nie
tylko nie widzieliśmy wielu ciekawych rzeczy w Rzymie i okolicy, lecz nawet
słuch o tym do nas nie doszedł. Ale niech by to wszystko było w Grecji, w Egipcie czy w Azji albo w jakimś innym, głośnym z jego osobliwości kraju, to już
byłoby głośno o tym, szukalibyśmy o tym wiadomości, bo musielibyśmy to na
własne oczy zobaczyć.
(Pliniusz St., List VIII, 20)
Ta nieco szydercza, ale - przyznajmy - w gruncie rzeczy niezwykle
trafna i wciąż aktualna ocena turystyki pochodzi z listu Gajusza Pliniusza Sekundusa,
autora monumentalnej Historii naturalnej, który -
co ciekawe - większość swojego życia spędził właśnie w podróżach.
Jednym z pierwszych historycznie potwierdzonych podróżników
europejskich był Grek Piteas z Massalii (IV w.p.Ch.) - jego ośmiomiesięczna wyprawa, podczas której opłynął Brytanię, docierając do Szkocji
i Jutlandii, a wedle niektórych nawet do wybrzeży Islandii, do dziś
owiana jest mgłą tajemnicy. Nie znamy jej prawdziwego celu, nie znamy inspiratorów, a co ważniejsze - nie wiemy, kto za nią zapłacił.
Ponieważ raport Piteasa natychmiast po sporządzeniu trafił pod klucz
państwowy, a korzyści ekonomiczne, jakie jego wyprawa miała przynieść, nie były pokaźne, możemy podejrzewać, że jej celem były badania naukowe, a głównym sponsorem sam Aleksander Wielki. Przed
erą Aleksandra, w okresie helleńskim, nie słyszymy o zbyt wielu wyprawach, których cel nie byłby ściśle handlowy lub militarny. Z wyjątkiem igrzysk olimpijskich, zmuszających nawet najbardziej zasiedziałych domatorów do chwilowego opuszczenia swojej polis, Grecy
przedhellenistyczni nie mieli żadnych powodów, by wystawiać nos
poza granice swojego miasta. Polis była dla nich wszechświatem - znajdowali w niej wszystko, co było im potrzebne do życia, przede wszystkim zaś bezpieczeństwo, którego nie dało się zapewnić starożytnym
podróżnikom. Zresztą sama Grecja, z uwagi na swój górzysty krajobraz i słaby system dróg, nie zachęcała do dłuższych wypraw lądowych. Grecy chętniej korzystali z dróg morskich, a bywali i tacy (choć
dopiero w II wieku, a więc w czasach "rzymskich"), którym marzyły
się podróże... samolotem. Pisał oto Lukian z Samosaty:
Ja rad bym tylko z Hermesem się spotkać i żeby on ofiarował mi kilka pierścieni, w specjalne wyposażających dary. A więc: jeden w zdrowie i siłę fizyczną,
odporność na rany i cierpienia; także, bym wysoko ponad ziemię wzbijać się
mógł w powietrze - i na to pragnąłbym mieć jakiś pierścień. Gdyby w kraju
Indów albo Hiperborejów coś osobliwego było do zobaczenia, albo przedmiot
jakiś kosztowny, jakaś specjalna potrawa albo napój, nie potrzebowałbym posyłać po te osobliwości, sam bym przelatywał i wszystkiego, ile pragnął, używał!
(...) Nadto, ponieważ ogień nic by mi zrobić nie mógł, mógłbym zbadać snadnie naturę gwiazd, księżyca i samego słońca, a co najmilsze - w jednym i tym
samym dniu mógłbym donieść do Babilonu, kto zwyciężył w zawodach olimpijskich, spożyć śniadanie w Syrii, i w razie potrzeby obiad zjeść w Italii.
(Lukian, Okręt albo życzenia, 42 nn)
Nie tylko więc podróże lotnicze marzyły się Lukianowi, ale i wyprawy kosmiczne. Możemy się jedynie domyślać, jakie politowanie
budzić musiały futurystyczne mrzonki Lukiana u współczesnych mu
czytelników i jak czułby się szczęśliwy, żyjąc w naszych czasach.
Więcej na łamach lipcowo-sierpniowego numeru "Znaku"
MICHAŁ BARDEL,
ur. 1976, dr filozofii, wykładowca w Wyższej Szkole
Europejskiej w Krakowie i Collegium Civitas w Warszawie, p. o. redaktora naczelnego "Znaku".
POCZĄTEK STRONY |