|

TEMAT MIESIĄCA:
Posługa myślenia. 60-lecie miesięcznika "Znak"
"W tym znaku zwyciężysz".
Krótka historia miesięcznika "Znak" (fragment)
JANUSZ PONIEWIERSKI
Dekada pierwsza (do roku 1956): Spotkanie z Goliatem
Miesięcznik "Znak" powstał z inicjatywy "niedużej, nieformalnej grupy osób związanych z Tygodnikiem Powszechnym" -
wspominał Stanisław Stomma. Oprócz niego w skład tej grupy wchodzili: Hanna Malewska, Stefania Skwarczyńska, Jerzy
Turowicz, Stefan Swieżawski, Józef Feldman oraz najmłodszy z nich Jerzy Hubert Radkowski. Rzecz ciekawa, profesor
Feldman, wybitny historyk, nie znalazł się w końcu w zespole nowego pisma (nigdy też nie opublikował tu żadnego
artykułu!). Stomma zapamiętał dyskusję, w trakcie której doszło do istotnej kontrowersji programowej: państwo
Feldmanowie (w pracy nad założeniem "Znaku" brała bowiem udział także pani profesorowa) "chcieli mieć miesięcznik
społeczno-literacki, my upieraliśmy się przy treści filozoficzno-religijnej. Ostatecznie Feldmanowie wycofali się,
nieco urażeni. Bardzo z tego powodu rozgniewał się na nas ks. Konstanty Michalski. Merytorycznie zgadzał się z nami,
ale uważał, że wykazaliśmy nietolerancję, "klikowość", i bardzo na nas gderał". Z kolei, zdaniem Stefana
Swieżawskiego, rzeczywiście był między nimi spór, ale jego przedmiot wyglądał nieco inaczej: chodziło o to, czy
"Znak" będzie pismem "profesorskim", w którym "publikowaliby swoje artykuły jedynie luminarze naszego życia
umysłowego", czy też powinien on być otwarty dla wszystkich, zwłaszcza dla młodych. Większość opowiedziała się
wówczas za poszukiwaniem prawdy bez względu na wiek i wykształcenie autorów. Swieżawski wspominał, że w trakcie
jednego z zebrań "wypowiedział tę myśl w sposób dość radykalny, narażając się nawet obecnemu na tym spotkaniu księdzu
rektorowi Michalskiemu, który uczestniczył w nim wraz z prof. Feldmanem...".
Pierwszy numer "Znaku" ukazał w czerwcu 1946 roku. Jego wydawcą była powołana specjalnie w tym celu Spółdzielnia
Wydawnicza "Znak", a zatem - inaczej niż w przypadku "Tygodnika Powszechnego" - miesięcznik zachowywał formalną
niezależność od Kościoła, choć jego narodzinom towarzyszyło błogosławieństwo księcia metropolity Adama Sapiehy.
Redaktorem naczelnym (a także redaktorem technicznym i w ogóle jedynym płatnym pracownikiem pisma) został Radkowski,
który nie miał, jak się zdaje, żadnego innego źródła utrzymania - i w związku z tym mógł się tej pracy całkowicie
poświęcić. Niemniej był jeszcze jeden powód takiej decyzji personalnej: według Jacka Woźniakowskiego to właśnie
"Jerzyk" Radkowski namówił ekipę "Tygodnika" do założenia poważnego i elitarnego miesięcznika, a potem załatwił
zgodę wysokiego działacza partyjnego Stefana Żółkiewskiego na jego wydawanie (tyle razy do niego jeździł - opowiada
Woźniakowski - "wiercił mu dziurę w brzuchu", zasypywał argumentami, że w końcu Żółkiewski dał się przekonać).
Poza grupą inicjatywną w zespole pisma znaleźli się także: prawnik Leon Halban i Jerzy Zawieyski (w numerze 25.
ze stopki zniknie prof. Halban, a na jego miejsce pojawi się Antoni Gołubiew i - trochę później - Maria Morstin-Górska).
Redakcja mieściła się (tymczasowo, jak zaznaczano) przy ul. Piłsudskiego 6, w lewej oficynie, na III piętrze, żeby
już wkrótce przenieść się na ul. Sobieskiego 3 m. 8 (III piętro).
W artykule wstępnym deklarowano: "Podejmujemy wydawanie "Znaku" z wolą czynnego współuczestnictwa w tworzeniu nowej
rzeczywistości z jasno nakreśloną linią programową. Z podłoża najautentyczniejszego i najpełniejszego katolicyzmu
chcemy wywieść człowieka zdolnego dzisiejszej rzeczywistości podołać, napór jej wytrzymać i zwycięsko
poddać ją sobie". I dalej: "Do ważnych zadań naszego pisma zaliczamy pogłębienie życia religijnego w szerokich
warstwach polskiej inteligencji. (...) Droga ku lepszej Polsce i lepszemu światu wiedzie (...) przede wszystkim przez
przebudowę dusz ludzkich i przepojenie ich światłem wiary Chrystusowej".
Wiele tekstów zamieszczonych w tym numerze "Znaku" ma charakter programowy. Takie właśnie są artykuły: Stefanii
Skwarczyńskiej (Człowiek zagubiony w świecie), Jerzego Turowicza (W stronę uspołecznienia) czy ks.
Konstantego Michalskiego (Dokąd idziemy). Redaktorzy wyraźnie czuli powagę chwili, jej dramatyczność (w owym
dramacie - pisał Turowicz - "k a ż d a osoba ludzka ma swoją r o l ę, i do odegrania tej roli została p o w o ł a n a").
I odpowiedzialność wobec historii (bo to, kim jest człowiek, "kształtuje historię").
Wyjaśnienie tytułu nowego pisma przynosiła czwarta strona okładki - umieszczono na niej monogram Chrystusa i napis:
"In hoc signo vinces" ("W tym z n a k u zwyciężysz").
Jerzy Radkowski niedługo pełnił funkcję naczelnego. Zakochany w Angele Fumet, córce francuskiego intelektualisty
Stanislasa Fumeta, wyjechał za nią do Francji i tam już pozostał. Po nim - już od trzeciego numeru - redakcję
"Znaku" objęli wspólnie: Hanna Malewska i Stanisław Stomma, który jednocześnie pracował jako adiunkt
(był doktorem habilitowanym) przy katedrze Prawa Karnego UJ. Do czasu. Komunistyczni rządcy uniwersytetu nie
wyobrażali sobie bowiem, żeby redaktor katolickiego pisma mógł być jednocześnie nauczycielem akademickim. Postawili
Stommie ultimatum - a kiedy ten próbował mimo wszystko godzić ogień z wodą, został z uniwersytetu zwolniony (1949).
Praca w miesięczniku była "radosna, ale znojna, bo "Znak" nie miał pieniędzy" - opowiadał później Stanisław Stomma.
- "Pismo nie było samowystarczalne, dotacje z Kurii nieregularne i skromne (...), pensje redaktorów arcyskromne i,
co gorsza, nie mogły być regularnie pobierane". W tej sytuacji przyszły poseł i kawaler Orderu Orła Białego
musiał jeździć po Polsce i kwestować na pokrycie kosztów każdego numeru. Sytuacja finansowa odbijała się na
miesięczniku, który stawał się z tego powodu coraz bardziej nieregularny (numer trzeci na przykład nosił datę:
wrzesień - grudzień 1946). Po latach redaktorzy przyznawali, że popełnili błąd, nie wiążąc się ściśle z
"Tygodnikiem", wydawanym wówczas przez krakowską Kurię. Owszem, Kuria pomagała i im, ale to nie pokrywało nigdy
całego deficytu. Raz dostali pieniądze tylko dlatego, że sekretarka "Znaku" (to mogła być Maria Michałowska)
rozpłakała się w trakcie rozmowy z księdzem kanclerzem. Stomma wspominał to jako "epizod zabawny, acz smutny".
Bywały jednak - dodawał - momenty bardziej dramatyczne: "Kiedyś urząd finansowy unieważnił nam księgi i
zastosował taki domiar podatkowy, że zapłacenie go było zupełnie niemożliwe. Spłacaliśmy po trosze, ratami, z
tych zaległości nigdy się nie wykopaliśmy, aż do zamknięcia "Znaku" w roku 1953".
Pod kierunkiem Malewskiej i Stommy wyraźnie zarysowała się linia programowa pisma. Żartobliwie mówiono o niej,
że wyznaczają ją trzy terminy: tomizm, atomizm i stommizm.
Tomizm to było "meblowanie głów". Dbał o to głównie profesor Swieżawski (który już w drugim numerze zamieścił
artykuł: Dlaczego tomizm?), a w pewnym stopniu również Turowicz, zafascynowany myślą Maritaina. W ramach
tego nurtu ukazał się w "Znaku" głośny artykuł o. Innocentego Bocheńskiego ABC tomizmu, traktowany przez
czytelników jako odtrutka na wszechobecny wówczas materializm dialektyczny. A ponieważ nakład miesięcznika
był ograniczony, a zainteresowanie tym tekstem ogromne - redakcja zdecydowała się na powtórną (!) jego publikację.
"Atomizm" stanowił domenę Hanny Malewskiej. Zdaniem Stommy, Malewska - z wykształcenia historyk -
dobrze rozumiała dziejowe znaczenie zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki. Uważała je za
"groźny, okrutny sygnał początku nowej epoki". Może chciała w ten sposób naprawić błąd "Tygodnika",
który... wybuchu tej bomby niemalże nie zauważył? Czterdzieści lat później Jerzy Turowicz wspominał, iż
redakcji "TP" "wydawało się wówczas, że jest to (...) tylko jedno z wydarzeń toczącej się wojny.
Jakoś nie widzieliśmy specjalnego powodu, żeby ten fakt komentować".
Hanna Malewska taki powód widziała. I to chyba dzięki niej "Znak" (o ile, oczywiście, pozwalała mu na to cenzura)
starał się reagować na bieżące wydarzenia. Na przykład na antysemicki pogrom w Kielcach - i jego przyczyny
("W społeczeństwie polskim, w jego masie... tkwi niebezpieczna psychoza... Psychoza ta wyraża się sporadycznie w
czynach, ale częściej w aprobacie tych czynów, a jeszcze częściej w milczącej zgodzie na nie (...) trzeba, by każdy
inteligent przepracował zagadnienie żydowskie na nowo w sobie, w swoim sumieniu katolickim i polskim").
Ową aktualność miesięcznik zachowywał dzięki redagowanej osobiście przez Malewską rubryce "Zdarzenia - Książki -
Ludzie". Stefan Wilkanowicz, który był wtedy studentem KUL-u i czytał "Znak" od deski do deski, mówi, że po
przejrzeniu "Zdarzeń" z kilku kolejnych numerów "miało się jakiś obraz tego, co się dzieje na świecie w
kulturze, i to w kulturze szeroko rozumianej".
Z kolei "stommizm" oznaczał próbę pokazania katolikom miejsca, jakie powinni zająć w nowej polskiej rzeczywistości.
Nazwa odwoływała się do artykułu Stommy Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików (nr 3, 1946).
Autor, przewidując, że życie polityczne i gospodarcze zostanie już niedługo całkowicie zdominowane przez komunistów,
postulował wycofanie się katolików w dziedzinę kultury i życia religijnego. Kościół - pisał - to "stary dąb, z
którego wiekowych konarów tryskają młode pędy"; prawdziwe dlań niebezpieczeństwo polega na "usychaniu gałęzi
z powodu braku krążenia żywego nurtu w duszach" (a nie na nieobecności Kościoła w życiu społecznym!). I dalej:
"Nie wiemy, czy, kiedy i jak rozegra się w Polsce konflikt obozu katolickiego z obozem wojującego socjalizmu. Być
może rezultatem konfliktu będzie dalsza utrata pozycji społecznych przez katolicyzm u nas posiadanych. Istotną
jest pewność, że ze starego dębu tryskać będą nowe pędy. Katolicyzm polski znajdzie nowe tereny i nowe formy dla
wielkiej ekspansji duchowej".
To był tekst kontrowersyjny. I wywołał gorącą dyskusję. Stanisława Stommę oskarżono o defetyzm i kapitulanctwo, oddawanie
komunistom pola (czytaj: dziedziny życia społecznego) bez walki. Głównym adwersarzem był publicysta o poglądach
zdecydowanie chadeckich Jerzy Braun ("Tygodnik Warszawski"). Z inicjatywy ks. Jana Piwowarczyka doszło nawet do
publicznej debaty na ten temat. Świadkowie tamtego spotkania zapamiętali, że Stomma i Braun byli nastrojeni niezwykle
ugodowo, a na zakończenie "podali sobie ręce i ucałowali się". No cóż, jako ludzie obdarzeni temperamentem
politycznym, obaj musieli zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę są sojusznikami w starciu z prawdziwym przeciwnikiem.
Przy okazji warto pamiętać, że już w roku 1948 władze zlikwidowały "maksymalistyczny" "Tygodnik Warszawski" i
aresztowały jego redaktorów, w tym Jerzego Brauna. "Minimalistyczny" "Tygodnik Powszechny" i "Znak" miały nieco
więcej szczęścia...
Oba pisma, borykając się z coraz bardziej dotkliwą cenzurą, przetrwały do wiosny 1953 roku. Jak wiadomo, po śmierci
Stalina "Tygodnik" odmówił publikacji peanu na jego cześć. W ten sposób wydał na siebie wyrok: został zamknięty i
przekazany Stowarzyszeniu PAX, zrzeszającemu katolików bardziej uległych wobec komunistycznej władzy. Zlikwidowano
wówczas również bratni miesięcznik.
Dla redaktorów nadeszły czasy bardzo trudne. Na początku bardzo realna wydawała im się groźba uwięzienia.
"Ustały skromne źródła dochodu i trzeba się było jakoś urządzić" - wspominał Stanisław Stomma. Łapano więc
każdą okazję zarobienia pieniędzy. I tak: Malewska zaczepiła się jako archiwistka w Bibliotece Kórnickiej, Stomma
opracowywał fiszki w Instytucie Łaciny Średniowiecznej, Gołubiew robił zabawki na choinkę, Turowicz dorabiał
tłumaczeniami i - jak w swoim dzienniku zapisał Leopold Tyrmand - "szlifował bruki".
Trzeba przyznać, że pomagali im wówczas ludzie Kościoła. Na przykład proboszcz parafii Mariackiej ksiądz
Ferdynand Machay: "Wziął kilku redaktorów ["Tygodnika"], którzy mieli małe dzieci, na pensje i wypłacał je
regularnie co miesiąc" - wspominał ks. Andrzej Bardecki. Wśród darczyńców był również młody współpracownik
"Tygodnika" i "Znaku", ks. Karol Wojtyła.
W wolnych chwilach kwitło życie towarzyskie. "Niemal co wieczór - pisze Jacek Żakowski w książce o "Tygodniku"
(Pół wieku pod włos) - Gołubiewowie spotykali się z mieszkającymi opodal Stommami, żeby do późnej nocy grać
z nimi w nogę, przypominającą kierki karcianą grę, której nauczył ich Kisiel".
Miejscem szczególnie ważnym był dla nich salon pani Zofii Starowieyskiej-Morstinowej, gdzie bez końca toczyły się
ważne rozmowy, czytano teksty wyjęte z szuflad itp. Ktoś wymyślił dla tych debat nazwę: KA-KA-DU (czyli Katolicki
Klub Dyskusyjny), a Kisiel ułożył nawet kuplet:
KA-KA-DU papuga
bardzo mądry ptak
lewym okiem mruga
przyśpiewując tak:
KA-KA-DU papuga...
itd.
Tak mijały im kolejne miesiące i lata. Aż przyszedł rok 1956.
Więcej na łamach czerwcowego "Znaku"
JANUSZ PONIEWIERSKI,
ur. 1958, członek redakcji "Znaku", autor książek Pontyfikat. 1978-2005 (III wyd. 2005) i
Kwiatki Jana Pawła II (2002).
POCZĄTEK STRONY |