|
DIAGNOZY
Biografia jako podręcznik życia
Danuta Sosnowska
Amerykańscy krytycy nie wstydzą się czytać
"prawdy życia" w "nieintelektualny", pozytywistyczny sposób: wskazując, że dzięki takiej wiedzy można się "odgiąć",
przekonać, że istnieją
wartości, ludzie gotowi im służyć, a heroizm
istnienia nie jest bajką dla naiwnych; nawet zło
prywatnego życia warto zrozumieć, zwłaszcza jeśli
pozwala pojąć zło otaczającego nas świata.
Przez wiele tygodni na amerykańskich listach bestsellerów
królowały zwierzenia Jamesa Freya A Million Little Pieces. Na "milion
małych kawałków" osobowość autora rozpadła się w młodości, na
skutek alkoholizmu i narkomanii, ale cała historia ma wymiar pozytywny - mówiła o wydobyciu się z upadku.
Czytelnicy kupili ponad
3,5 miliona egzemplarzy książki promowanej w ramach "Oprah's
Book Club" (Klub książki Oprah Winfrey). Inna publikacja Freya - o przyjacielu wspierającym go w wydobywaniu się z
nałogu - też trafiła na listy. Skandal wybuchł, gdy Oprah Winfrey oskarżyła Freya
o koloryzowanie, a nawet wymyślenie sporej części autobiografii.
Przyznanie się autora w niewielkim stopniu książce zaszkodziło: spadła z pierwszego miejsca, ale utrzymała wysoką
pozycję w grupie bestsellerów.
Sprowokowało to pytania o odpowiedzialność wydawnictw za
autentyzm historii lansowanych jako prawdziwe oraz o to, czemu
czytelnicy chcą czytać książki, których fałsz został udowodniony?
Wniosek łatwo przewidzieć: ludzie pragną historii o przezwyciężeniu cierpienia. Istnieje potrzeba przekształcania
bólu w nadzieję, że
to, co niemożliwe do wytrzymania, stanie się jakoś znośne. Głód
opowieści o duchowym odrodzeniu otwiera pole mistyfikatorom,
zwłaszcza że - jak komentował sukces Freya jeden z psychoterapeutów - opowieść o powrocie syna marnotrawnego należy
do najgłębiej odczuwanych mitów kultury.
Przygoda z książką Freya może się wydać "na miarę"
Amerykanów: chcą, by wszystko było fine i great, to mają. Jednak za banalnym oszustwem kryje się interesujący
problem miejsca pozytywnych
biografii i autobiografii w czytelnictwie współczesnych Amerykanów,
czy - stawiając kwestię szerzej - miejsca "prawdziwego życia" i "faktów" w kulturze amerykańskiej. Nie bawiąc się
w teoretyczne rozróżnienia biografii i autobiografii, a także uwzględniając inne teksty oparte
na "prawdzie życia" - wspomnienia, listy, dzienniki - od lat można
zauważyć, że boom biografistyki jest zjawiskiem globalnym. Jej popularność w Stanach Zjednoczonych nie stanowi
wyjątku, bo gatunek
święci triumfy na całym świecie, błyskawicznie rozwijając liczne "podgatunki". Pod koniec wieku XX nastąpił wysyp
biografii reprezentantów tych grup społecznych, których głos był wcześniej w kulturze nieobecny: zarówno jako
biografów, jak i obiektów biografii, teraz zaś
ich obraz świata weryfikuje ustaloną wizję kultury i historii.
Pogoń za "prawdą postaci" i "prawdą faktów", zwłaszcza
tych
wcześniej zagłuszonych i zapoznanych, spowodowała nagły come
back powieści historycznej. Wpływowy magazyn "New York", ogłaszając listę "Elity Kultury" za rok 2005, przyznał w
kategorii "najlepsza fikcja literacka" pierwsze miejsce powieści E. L. Doktorowa
The March z charakterystycznym komentarzem: mijający rok miał
być rokiem historical fiction. Powieść Doktorowa to rewizja obrazu
słynnego marszu ku morzu generała Shermana uznawanego za największego dowódcę wojny secesyjnej. 15 listopada 1864
roku Sherman spalił Atlantę, a następnego dnia na czele 60 tysięcy ludzi ruszył
w drogę, pozostawiając za sobą ruiny i spaloną ziemię. Doktorow dokonuje rewizji wydarzeń setki razy opisywanych
w amerykańskiej
kulturze, starając się wykreować alternatywną wersję mitu Republiki. Krytycy zastanawiali się, skąd to nagłe
wycofanie się pisarzy ku przeszłości, choć czas
obecny jest tak bogaty w wydarzenia. Na pięć
książek zgłoszonych do prestiżowej nagrody
The National Book Award w kategorii fikcja
literacka cztery utwory były powieściami historycznymi. Komentatorzy nie pożałowali
złośliwości: pisarze wolą przebywać w "muzeum kultury", mierząc i ważąc fakty na nowo, przesuwając ich sensy i
znaczenia niż choćby spróbować własnej interpretacji teraźniejszości. Przeszłość nie jest jednak niewyczerpywalna.
Co będzie, pytali sceptycy, gdy powstaną już powieści o wszelkich, pierwszoi drugorzędnych postaciach historii? Powieść historyczna będzie
musiała zbliżyć się do dopiero co przeżytej przeszłości, ukazując ją
prawdopodobnie w coraz węższej, coraz bardziej subiektywnej perspektywie. Na pewno, dodawali, powstanie dosyć
wspomnień i pamiętników, by służyć za źródła.
Zapotrzebowanie na "prawdę życia" uplasowało na wielu
listach
bestsellerów zapiski popularnej amerykańskiej pisarki Joan Didion
The Year of Magical Thinking. Jeśli książki Freya były "złym szelągiem" autentycznej literatury, to opowieść
Didion trzeba uznać za
jej "dobry pieniądz". Zdumiewa, że tekst niełatwy w przekazie znalazł aż tylu czytelników i od prawie pięciu miesięcy
utrzymuje wysoką pozycję na liście bestsellerów. Autorce (urodzonej w roku 1934),
dobrze znanej na rynku amerykańskim (jej pierwsza powieść ukazała
się w roku 1963), przyszło zderzyć się z okrutnym doświadczeniem.
W tym samym roku, tuż przed czterdziestą rocznicą ślubu, umarł na
atak serca jej mąż, a jedyne dziecko zapadło na nieuleczalną chorobę. Przez wiele miesięcy pisarka patrzyła, jak coś, co pierwotnie przypominało dziwną infekcję, zatacza wokół jej trzydziestosiedmioletniej córki śmiertelny krąg: zapalenie płuc, udar, koma. Trzykrotnie
powiadamiała chorą, po jej wybudzeniach ze śpiączki, że ojciec nie
żyje. Kiedy stanu komy nie dawało się pokonać, widziała wokół jej
ciała gęstniejącą sieć medycznej maszynerii. I rozpaczliwie walczyła: o uzdrowienie i wiarę, że jest możliwe.
The Year of Magical Thinking
to opowieść o doświadczeniu śmierci najbliższego człowieka i jednoczesnym przeżywaniu nieuchronnego odchodzenia drugiej bliskiej
osoby. Quintana, córka Didion, umarła 12 miesięcy po śmierci jej
ojca.
Historia Didion nie jest opowiedziana ani sentymentalnie, ani
patetycznie. Przede wszystkim jest opowieścią dziwnie "poszarpaną":
składają się na nią strzępki wierszy, fragmenty wspomnień, nocne
koszmary, medyczna terminologia, suche dane komputerowych wyników i zapiski chwil załamania, refleksje nad tekstami czerpanymi
z całego spektrum kultury: Shakespeare, Dylan Thomas, Zygmunt
Freud, Gerard Manley Hopkins, Clive S. Lewis, Matthew Arnold,
William Styron, Eurypides i wielu, wielu innych - wszystko w desperackiej obronie przed coraz bardziej osaczającym ją mrokiem. Nie
ma tu żadnych rozwiązań "pozytywnych". Na jakimś etapie doświadczenia magiczne myślenie użyte zostaje w celu, który z punktu widzenia zdrowego rozsądku jest szaleństwem - ma posłużyć zaprzeczeniu realności śmierci, wierze, że zmarły powróci.
"Pozytywne" w tej opowieści jest tylko to, że w ogóle
mogła zostać wyartykułowana, bo to oznacza przeżycie śmiertelnego cierpienia i powiedzenie: wytrzymałem. Zdumiewa
więc, że ten tekst znalazł tak wielu czytelników, choć (i może to wyjaśniałoby sprawę)
kultura, w jakiej wyrośli, głęboko zaprzeczyła i śmierci, i cierpieniu.
Znamienne, że sukces Didion spowodował natychmiast rozważania o niedostatku rozumienia śmierci przez Amerykanów i
o zaniku kultury żałoby oraz zwrócił uwagę na książki, które miałyby tę lukę
wypełnić. Można uznać to za próbę dyskontowania sukcesu: bestseller prowokuje naśladownictwa. Można też widzieć w tym sygnał
zmiany kulturowej, wywołanej między innymi atakiem z 11 września. Autor obszernego omówienia nowej publikacji Sandry M. Gilbert Death's Door. Modern Dying and the Ways We Grieve zwraca
uwagę, że Amerykanie zmienili ikonę śmierci: przestała być tajemniczym Pielgrzymem, który krążąc po ziemi, przydziela każdemu ostateczny los. Śmierć nabrała cech humorystycznych wyobrażana jako
szkielet w przebraniu gracza w golfa, ogrodnika, rowerzysty czy entuzjasty innego hobby, który obiecuje nam "Fun Funeral".
Gwałtowne otrzeźwienie, uświadomienie sobie, że wesołego pogrzebu nie
będzie, miało smak tego kurzu, co przez wiele dni opadając na ruinach World Trade Center, przypominał, że "z prochu powstałeś
i w proch się obrócisz".
Amerykanie piszą i czytają opowieści biograficzne i
autobiograficzne o wszystkim i o wszystkich. Nie ma tematów i doświadczeń, osób, grup zawodowych czy społecznych,
które nie mogłyby zostać ukazane w biograficznym lub autobiograficznym ujęciu. Nawet
amerykańska konstytucja może mieć swoją biografię. Zawód biografisty jest tu osobną, wysoko punktowaną
profesją, a teksty mówiące o "prawdzie życia" zajmują eksponowany dział w każdej szanującej się księgarni. Powstanie jednej biografii
nie zamyka drogi kolejnym interpretacjom: ciągle na nowo pyta się o historię Lincolna, Waszyngtona
(na listy bestsellerów trafiła nowo
wydana biografia tego pierwszego Team of Rivals oraz kolejne zmierzenie się z mitem Waszyngtona zatytułowane 1776).
Wciąż na nowo
pyta się też o inne, mniej eksponowane postaci publiczne: w krótkich odstępach czasu ukazały się cztery sążniste
biografie J. Roberta
Oppenheimera. A to tylko dodatek do wcześniejszych prób zrozumienia postawy uczonego, który przyczynił się do
powstania bomby
atomowej, potem oponował przeciwko wyścigowi zbrojeń i jako
osoba politycznie podejrzana padł ofiarą antykomunistycznej histerii w Ameryce lat 50. W niemal każdym numerze
poważnych przeglądów nowości wydawniczych znajdują się omówienia dwóch albo
i trzech pozycji mających biograficzny lub autobiograficzny charakter. Co znamienne, są to sążniste artykuły,
pisane często w sposób,
który u nas zyskałby łatkę moralizatorstwa czy dydaktyzmu.
Amerykańscy krytycy nie wstydzą się czytać "prawdy życia"
w "nieintelektualny", pozytywistyczny sposób: wskazując, że dzięki
takiej wiedzy można się "odgiąć", przekonać, że istnieją wartości,
ludzie gotowi im służyć, a heroizm istnienia nie jest bajką dla naiwnych; nawet zło prywatnego życia warto zrozumieć, zwłaszcza jeśli
pozwala pojąć zło otaczającego nas świata. Nie znaczy to, że nie ma
czytelnictwa polegającego na pogoni za pikantnymi i obscenicznymi
szczegółami cudzego życia: zawsze znajdzie się i błoto, i świnie gotowe w nim ryć. Tak ukazywana "prawda życia"
ma swoje solidne
miejsce na rynku. Opublikowana w zeszłym roku książka na temat
sztuki biografii nosi pytający tytuł A Higher Form of Cannibalism?
Autor sugeruje, że biografistyka stała się właśnie wyższą formą kanibalizmu, i wyraża wątpliwość, czy istnieją
jeszcze etyczne granice,
które twórcy goniący za rynkowym sukcesem chcą respektować. Jednak nie takie książki przyciągają uwagę krytyków. Ci,
omawiając
wartościowe pozycje wydawnicze również wtedy, gdy nie zyskały
one zbyt wielkiego rozgłosu, starają się o promowanie określonych
historii życia. Bez spektakularnego rezultatu popularyzowano biografię Jane Adams Citizens, mówiącą o jej dorastaniu
do roli wybitnej działaczki społecznej. Biografia, co ciekawe, kończy się na roku
1899, a zatem zanim w życiu Adams nastąpiło to, co uczyniło ją
sławną (między innymi przyznanie w roku 1931 Nagrody Nobla).
Fakt, że to właściwie nie tyle biografia, ile opowieść typu Bildung -
o formowaniu się charakteru niezwykłego człowieka - przyciągnął
uwagę profesjonalnych czytelników. Zarówno lektury Adams, jak
i jej inspiracje filozoficzne "nam mogą wydać się naiwne" - pisał
jeden z krytyków - jednakże "w dzisiejszym cynicznym klimacie politycznym jej idealizm jest odświeżający".
No właśnie - spora część omawianych tekstów o "prawdzie życia"
sprawia wrażenie poszukiwania "odświeżającego idealizmu", z poczuciem, że został zagubiony, a zguba świadczy o
chorobie życia społecznego. Chorobie odczuwanej tym mocniej, im głośniej prezydent
Bush mówi o misji i moralnej sanacji. Jedna z recenzji zbioru esejów o sytuacji Ameryki w dobie terroryzmu
rozszyfrowywała skrót USA
jako "United States of Anxiety". Anxiety - niepokój - wywołuje nie
tylko sytuacja zewnętrzna, ale - nawet w większym stopniu - wewnętrzna: polityczna, kulturowa i społeczna. W wielu
wydawanych
obecnie biografiach widać sentyment dla utraconego czasu i wartości. Taki między innymi charakter ma biograficzna
opowieść Milton
S. Hershey's Extraordinary Life of Wealth, Empire, and Utopian Dreams: o milionerze-fantaście, który wokół swej
fabryki czekolady zbudował miasto dla robotników i przeznaczył gigantyczne sumy na
utrzymanie szkoły dla sierot. Nie był postacią jednoznaczną ani
"anielską", a jednak jego życie skłania do pytania, czemu dzisiejsi milionerzy (o wiele liczniejsi niż kiedyś) nie
tracą czasu ani funduszy
na utopijne marzenia.
Już nie utopię, lecz głęboką zmianę rzeczywistości społecznej przyniosła walka, jaką przez większą część życia prowadził John Hope
Franklin. Jego autobiografia The Mirror to America została przez czytelników bardzo dobrze przyjęta. Niby jest to typowo amerykańska
historia o sukcesie odniesionym dzięki wybitnym zdolnościom, sile
charakteru, godności osobistej. Oto chłopak urodzony w 1915 roku
w biedzie, dorastający w murzyńskim getcie, zostaje absolwentem
Harvardu, walnie przyczynia się do zniesienia segregacji rasowej
w Ameryce, jako autor cenionych prac historycznych przywraca pamięć o udziale Murzynów w dziejach Stanów Zjednoczonych i gdy
w 2005 wydaje autobiografię, jest ona na tyle ważnym wydarzeniem,
że w promocji książki bierze udział prezydent Bill Clinton. Jednakże
optymizm wynikły z takiej interpretacji faktów byłby iluzoryczny.
Książka pokazuje ogrom zmian od czasów segregacji rasowej, samo jej
istnienie świadczy, że pojedynczy człowiek może zmieniać historię,
ale zarazem autor przestrzega, iż faktyczna integracja społeczeństwa
amerykańskiego jest płytka i powierzchowna. Testem rozwiniętego społeczeństwa - pisze Franklin - jest nie to, ilu wyprodukuje milionerów,
lecz ilu stworzy obywateli podporządkowanych prawu, ciężko pracujących, szanowanych i umiejących szanować samych siebie, lojalnych
wobec wspólnych wartości.
W niepokoju, że taki test wypadłby dziś negatywnie, wydaje się
kryć sekret zgodności wielu głosów: i autorów publikacji o "prawdzie życia", i ich recenzentów. Poszukiwanie podobnych w wymowie pouczających historii życia wynika z obaw o ideę obywatelską
i związane z nią wartości, jakim ludzie, bez manifestacji, gotowi byli
służyć. To "bez manifestacji" jest ważne: ono przyczyniło się do
wyniesienia na listy bestsellerów książki byłego prezydenta Jimmy'ego
Cartera Our Endangered Values mówiącej o niebezpieczeństwie zamazywania granicy między polityką a religijnym fundamentalizmem.
Carter, choć jest człowiekiem wierzącym, jako przywódca państwowy widział głęboki sens w braku ostentacji wiary, rozdziale racji państwowych od religijnych. Jego sukces to jeden z sygnałów,
że Amerykanie są coraz bardziej zaniepokojeni serwowaną im przez obecnego prezydenta papką patriotyczno-religijnych
sloganów. Zwłaszcza że rozziew między deklaratywną retoryką a realiami amerykańskiego życia sprawia, iż słowa
brzmią pusto.
Uczulenie na nachalnych kaznodziejów
przyczyniło się do wymuszonej dymisji dotychczasowego rektora Harvardu - Laurence'a
Summersa. Wprawdzie gazety nagłośniły głównie jego niepolityczne
(a w rzeczywistości nieco zmanipulowane) wypowiedzi o niższości
intelektualnej kobiet, ale iskrę rozszerzającego się buntu wywołały
wcześniejsze zachowania rektora. Jego ostentacyjne pochwały "wartości munduru" i militarnego etosu, który powinni
swym życiem poświadczyć alumni Harvardu, już parę lat temu sprowokowały niechęć akademickiego środowiska. Jeden z wrogich mu profesorów
powiedział: "to nieznośne, by rektor pouczał nas, jakimi mamy być
patriotami". Nieznośne, zwłaszcza gdy nie słychać, by synowie i córki
politycznego czy finansowego establishmentu odbywali służbę militarną w Iraku. To wojna dla ubogich nie mają na college, to zaciągają się do armii. Przykładem osobistej odwagi świeci wiceprezydent Dick Cheney, chłop jak dąb, któremu wypomina się, że w czasach wojny w Wietnamie, gdy pobór obejmował wszystkich,
pięciokrotnie wymigiwał się od służby wojskowej.
Trudno się więc dziwić, że Amerykanie szukają przewodnictwa
duchowego nieco cichszego, a bardziej autentycznego. Militarna
nagonka, za pomocą której rektor Harvardu próbował aktywizować
studentów, wywołała tym większy niesmak, że uczelnia ma piękną
kartę z czasów wojny secesyjnej. Z zainteresowaniem przyjęto książkę pióra Carol Bundy The Nature of Sacrifice: A Biography of Charles Russell Lowell, Jr., 1835-1864.
Lowell, absolwent Harvardu,
zginął w wojnie secesyjnej w wieku 29 lat w bitwie pod Winchester
w 1864 roku - jednej z decydujących bitew civil war (inny aspekt tej
wojny ujął w powieści wspominany wcześniej Doktorow). Wyglądał
bardzo młodo i nie imponował posturą (w Europie leczył się z gruźlicy), ale zimna krew, odwaga, solidarność z żołnierzami, charyzmatyczny dar przywództwa, wreszcie długo dopisujące mu szczęście
czyniły go legendarnym przywódcą. Spośród blisko 600 studentów
i absolwentów Harvardu, którzy wzięli udział w wojnie, prawie jedna szósta poległa.
Niezwykłą jednostką, gdzie służyło wielu harwardczyków, była 20. Ochotnicza Piechota Massachusetts.
Istnieje zgoda
co do tego, że do jej wojskowych zasług walnie przyczynił się poziom elity oficerskiej. W przeciwieństwie do wielu
innych jednostek
kadry dowódczej nie wybierali tam żołnierze, lecz pochodziła ona
z mianowania. Oficerami byli w większości synowie bogatych, elitarnych rodzin, a napięcia między nimi i prostymi żołnierzami były
początkowo na porządku dziennym. Historia 20. Ochotniczej Piechoty Massachusetts to nie tylko dzieje niezwykłej odwagi (jak skomentował jeden ze współczesnych generałów - nie znalazłoby się
dziś amerykańskich żołnierzy zdolnych do takiej walki), ale przede
wszystkim historia budowania w toku krwawej kampanii rzeczywistej integracji biednych i bogatych, nisko i dobrze urodzonych. Tej
integracji, o której niedostatek lub pozorność w dzisiejszej Ameryce
niepokoi się Franklin.
Autorzy wielu biografii pytają o utracone dziś -
jak się wydaje -
wartości wiktoriańskiej kultury: poczucie obowiązku, honor, odwagę, męskość. Co tych ludzi podtrzymywało?
Z czego czerpali siłę?
Siłę, by nie tylko trwać przy żołnierzach, ale też wracać na pole bitwy po ciężkich zranieniach. Przykładem, którego drastyczność ociera
się aż o groteskę, był kapitan John Kelliher: ranny w maju 1864 roku
tak poważnie, że obawiający się o jego życie chirurg musiał mu usunąć dolną szczękę, amputować rękę,
łopatkę, obojczyk i dwa żebra,
wrócił na front w listopadzie tegoż roku.
Kiedy Lowella kula raniła w płuco, nie pozwolił odwieźć się na
tyły, ale podtrzymywany, by nie zsunął się z konia, dowodził dalej.
Kolejny pocisk uszkodził mu stos pacierzowy, powodując paraliż,
a wkrótce śmierć. Po drugim zranieniu Lowell powiedział: "Moja
biedna żona. To ją zabije" (była w zaawansowanej ciąży). A jednak
przeżyła, sześć tygodni później urodziła dziecko, a pozostałe 41 lat
życia poświęciła pracy dla upośledzonych warstw amerykańskiego
społeczeństwa: świeżo wyzwolonych niewolników, ubogich kobiet,
robotników.
Biografowie pytają, jak były możliwe podobne życiorysy,
wskazując przy tym na zagubioną po drodze ideę elitaryzmu, który jednostce nie dawał tylko praw i przywilejów,
lecz obciążał ją serio traktowanymi obowiązkami wobec społeczności. Część wspominanych oficerów, alumnów Harvardu,
zaczynała służbę wojskową z mentalnością bogatych snobów. Niektórzy, mimo że służyli po stronie Północy, mieli
wątpliwości co do zniesienia niewolnictwa. W konfrontacji
z brutalnością wojny domowej wyrabiały się obywatelskie i demokratyczne postawy obu stron: i elity harwardzkich
"braminów" i pełnej resentymentów żołnierskiej biedoty. Dla wielu było to doświadczenie tylko czasu wojny, potem wracali do dawnych nawyków.
Zresztą civil war też nie należy mitologizować: książka Doktorowa
pokazuje inną, wcale niebohaterską twarz żołnierzy Unii. Mimo
wszystko jednak "natura poświęcenia", o które pytają biografowie,
nadawała bronionym wartościom byt realny, promieniujący do konkretnych przestrzeni:
domu, szkoły, uczelni, gdzie stawały się elementem Bildung. Można je było odrzucać, ale nie stanowiły atrapy.
Istotą tak wyraźnego dziś podkreślania pozytywnych, społecznych
biografii nie jest sentyment dla dawnych czasów, ale wskazywanie
różnicy między pustymi i pełnymi wzorami kultury. W aktualnym
dyskursie amerykańskich przywódców pełno odwołań do tradycji
"Boga i Ojczyzny". Przypominane biografie są jednak wymownym
probierzem wartości faktycznych i pozornych.
DANUTA SOSNOWSKA, ur. 1962, dr, pracuje w Instytucie
Filologii
Słowiańskich UW. Zajmuje sie historią kultury i literatury polskiej, czeskiej i ukraińskiej. Współpracownik
kwartalnika "Kresy". Wydała wybór listów romantycznych Dzikie nasze położenie (1995) oraz monografię
Seweryn Goszczyński: biografia duchowa (2000).
POCZĄTEK
STRONY |