|

TEMAT MIESIĄCA:
Cierpienie i miłosierdzie w czasach pogardy
Spojrzenie wędrowca
Tadeusz Bartoś OP
Nie chcemy Boga słabego. Każemy Mu iść i wracać dopiero w królewskim przebraniu. Tęsknimy
za oglądem całości, a jedynie królewska perspektywa na to pozwala. Jednak spójność i sens drogi
zobaczyć możemy dopiero u jej kresu, dlatego
próba takiego spojrzenia jest trwaniem w iluzji:
domysłem jedynie, projekcją, wytworem ludzkiej
wyobraźni.
Znikający horyzont
Perspektywa drogi inaczej każe patrzeć aniżeli perspektywa definitywnego oglądu całości rzeczy. Teologie i filozofie systemowe przyzwyczaiły nas widzieć świat, jakbyśmy byli u kresu. Chcemy więc
z boskiej perspektywy pytać o Boga, dlaczego zło, cierpienie.
Tymczasem nasz Bóg jest pielgrzymem. On także pyta, pyta razem z nami. Abstrakcyjny Bóg Filozofów - Absolutna Wszechwiedza i Wszechmoc - jest tworem ludzkim, niekiedy lepszą, niekiedy
gorszą próbą pomyślenia kogoś, kto będzie, kto jest Przyszłością,
lecz dziś nie jest dany. Jesteśmy uczestnikami obietnicy, która pozostaje niedopełniona. Dopiero bowiem u końca rzeczy Bóg będzie
"wszystkim we wszystkich" (1 Kor 15, 28).
Możliwość odejścia od myślenia absolutystycznego zawdzięczamy nauczycielom drogi, która chce podążać śladami ludzkiego doświadczenia. Żmudne prace hermeneutów, w tym zwłaszcza Martina Heideggera, utorowały myślenie dwudziestowiecznej teologii ku
zapomnianym obszarom myślowego żywiołu. Dzięki nim mogliśmy
przypomnieć sobie, jak niewiele jest nam dane. Zrozumieliśmy, z bólem i nie bez żalu, że nic nie jest nam dane w sposób definitywny.
Przekonała nas "skrytość bycia" - owa fundamentalna perspektywa
drogi.
Pytanie stroni od odpowiedzi
W tej perspektywie pytanie o cierpienie i miłosierdzie nie znajduje definitywnej odpowiedzi i znaleźć nie może; a co jeszcze ważniejsze - znaleźć nie musi. Odpowiedź bowiem, która rozwiązuje
problem, w istocie go unieważnia, przestając być odpowiedzią. Perspektywa drogi jest zapytywaniem, które chce trwać, które nie szuka
zamknięcia problemu, rozwiązania kwestii. Nie chce teorii, systemów, dowodów, które są jak wykręty - dyskretna zmiana tematu.
Wędrowiec pyta więc o cierpienie, by nieść w sobie pytanie, a na
wyjaśnienia totalne, zgodne czy to z ideą harmonii kosmosu, czy
wszechspójności bytu, patrzy z dystansem. Nie w smak mu taka zabawa na pogorzelisku.
Milczenie, wyciągnięta dłoń
Paradoksalne więc jest to zapytywanie, które wsłuchuje się w ciszę. Milczenie jest bowiem odpowiedzią, gdy pytamy o cierpienie.
Nie istnieje dziś dla człowieka odpowiedź odsłaniająca choćby cień
prawdy, nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Bóg "wstrzymuje rękę", gdy patrzy na cierpiącego.
Cierpienie, gdy umiemy pomyśleć o nim jako o wydarzeniu w życiu konkretnej osoby, a nie jako o intelektualnej łamigłówce, którą
w ramach globalnego systemu wyjaśniania natury rzeczywistości rozwiązuje odpowiednia teoria cierpienia, takie cierpienie pozostaje
wyrzutem, oskarżeniem, krzykiem. Zapytywanie więc o cierpienie
nie szuka odpowiedzi, jest raczej zdziwieniem, wyrazem współczucia, solidarności, miłosierdzia. Gdy tak pytamy, wiemy, że każda
odpowiedź byłaby fałszem, dysonansem, kiczem. Chcemy więc trwać
w pytaniu, by uświadamiać sobie jego wagę. By także trwać w niezgodzie, by nigdy nie powiedzieć: "Bóg tak chciał". Chcemy też pytać, by świat usłyszał pytanie. By ono rosło, potężniało w ludzkich
uszach, przedzierało się do umysłów, docierało do serc.
Jedyną dobrą odpowiedzią na pytanie, dlaczego Bóg patrzy bezczynnie na cierpienie człowieka, jest pomoc, wyciągnięta dłoń, choćby
i bez Wielkiego Boga.
Sens bezpowrotnie zapomniany
Trzeba nam uczyć się trwać w pytaniach. Tylko one są przewodnikiem po bezkresach tego, co niedocieczone. Prawda bowiem została zapomniana i już się nie odsłania. Żyjemy w czasach definitywnej skrytości bycia, by przywołać raz jeszcze Heideggera. Nikt już
nie pamięta, jak było naprawdę, nikt nie pamięta, jak być w istocie
powinno. Próbujemy przebudzić się, mrużymy i przecieramy oczy,
zaskoczeni tym, co się wydarza. I choć obudziliśmy się, odzyskaliśmy świadomość i wiemy, że jesteśmy, nie wiemy jednak, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Nic nie pamiętamy!
Pytamy więc: Co się stało? Dlaczego tu właśnie znaleźliśmy się
teraz? Ku czemu prowadzi nas los? Pytamy i nie otrzymujemy odpowiedzi. Trwamy w pytaniu, a świat milczy. Milczy Bóg. Bycie skryło
się bezpowrotnie. Oto nasze przeznaczenie, nasz los "wędrowców
bez kresu". Przed nami długa droga, niepewna wędrówka w ciemnościach wiary i niewiary.
Cierpienie
Tak oto, pośród tych ciemności, stajemy przed pytaniami o naturę cierpienia. Postawiono nam pytania, które nie potrafią znaleźć
odpowiedzi.
1. Która z dwóch modelowych koncepcji cierpienia jest Panu bliższa: mówiąca o cierpieniu jako czymś dobrym czy przeciwstawna, wedle której cierpienie jest złe, a zbawienie dokonuje się dzięki miłości, a nie cierpieniu? Czy są
one rozdzielne, czy też można próbować je ze sobą łączyć?.
W doświadczeniu cierpienia jest doświadczenie przekleństwa,
bycia przeklętym, jest skończoność, jest śmierć, ból, utrata, tępy, ciemny bezsens. Istnieje także cierpienie, które swym jadem zatruwa do
głębi, zabija ludzką duszę. Wtedy trzeba nam
czuwać przy umarłym za życia.
A miłość? Ona - przeciwnie - rodzi do życia.
Jest przeciwieństwem cierpienia, które zabija.
Filozoficzne czy teologiczne roztrząsanie zagadnienia cierpienia traci z oczu
cierpiącego. Zapatrzone we własną
spójność, gubi niespójność ludzkiego dramatu. Nie znajdując odpowiedzi na pytanie o zło dotykające osobiście człowieka, szukamy
odpowiedzi prowizorycznych, nie widząc sensu, tworzymy sens,
wymyślamy porządek w tym, co chaotyczne, koherencję w tym, co
nie do pogodzenia. By choć na chwilę przynieść ulgę, dać pociechę.
Temu służy szczególna postać wiary: "wiara pocieszycielka". Nie
potrafi ona jednak dać prawdziwej pociechy. Jest jedynie środkiem
uśmierzającym ból, zapobiegającym najgorszemu. Jest kneblem rozpaczy, ostatnią deską ratunku dla wiszącego nad przepaścią.
Wiara, która daje prowizoryczne odpowiedzi, daje też prowizoryczną pociechę. W świecie gotowych odpowiedzi, choć lżej, nie jest
dobrze człowiekowi. Iluzja nie daje trwałego oparcia.
Szukamy Boga, jakiego nie ma, który za nas ma żyć, kochać, cierpieć.
Wiara wbrew nadziei
Dopiero wiara, która pyta i pytać nie przestaje, wychyla się ku
możliwej nadziei. Pytanie o cierpienie nie znajduje odpowiedzi, a jednak trwanie w pytaniu bez odpowiedzi daje nadzieję. W istocie o tym
mówił św. Paweł, gdy komentował wiarę Abrahama, który "wbrew
nadziei uwierzył nadziei" (Rz 4, 18). Trwanie w pytaniu jest spodziewaniem się, pomimo braku odpowiedzi. Nie jest jednak samooszukiwaniem się. Zachowuje bowiem autentyczność doświadczenia, nie alienuje go w procesie teoretyzacji czy intelektualizacji. Takie trwanie w pytaniu jest rodzajem wyboru, zasadniczej etyczno-religijnej opcji. Choć
nie wiemy dlaczego, stajemy po stronie sensu, wybieramy dobro. Odsłania się w ten sposób nowy sens starej formuły Tertuliana: Credo,
quia absurdum. Pytam, pomimo braku sensu, który dziś jest nieobecny, który nie stanie przed nami i nie powie: "oto jestem". Pytam dalej,
pytam wytrwale, nie przestaję pytać. Niepostrzeżenie pytanie staje się
modlitwą. Pytam z wyrzutem, ale pytając, nie tracę nadziei. Sens, jak
horyzont, oddala się, gdy zbliżyć się do niego. A przecież jest, trwa.
Zaprasza do drogi. Na ciemnym horyzoncie przebija promyk światła,
w prześwicie, choćby pozornie, milknie skrytość bycia.
W ten sposób niezrozumienie cierpienia, niezrozumienie bólu,
niezgoda, nie są już rozpaczą. Nie musimy więcej udawać, chcąc wiarę
swą wykazać. Pozwolone jest nam zbliżyć się do własnej rany, skoro
nie jest już odrzuceniem wiary niezgoda na ból, nie jest zaparciem się
Boga pytanie wytrwale stawiane.
Tak jedynie zachować możemy ludzką godność: iść przez życie
z podniesionym czołem. Zła bowiem jest wiara, w imieniu której wzywa się człowieka, by zakłamał siebie, zapomniał o bólu, zło dobrem
nazywał, zaparł się tego, co jest jego własną "bólo-miłością".
Święte prawo pomsty
2. Czy da się utrzymać Anzelmiańską ideę zadośćuczynienia (być może w wariancie proponowanym przez ks. Tischnera wpisującego ją w porządek
relacji trynitarnej)? Czy też winniśmy się definitywnie rozstać z "ekonomiczną" ideą
ofiary, bo uparte trwanie przy niej prowadzi nas do manichejskiej idei Innego-
Boga? Czy miłosierdzie rzeczywiście zmienia sens ofiary?
Krew za krew. Odpłaty trzeba nam za krzywdę naszą. Nie znajdując pociechy po stracie, zatopmy przynajmniej ostrze w sprawcy
naszego bólu. Żądanie krwi, kiedyś tak dzikie, dziś pohukuje także
w naszych mieszczańskich przedpokojach. Zapiekłe nienawiści, niezapomniane urazy, żal, pretensja do ludzi, do świata, do Boga. Trzeba zabić, by odetchnąć.
Wściekłość Boga poprowadziła Go do śmierci Syna. Zobaczył
Bóg w Synu znienawidzonego człowieka. Jedyna okazja, by zabić.
Nie mógł jej zmarnować. Bóg siebie w sobie z powodu siebie znienawidził i na sobie zemścił się za siebie. Sam siebie ukarał za kiepski
pomysł (własny pomysł!) stworzenia świata.
Ta upiorna teologia śmierci da się pomyśleć w ramach paradygmatu teologii ofiary. Ona się nasuwa, pobrzmiewa w tle, alternatywnie się wychyla. Choć ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości pozostaje
niewypowiedziana.
A przecież, jeśli Bóg żąda krwi, to jest to Bóg żądny krwi. Jeśli
Ojciec chce rozpaczy Syna, to jest to Bóg wpędzający Syna w rozpacz.
Te proste konstatacje nie potrafią stać się dla nas ostrzeżeniem.
Świat zemsty był zawsze bliski człowiekowi. Mamy to w genach.
Zbyt wielu naszych przodków zabijało, by posiąść drugiego i to, co
jego jest. Nie Bóg stworzył człowieka, ale człowiek tworzy Boga na
własny obraz i podobieństwo. Mamy takiego Boga, na jakiego zasłużyliśmy: powiedz mi, jaki jest twój Bóg, a powiem ci, kim jesteś.
Teoria teologiczna rozpływająca się w superlatywach na temat boskich atrybutów niewiele
potrafi tu zmienić. Musielibyśmy zmienić siebie, by dać siłę przekonywania naszej teologii.
Jakiego Boga nosisz w sercu, takim człowiekiem jesteś dla bliźniego swego. Dlaczego więc
nie możemy powiedzieć, iż nieszczęście przytrafiło się także Jemu?
Czego się boimy? Dlaczego Bóg słaby nie jest dla nas pociechą? Łatwo
się domyślić. Nietzsche złośliwiec o tym także pisał: jak się jest słabym, a ma się silnego protektora, to summa summarum lżej w życiu.
Chcemy, żeby Bóg był Bogiem na miarę naszych aspiracji. Skutek niezawodny: pozoranctwo. Jaki Bóg, taki człowiek.
Nie chcemy Boga słabego, wyrzucamy Go z naszego życia. Każemy Mu iść i wracać dopiero w królewskim przebraniu także dlatego, że historię Boga ująć chcemy w spójny sposób. Tęsknimy za oglądem całości, a jedynie królewska perspektywa na to pozwala. Jednak spójność i sens drogi zobaczyć możemy dopiero u jej kresu,
dlatego próba takiego spojrzenia jest trwaniem w iluzji: domysłem
jedynie, projekcją, wytworem ludzkiej wyobraźni.
Gdy przyjmiemy perspektywę drogi, nie zgorszy nas obraz Boga,
który cierpi razem z nami, razem z nami doznaje niepowodzenia i klęski, a także wzmacnia się w szlachetnym zmaganiu. I nie pytajmy
o wszechmoc czy niemoc. Pytania są przewodnikiem myślenia, dlatego gubimy z oczu Boga, gdy pytamy o Jego "wyposażenie". Przyjmiemy do siebie Boga silnego i śmiałego, ale także nieszczęśliwego,
pogrążonego, przestraszonego, zabitego.
O doskonałą resocjalizację
3. Czy cierpienie ma wymiar wychowawczy? Czy argument o cierpieniu
jako skutku grzechu pierworodnego nie nadszarpuje wiary w Boga-Miłość?
W zakładzie penitencjarnym zwanym "Ziemią Ludzi" metody
mamy dzisiaj nowoczesne. Nie tyle karać, ile raczej wychowywać
chcemy. Reedukować - wyprowadzić człowieka na prostą. Metody
nowoczesne przynoszą dobre skutki.
Podnoszone są jednak wątpliwości co do skuteczności tej pracy.
Powiadają niektórzy, iż ludziom nie można okazywać zbyt dużo dobra, bo to wykorzystają. Dobro, przyjemność, radość - zbyt wiele
tego łatwo może się zemścić. Cierpienie to co innego, ono dodaje
powagi, ciężaru życiu człowieka. Jest w nim swoisty urok - rzec by można - filozoficzny. Pozwala głębiej myśleć, odczuwać. Do twarzy
nam z cierpieniem, dobre wrażenie robimy w welonie żałoby. Widok cierpiącego może także podnosić na duchu: "proszę bardzo -
nie tylko ja", "ale mu przyszło, ho, ho". Co myślimy, to skrywamy,
także przed sobą, bo nie wypada.
Bywa więc, że z cierpienia chcemy zrobić przedstawienie, teatr.
A ono teatrem nie jest. Nie jest też programem wychowawczym. Jest
bólem.
Miłość
Tylko miłość umie pokonać cierpienie. Ona jest obietnicą, która
ma moc samą siebie czynić wiarygodną. Teraźniejszość cierpienia
spotyka przyszłość obietnicy w miejscu dziwnym i obcym: pomiędzy "teraz" a "jeszcze nie teraz" tkwi odpowiedź - miłość stracona,
zagubiona, zapomniana.
Utracona przyjaźń dramatyczniejsza jest niż najskładniejsza teoria skutków grzechu pierworodnego. Jeśli miłość jest utracona, co
począć? Żyć się nie da. Wiara w miłość potwierdzenie znajduje w żałobie po stracie.
Miłosierdzie
4. Czy człowiek może okazać miłosierdzie Bogu?
Pomóc Bogu, być z Nim, zadbać, by dobrze Mu było. Martwić
się o to, czy będzie Mu się powodzić. Być z Nim, kiedy smutny i gdy
jest wesoły. To jest miłość.
A miłosierdzie jest wtedy, kiedy się rozumie.
TADEUSZ BARTOŚ OP, dr filozofii, dyrektor Dominikańskiego Studium Filozofii i Teologii w Warszawie. Opublikował: "Tomasza z Akwinu teoria miłości" (2004).
POCZĄTEK
STRONY |