Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MARZEC 2006, NUMER 610

Strona główna


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 



SPOŁECZEŃSTWO NIEOBOJĘTNYCH



Ratownicy ginącej pamięci

ALICJA PUCHAŁA

Spotkaliśmy ich na początku swojej podróży po pograniczu, po tym, jak opuściliśmy prawosławny klasztor w Jabłecznej i udaliśmy się wzdłuż granicy na południe. To były ich ostatnie dwa dni w Woli Uhruskiej, dokąd przyjechali, by uczyć się zanikającego tradycyjnego śpiewu polskiego i ukraińskiego Polesia oraz by ratować od zarośnięcia i zapomnienia prawosławne cmentarze.

Wraz z pieśniami i niszczejącymi mogiłami ginie pamięć o dawnych mieszkańcach pogranicza, o tym, jak źle obeszła się z nimi historia oraz jak bogata była ich kultura – zwyczaje, sztuka, muzyka i gwara.

„Pieśni bagien”

Tak zatytułowany został projekt, w którym wzięło udział ponad dwadzieścia osób z Polski i Ukrainy. Stanowi on część szerszego programu Cmentarze pogranicza – dziedzictwo dla przyszłości, którego celem jest „ochrona kulturowych i krajobrazowych wartości niszczejących nekropolii wschodniej Lubelszczyzny, będących materialnymi pamiątkami wielokulturowej przeszłości tej części kraju”. Tak mówiło ogłoszenie zachęcające do wzięcia udziału w przedsięwzięciu.

Pomysłodawcą i organizatorem projektu jest Krzysztof Gorczyca, prezes Towarzystwa dla Natury i Człowieka działającego w Lublinie od 10 lat. Stowarzyszenie ma profil głównie ekologiczny, ale od paru lat zajmuje się też działaniami na rzecz kulturowego dziedzictwa wsi. Z nadbużańskimi wioskami i Lasami Sobiborskimi związani są szczególnie, Krzysztof – również osobiście. Najpierw przyjeżdżał w te okolice z przyjaciółmi. Oczarowały go do tego stopnia, że kupił tu dom i zaczął działać społecznie. Na początku było spontaniczne kolędowanie z grupą znajomych – aktorów i muzykantów, którzy zjechali w te strony na Sylwestra. Później pracowali z miejscowymi dziećmi: prowadzili zajęcia z muzyki tradycyjnej, wspólnie kolędowali, przygotowali przedstawienie oparte na okolicznych opowieściach itp. W 2004 roku zorganizowali coś, co nazwali Festiwalem „Pieśni Bagien”: były koncerty, warsztaty, zabawy taneczne i jarmark uspieński.

Rok później Krzysztof Gorczyca zaprosił do współpracy Ewę Grochowską i Romana Jenenko, wykładowców Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej działającej przy lubelskiej Fundacji „Muzyka Kresów”, z którą oboje związani są od wielu lat. Roman jest etnomuzykologiem, artystą grafikiem i członkiem artystyczno-badawczego zespołu „Drewo” z Kijowa. Uczy ukraińskiego śpiewu tradycyjnego. Ewa jest filozofem kultury i uczestnikiem Podróżniczego Kolektywu Skrzypcowego. Śpiewu, tańca i gry na skrzypcach uczyła się od wiejskich mistrzów z Lubelszczyzny, Kurpiów i Radomskiego. Prowadzi zajęcia teoretyczne i praktyczne, głównie z zakresu polskiej kultury tradycyjnej.

Nie cepeliada

Przez dziesięć sierpniowych dni pracowali na cmentarzach w Kosyniu, Kobylicach i w Siedliszczach. Śpiewali, grali na tradycyjnych instrumentach i tańczyli. Oglądali też filmy o wiejskich muzykantach, o obrzędach rozgrywających się na cmentarzach, uczestniczyli w wykładach o muzyce tradycyjnej i planowali dalsze działania.

Wieczorami podwórko szkoły, w której mieszkali, wypełniało się muzyką, tańcem i śpiewem – czasem skocznym, czasem rzewnym. Śpiewano pieśni tradycyjne, które zanikają, choć stanowią o niepowtarzalności kultury tych okolic. Krzysztof mówi o nich, że to kultura ludowa „widziana trochę inaczej niż konwencjonalnie”. „To nie cepeliada” – zapewnia.

Pieśni, których się uczyli, dobrane zostały w taki sposób, by poznali jak najszerszy kontekst związany z cmentarzami, którymi się zaopiekowali. By zetknęli się nie tylko z surowym kamieniem, drewnem i panoszącymi się wszędzie krzakami, ale mogli również poczuć, jakie znaczenie dla wsi miało to miejsce. Żeby mieli wyobrażenie o życiu, które dawniej w tych stronach się toczyło. Poznawali między innymi pieśni dożynkowe, kołysanki, psalmy i pieśni rusalne. Oglądali lament kobiety wysiedlonej z okręgu czarnobylskiego, płaczącej, że nie może pójść na grób matki. Nietrudno sobie wyobrazić, że podobne lamenty mogły być śpiewane przez ludność ukraińską wywiezioną z Lubelszczyzny w latach 1945–1947.

Wygnanie

Zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron. Najpierw nastąpiła wymiana ludności na mocy umowy zawartej w 1945 roku między polskimi władzami komunistycznymi a rządem USRR. Bug stał się nagle granicą, przez którą „ewakuowano” w obu kierunkach ponad milion Polaków i Ukraińców. Wszystko odbyło się pod czujnym okiem NKWD. W 1947 roku przeprowadzono kolejny etap „rozwiązywania kwestii ukraińskiej” – akcję „Wisła”. Do dziś nie zostało wyjaśnione, czy jej głównym celem było rozbicie ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego, czy raczej stworzenie warunków do szybkiej asymilacji Ukraińców i ujednolicenia społeczeństwa. Ponad 140 tysięcy ludzi musiało opuścić swe domy w województwach: lubelskim, rzeszowskim i krakowskim i udać się w nieznanym sobie kierunku.

Komunistyczna propaganda dramatycznie uprościła pogmatwane dzieje ziem południowo-wschodnich i na długie lata zaszczepiła w świadomości polskiego społeczeństwa stereotyp „Ukraińca–banderowca”, pamięć rzezi Polaków na Wołyniu i nienawiść.

Pani Olga Urbańska, 83-letnia mieszkanka Woli Uhruskiej, opiekunka prawosławnego cmentarza w Kobielicach, w rozmowie o dawnych czasach rzadko używa określenia „Ukraińcy”, mówi raczej: „prawosławni”. Zaznacza, że oni również byli polskimi obywatelami. I nadal są. Opowiada o „tutejszym” języku rozbrzmiewającym wcześniej w miasteczku. Ani to polski, ani ukraiński. Okolice Woli Uhruskiej pozostawały poza zasięgiem działań Ukraińskiej Powstańczej Armii, a jednak jej mieszkańców również postanowiono wywieźć i rozproszyć na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Pani Olga mówi, że oprócz jej rodziny prawie nikt nie został, ale wielu wysiedlonych wracało później „na swoje”. Zdarzało się, że ich domy były już zajęte przez Polaków-katolików przybyłych zza Bugu.

Cerkwi nie wyburzono, ale ksiądz wyjechał, zabierając ikony i dzwony. Dopiero po 1956 roku reaktywowano parafię w niedalekiej Włodawie. W tym czasie zmarł ojciec pani Olgi. W 1957 roku odbył się tu pierwszy od wielu lat prawosławny pochówek.

Pani Olga jest jedną z dwóch prawosławnych mieszkających obecnie w Woli Uhruskiej. Cieszy się, że ktoś bezinteresownie zaopiekował się cmentarzem, którym ona zajmować się nie ma już siły.

Cmentarz, miejsce szczególne

Krzysztof mówi o cmentarzach, że są to miejsca silnie nacechowane emocjonalnie, w szczególności – dodaje – opuszczone cmentarze. „Pozbawienie kontaktu z miejscem, gdzie pochowani zostali bliscy, i możliwości dbania o ich mogiły, musi być olbrzymim dramatem” – współczuje wygnańcom.

Podczas wcześniejszych wędrówek po Bieszczadach i Roztoczu Krzysztof i jego przyjaciele widzieli wiele zaniedbanych cmentarzy. Pomyśleli, że coś trzeba zrobić. Mając świadomość skali zjawiska, wiedzieli, że sami sobie nie poradzą. Swoje działania postanowili skierować na aktywizację społeczności i instytucji, którym może lub powinno na ratowaniu niszczejących cmentarzy zależeć. Krzysztof Gorczyca wymienia: władze samorządowe, gminy, starostwa powiatowe – silnie propagujące rozwój turystyki w tych rejonach, organizacje turystyczne, artystyczne, związane z ochroną zabytków, z kulturą, działające na rzecz wielokulturowości tych terenów, ochrony krajobrazu. Zainteresowane powinny być również środowiska kościelne: prawosławne i greckokatolickie – z oczywistego powodu, ale też wiele parafii katolickich, które przejęły cerkwie prawosławne i unickie na tych terenach. Przekształciły je we własne świątynie, ale zapomniały o znajdujących się tuż obok cmentarzach tych, którzy modlili się tu wcześniej. W działania mogliby też włączyć się zarówno obecni, jak i byli mieszkańcy tych okolic. „Może przy tej okazji mieliby okazję się poznać i podać sobie ręce, nie zważając na różne historyczne procesy. I po sześćdziesięciu latach zrobić coś razem dla tego miejsca” – kończy wyliczanie Krzysztof.

Zaangażowani w projekt mają nadzieję, że oprócz uratowania kilku konkretnych cmentarzy, uporządkowania i odtworzenia nagrobków, uda im się zainspirować następnych, stworzyć warunki, by zaczął się ruch.

Kim są

Większość z uczestników projektu wcześniej się nie znała. Przyjechali z różnych stron Polski i ze Lwowa. Są wśród nich studenci etnologii, dziennikarze, ekolodzy, entuzjaści śpiewu tradycyjnego i nadbużańskiej przyrody.

Krzysiek jest studentem kulturoznawstwa (specjalizacja: folklorystyka) w Lublinie. Gra na suce biłgorajskiej – instrumencie, który kiedyś „wyginął”. Zrekonstruował go jego ojciec, korzystając z naukowych rozpraw naukowych i szkiców. Wygląda podobnie do skrzypiec, tylko ma okrągły brzuszek tam, gdzie skrzypce są płaskie. Inna też jest technika grania, a dźwięk, który się wydobywa, wydaje się niższy i głębszy. Gdy Krzysiek gra „Pykaną”, wszyscy choćby przytupują, bo spokojnie usiedzieć się nie da.

Marta, Łemkini, jest studentką kulturoznawstwa w Lublinie. Pisze pracę magisterską o pogrzebach u Łemków. Pochodzi z Krynicy. Co roku jeździ z ojcem na festiwal łemkowski „Watra”, który swoje początki zawdzięcza jej rodzicom. Ma donośny głos. Śpiewa całą sobą.

Magda, doktorantka etnologii UJ, współzakładała naukowe Koło Wschodnie. Dawniej bała się pisać o cmentarzach i zagłębiać w temat śmierci. Teraz mówi o jednej z pieśni, których się uczyli: „Na cmentarzu mieszkać będę”, i o tym, że śmierć można oswoić. Myśli o zmianie tematu pracy doktorskiej.

Michał, nazywany przez wszystkich „Miszką”, przyjechał z plikiem ulotek Stowarzyszenia Ekologiczno-Społecznego „Zielona Swoboda” z Michowa. Na co dzień zajmuje się walką o ochronę lasów i rzeki Wieprz, której tzw. udrażnianie przeprowadza się pod pretekstem zagrożenia powodziowego. Urzędnicy pozostają nieugięci, a rzeka jest niszczona, giną pstrągi. Ekolodzy i naukowcy uważają, że obróci się to przeciwko człowiekowi.

Dzwinka, Ukrainka z Kijowa, studiuje literaturę w Lublinie. Pisze, wydała książkę. Pięknie śpiewa, z tradycyjnymi technikami styka się nie po raz pierwszy – Magda mówi o niej „Dzwoneczek”. I słusznie.

To tylko kilku z uczestników. Każdy kryje w sobie jakąś ciekawą historię.

Wyciągnąć temat z krzaków

Spotkanie w Woli Uhruskiej to przeszłość, ale grupa chce pracować dalej. Kolejna sesja warsztatowa odbyła się w listopadzie, w Lublinie. Zaproszono wiejskie śpiewaczki z Ukrainy i zespoły, które uczą się bezpośrednio od wiejskich mistrzów.

W tym roku ma powstać portal internetowy, nad którego nazwą i zawartością toczą się burzliwe dyskusje. Co ważne, zawierać on będzie dokładną dokumentację każdego objętego działaniami cmentarza: fotografie i dokładne opisy nagrobków, które być może osobom wywiezionym w dzieciństwie na tzw. Ziemie Odzyskane pomogą odnaleźć groby dziadków czy rodziców.

Kontynuowane będą prace porządkowe, a także kamieniarskie i rekonstrukcyjne.

Planowany jest również cykl działań promocyjnych: konferencja z udziałem instytucji samorządowych, organizacji turystycznych i wszystkich innych, których temat ten może zainteresować, a także wystawa, która w polskiej i ukraińskiej wersji będzie jeździła po różnych miastach pogranicza i pokazywała cmentarze oraz podjęte na ich rzecz działania.

„Z nadzieją, że to kogoś zainspiruje i wyciągnie ten temat z krzaków” – dodaje Krzysztof.

My również opuściliśmy Wolę Uhruską. Wspominając ciepło poprzedni wieczór spędzony w towarzystwie rozśpiewanych młodych ludzi i nie mniej rozśpiewanej 83-letniej pani Olgi, opiekującej się prawosławnym cmentarzem w Kobylicach, udaliśmy się w dalszą drogę. Jechaliśmy – choć tego nie planowaliśmy – szlakiem starych cmentarzy, przydrożnych krzyży, opuszczonych cerkwi i zdziczałych już gruszy rosnących na leśnych polanach, ostatnich świadectw o dawnych mieszkańcach. Czasem spotykaliśmy też starych ludzi, w których wspomnieniach wciąż żywe są obchodzone wspólnie i podwójnie Święta Bożego Narodzenia oraz późniejsza wojenna i powojenna zawierucha. Nie mają komu opowiadać o minionych czasach. Młodzi wyjeżdżają do miasta uczyć się i nie wracają. Bo do czego?

Ci ludzie, którzy pamiętają, starzeją się i odchodzą. Giną też zaniedbane cmentarze i cerkwie. A wraz z nimi prawda o tym, co było.

Więcej na łamach marcowego numeru "Znaku"

Zamów numer

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK

 

 

 


E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by SIW ZNAK Sp. z o.o.
Strona wykonana przez Akrateia Inc.