|

SPOŁECZEŃSTWO NIEOBOJĘTNYCH
Ratownicy ginącej pamięci
ALICJA PUCHAŁA
Spotkaliśmy ich na początku swojej podróży po pograniczu, po tym,
jak opuściliśmy prawosławny klasztor w Jabłecznej i udaliśmy się wzdłuż
granicy na południe. To były ich ostatnie dwa dni w Woli Uhruskiej,
dokąd przyjechali, by uczyć się zanikającego tradycyjnego śpiewu polskiego
i ukraińskiego Polesia oraz by ratować od zarośnięcia i zapomnienia
prawosławne cmentarze.
Wraz z pieśniami i niszczejącymi mogiłami ginie pamięć o dawnych
mieszkańcach pogranicza, o tym, jak źle obeszła się z nimi historia oraz
jak bogata była ich kultura – zwyczaje, sztuka, muzyka i gwara.
„Pieśni bagien”
Tak zatytułowany został projekt, w którym wzięło udział ponad
dwadzieścia osób z Polski i Ukrainy. Stanowi on część szerszego programu
Cmentarze pogranicza – dziedzictwo dla przyszłości, którego celem
jest „ochrona kulturowych i krajobrazowych wartości niszczejących nekropolii
wschodniej Lubelszczyzny, będących materialnymi pamiątkami
wielokulturowej przeszłości tej części kraju”. Tak mówiło ogłoszenie
zachęcające do wzięcia udziału w przedsięwzięciu.
Pomysłodawcą i organizatorem projektu jest Krzysztof Gorczyca,
prezes Towarzystwa dla Natury i Człowieka działającego w Lublinie od
10 lat. Stowarzyszenie ma profil głównie ekologiczny, ale od paru lat
zajmuje się też działaniami na rzecz kulturowego dziedzictwa wsi. Z nadbużańskimi wioskami i Lasami Sobiborskimi związani są szczególnie,
Krzysztof – również osobiście. Najpierw przyjeżdżał w te okolice z przyjaciółmi.
Oczarowały go do tego stopnia, że kupił tu dom i zaczął działać
społecznie. Na początku było spontaniczne kolędowanie z grupą
znajomych – aktorów i muzykantów, którzy zjechali w te strony na Sylwestra.
Później pracowali z miejscowymi dziećmi: prowadzili zajęcia
z muzyki tradycyjnej, wspólnie kolędowali, przygotowali przedstawienie
oparte na okolicznych opowieściach itp. W 2004 roku zorganizowali
coś, co nazwali Festiwalem „Pieśni Bagien”: były koncerty, warsztaty,
zabawy taneczne i jarmark uspieński.
Rok później Krzysztof Gorczyca zaprosił do współpracy Ewę Grochowską
i Romana Jenenko, wykładowców Międzynarodowej Szkoły
Muzyki Tradycyjnej działającej przy lubelskiej Fundacji „Muzyka Kresów”,
z którą oboje związani są od wielu lat. Roman jest etnomuzykologiem,
artystą grafikiem i członkiem artystyczno-badawczego zespołu
„Drewo” z Kijowa. Uczy ukraińskiego śpiewu tradycyjnego. Ewa jest
filozofem kultury i uczestnikiem Podróżniczego Kolektywu Skrzypcowego.
Śpiewu, tańca i gry na skrzypcach uczyła się od wiejskich mistrzów
z Lubelszczyzny, Kurpiów i Radomskiego. Prowadzi zajęcia teoretyczne
i praktyczne, głównie z zakresu polskiej kultury tradycyjnej.
Nie cepeliada
Przez dziesięć sierpniowych dni pracowali na cmentarzach w Kosyniu,
Kobylicach i w Siedliszczach. Śpiewali, grali na tradycyjnych instrumentach
i tańczyli. Oglądali też filmy o wiejskich muzykantach, o obrzędach
rozgrywających się na cmentarzach, uczestniczyli w wykładach
o muzyce tradycyjnej i planowali dalsze działania.
Wieczorami podwórko szkoły, w której mieszkali, wypełniało się
muzyką, tańcem i śpiewem – czasem skocznym, czasem rzewnym. Śpiewano
pieśni tradycyjne, które zanikają, choć stanowią o niepowtarzalności
kultury tych okolic. Krzysztof mówi o nich, że to kultura ludowa
„widziana trochę inaczej niż konwencjonalnie”. „To nie cepeliada” –
zapewnia.
Pieśni, których się uczyli, dobrane zostały w taki sposób, by poznali
jak najszerszy kontekst związany z cmentarzami, którymi się zaopiekowali.
By zetknęli się nie tylko z surowym kamieniem, drewnem i panoszącymi
się wszędzie krzakami, ale mogli również poczuć, jakie znaczenie dla wsi miało to miejsce. Żeby mieli wyobrażenie o życiu, które dawniej
w tych stronach się toczyło. Poznawali między innymi pieśni dożynkowe,
kołysanki, psalmy i pieśni rusalne. Oglądali lament kobiety
wysiedlonej z okręgu czarnobylskiego, płaczącej, że nie może pójść na
grób matki. Nietrudno sobie wyobrazić, że podobne lamenty mogły być
śpiewane przez ludność ukraińską wywiezioną z Lubelszczyzny w latach
1945–1947.
Wygnanie
Zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron. Najpierw nastąpiła
wymiana ludności na mocy umowy zawartej w 1945 roku między
polskimi władzami komunistycznymi a rządem USRR. Bug stał się nagle
granicą, przez którą „ewakuowano” w obu kierunkach ponad milion
Polaków i Ukraińców. Wszystko odbyło się pod czujnym okiem NKWD.
W 1947 roku przeprowadzono kolejny etap „rozwiązywania kwestii
ukraińskiej” – akcję „Wisła”. Do dziś nie zostało wyjaśnione, czy jej
głównym celem było rozbicie ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego,
czy raczej stworzenie warunków do szybkiej asymilacji Ukraińców
i ujednolicenia społeczeństwa. Ponad 140 tysięcy ludzi musiało opuścić
swe domy w województwach: lubelskim, rzeszowskim i krakowskim
i udać się w nieznanym sobie kierunku.
Komunistyczna propaganda dramatycznie uprościła pogmatwane
dzieje ziem południowo-wschodnich i na długie lata zaszczepiła w świadomości
polskiego społeczeństwa stereotyp „Ukraińca–banderowca”,
pamięć rzezi Polaków na Wołyniu i nienawiść.
Pani Olga Urbańska, 83-letnia mieszkanka Woli Uhruskiej, opiekunka
prawosławnego cmentarza w Kobielicach, w rozmowie o dawnych czasach
rzadko używa określenia „Ukraińcy”, mówi raczej: „prawosławni”.
Zaznacza, że oni również byli polskimi obywatelami. I nadal są. Opowiada
o „tutejszym” języku rozbrzmiewającym wcześniej w miasteczku. Ani
to polski, ani ukraiński. Okolice Woli Uhruskiej pozostawały poza zasięgiem
działań Ukraińskiej Powstańczej Armii, a jednak jej mieszkańców
również postanowiono wywieźć i rozproszyć na tzw. Ziemiach Odzyskanych.
Pani Olga mówi, że oprócz jej rodziny prawie nikt nie został, ale
wielu wysiedlonych wracało później „na swoje”. Zdarzało się, że ich domy
były już zajęte przez Polaków-katolików przybyłych zza Bugu.
Cerkwi nie wyburzono, ale ksiądz wyjechał, zabierając ikony i dzwony.
Dopiero po 1956 roku reaktywowano parafię w niedalekiej Włodawie.
W tym czasie zmarł ojciec pani Olgi. W 1957 roku odbył się tu
pierwszy od wielu lat prawosławny pochówek.
Pani Olga jest jedną z dwóch prawosławnych mieszkających obecnie
w Woli Uhruskiej. Cieszy się, że ktoś bezinteresownie zaopiekował
się cmentarzem, którym ona zajmować się nie ma już siły.
Cmentarz, miejsce szczególne
Krzysztof mówi o cmentarzach, że są to miejsca silnie nacechowane
emocjonalnie, w szczególności – dodaje – opuszczone cmentarze. „Pozbawienie
kontaktu z miejscem, gdzie pochowani zostali bliscy, i możliwości
dbania o ich mogiły, musi być olbrzymim dramatem” – współczuje
wygnańcom.
Podczas wcześniejszych wędrówek po Bieszczadach i Roztoczu
Krzysztof i jego przyjaciele widzieli wiele zaniedbanych cmentarzy. Pomyśleli,
że coś trzeba zrobić. Mając świadomość skali zjawiska, wiedzieli,
że sami sobie nie poradzą. Swoje działania postanowili skierować na
aktywizację społeczności i instytucji, którym może lub powinno na ratowaniu
niszczejących cmentarzy zależeć. Krzysztof Gorczyca wymienia:
władze samorządowe, gminy, starostwa powiatowe – silnie propagujące
rozwój turystyki w tych rejonach, organizacje turystyczne, artystyczne,
związane z ochroną zabytków, z kulturą, działające na rzecz
wielokulturowości tych terenów, ochrony krajobrazu. Zainteresowane
powinny być również środowiska kościelne: prawosławne i greckokatolickie
– z oczywistego powodu, ale też wiele parafii katolickich, które
przejęły cerkwie prawosławne i unickie na tych terenach. Przekształciły
je we własne świątynie, ale zapomniały o znajdujących się tuż obok cmentarzach
tych, którzy modlili się tu wcześniej. W działania mogliby też
włączyć się zarówno obecni, jak i byli mieszkańcy tych okolic. „Może
przy tej okazji mieliby okazję się poznać i podać sobie ręce, nie zważając
na różne historyczne procesy. I po sześćdziesięciu latach zrobić coś razem
dla tego miejsca” – kończy wyliczanie Krzysztof.
Zaangażowani w projekt mają nadzieję, że oprócz uratowania kilku
konkretnych cmentarzy, uporządkowania i odtworzenia nagrobków, uda
im się zainspirować następnych, stworzyć warunki, by zaczął się ruch.
Kim są
Większość z uczestników projektu wcześniej się nie znała. Przyjechali
z różnych stron Polski i ze Lwowa. Są wśród nich studenci etnologii,
dziennikarze, ekolodzy, entuzjaści śpiewu tradycyjnego i nadbużańskiej
przyrody.
Krzysiek jest studentem kulturoznawstwa (specjalizacja: folklorystyka)
w Lublinie. Gra na suce biłgorajskiej – instrumencie, który kiedyś
„wyginął”. Zrekonstruował go jego ojciec, korzystając z naukowych
rozpraw naukowych i szkiców. Wygląda podobnie do skrzypiec, tylko
ma okrągły brzuszek tam, gdzie skrzypce są płaskie. Inna też jest technika
grania, a dźwięk, który się wydobywa, wydaje się niższy i głębszy.
Gdy Krzysiek gra „Pykaną”, wszyscy choćby przytupują, bo spokojnie
usiedzieć się nie da.
Marta, Łemkini, jest studentką kulturoznawstwa w Lublinie. Pisze
pracę magisterską o pogrzebach u Łemków. Pochodzi z Krynicy. Co roku
jeździ z ojcem na festiwal łemkowski „Watra”, który swoje początki zawdzięcza
jej rodzicom. Ma donośny głos. Śpiewa całą sobą.
Magda, doktorantka etnologii UJ, współzakładała naukowe Koło
Wschodnie. Dawniej bała się pisać o cmentarzach i zagłębiać w temat
śmierci. Teraz mówi o jednej z pieśni, których się uczyli: „Na cmentarzu
mieszkać będę”, i o tym, że śmierć można oswoić. Myśli o zmianie
tematu pracy doktorskiej.
Michał, nazywany przez wszystkich „Miszką”, przyjechał z plikiem
ulotek Stowarzyszenia Ekologiczno-Społecznego „Zielona Swoboda”
z Michowa. Na co dzień zajmuje się walką o ochronę lasów i rzeki
Wieprz, której tzw. udrażnianie przeprowadza się pod pretekstem zagrożenia
powodziowego. Urzędnicy pozostają nieugięci, a rzeka jest niszczona,
giną pstrągi. Ekolodzy i naukowcy uważają, że obróci się to przeciwko
człowiekowi.
Dzwinka, Ukrainka z Kijowa, studiuje literaturę w Lublinie. Pisze,
wydała książkę. Pięknie śpiewa, z tradycyjnymi technikami styka się nie
po raz pierwszy – Magda mówi o niej „Dzwoneczek”. I słusznie.
To tylko kilku z uczestników. Każdy kryje w sobie jakąś ciekawą historię.
Wyciągnąć temat z krzaków
Spotkanie w Woli Uhruskiej to przeszłość, ale grupa chce pracować
dalej. Kolejna sesja warsztatowa odbyła się w listopadzie, w Lublinie.
Zaproszono wiejskie śpiewaczki z Ukrainy i zespoły, które uczą się bezpośrednio
od wiejskich mistrzów.
W tym roku ma powstać portal internetowy, nad którego nazwą
i zawartością toczą się burzliwe dyskusje. Co ważne, zawierać on będzie
dokładną dokumentację każdego objętego działaniami cmentarza: fotografie
i dokładne opisy nagrobków, które być może osobom wywiezionym
w dzieciństwie na tzw. Ziemie Odzyskane pomogą odnaleźć groby
dziadków czy rodziców.
Kontynuowane będą prace porządkowe, a także kamieniarskie i rekonstrukcyjne.
Planowany jest również cykl działań promocyjnych: konferencja
z udziałem instytucji samorządowych, organizacji turystycznych i wszystkich
innych, których temat ten może zainteresować, a także wystawa,
która w polskiej i ukraińskiej wersji będzie jeździła po różnych miastach
pogranicza i pokazywała cmentarze oraz podjęte na ich rzecz działania.
„Z nadzieją, że to kogoś zainspiruje i wyciągnie ten temat z krzaków”
– dodaje Krzysztof.
My również opuściliśmy Wolę Uhruską. Wspominając ciepło poprzedni
wieczór spędzony w towarzystwie rozśpiewanych młodych ludzi
i nie mniej rozśpiewanej 83-letniej pani Olgi, opiekującej się prawosławnym
cmentarzem w Kobylicach, udaliśmy się w dalszą drogę. Jechaliśmy
– choć tego nie planowaliśmy – szlakiem starych cmentarzy,
przydrożnych krzyży, opuszczonych cerkwi i zdziczałych już gruszy rosnących
na leśnych polanach, ostatnich świadectw o dawnych mieszkańcach.
Czasem spotykaliśmy też starych ludzi, w których wspomnieniach
wciąż żywe są obchodzone wspólnie i podwójnie Święta Bożego
Narodzenia oraz późniejsza wojenna i powojenna zawierucha. Nie mają
komu opowiadać o minionych czasach. Młodzi wyjeżdżają do miasta
uczyć się i nie wracają. Bo do czego?
Ci ludzie, którzy pamiętają, starzeją się i odchodzą. Giną też zaniedbane
cmentarze i cerkwie. A wraz z nimi prawda o tym, co było.
Więcej na łamach marcowego numeru "Znaku"
Zamów numer
POCZĄTEK STRONY |