
Diagnozy
W potrzasku polityki
Arkadiusz Stempin
Rzymski kościół Santa Maria in Trastevere - jedna z najstarszych chrześcijańskich świątyń w Wiecznym Mieście. Wybudowana w stylu bazyliki promieniuje wewnątrz majestatem i obezwładnia swym blaskiem. Dwadzieścia dwie granitowe kolumny stojące ongiś w przedchrześcjańskiej świątyni Izydy wiodą prosto przed główny ołtarz. W środkowej nawie Chrystus Pantokrator, który zdaje się obejmować swoją Matkę przystrojoną w szaty orientalnej królowej. Mistyczne miejsce, w którym zadomowiła się wieczność. Kiedy nie ma w nim ludzi, emanuje eremicką samotnością, zapewniając poczucie intymności każdemu pielgrzymowi, który tego potrzebuje.
To właśnie w jej murach znaleźli zbawcze schronienie i konieczną intymność arcybiskup Berlina Julius Döpfner i prymas Polski Stefan Wyszyński, którzy w połowie grudnia 1958 roku przybyli do Rzymu z okazji nadania Niemcowi purpury. Ukryci za jedną z kolumn, prowadzili w opustoszałej świątyni swoją pierwszą rozmowę. "Czyli nawet normalne spotkanie polskiego i niemieckiego kardynała nie było wtedy możliwe" - zanotował po latach dyskretny świadek ściśle tajnego spotkania, były ambasador RFN w Rzymie - Peter Hermes.
Po 1945 roku Bonn i Warszawa utknęły w okowach zimnej wojny. Wprawdzie na krótko przed ustąpieniem z urzędu kanclerza Adenauer przewidywał, że "Niemcy staną się kiedyś dobrym sąsiadem Polski", jednak jego prorocze słowa nie miały się szybko spełnić. Kością niezgody była przecież granica na Odrze i Nysie. Ponadto zbliżeniu politycznemu między obydwoma krajami stały na przeszkodzie: świeża hipoteka II wojny światowej, sowietyzacja Europy Wschodniej, a w skutek tego przynależność Niemiec i Polski do wrogich bloków polityczno-militarnych. Dodatkowo doktryna Hallsteina, owo osobliwe "arcydzieło" dyplomacji RFN, w myśl którego Bonn bojkotowało kraje uznające NRD. Reszty dopełniała niezmierzona w swej otchłani podejrzliwość obcych sobie elit politycznych. Nic dziwnego, że premier Cyrankiewicz nazywał Adenauera "watykańsko-waszyngtońskim bękartem i spadkobiercą Hitlera". Przez dwa dziesięciolecia komuniści z Warszawy takim wyznaniem wiary hipnotyzowali naród. Używając maszynerii propagandy, wpajali Polakom przeświadczenie o groźbie "niemieckiego parcia na Wschód".
Ale także oba episkopaty niewzruszenie trwały na pozycjach reprezentowanych przez zwaśnione rządy. I tu kamieniem obrazy była kwestia granicy. Bo kiedy prymas Hlond dopasował granice polskich diecezji na ziemiach zachodnich do uchwał poczdamskich, Pius XII odmówił ich erygowania. Nową sytuację prawną traktował jako przejściową i czekał na międzynarodowe uregulowanie sporu granicznego przez konferencję pokojową. W tej sytuacji polskie i niemieckie lobby w Watykanie prowadziły wojnę podjazdową. O każdą kropkę, każdy przecinek w Annuario Pontificio (roczniku statystycznym Kościoła katolickiego) staczano zacięte boje: czy stolice biskupie na tzw. ziemiach odzyskanych będą wymieniane w języku niemieckim, polskim czy łacińskim? Czy nazwisko polskiego zarządcy diecezji (w randze administratora apostolskiego) w ogóle będzie tam figurowało? Biskupi polscy obwiniali niemieckich za podgrzewanie nastrojów rewizjonistycznych i prowadzenie knowań w kurii rzymskiej, mających zapobiec postawieniu na czele tych diecezji polskich ordynariuszy. Z kolei w Niemczech piętnowano polską hierarchię kościelną za paktowanie z samym diabłem, komunistami w Warszawie. Istotnie, następca Hlonda, kardynał Wyszyński, zawarł 14 kwietnia 1950 roku porozumienie z władzami PRL. Zagwarantował w ten sposób Kościołowi minimalny zakres swobody w państwie komunistycznym. Ale zobowiązał się jednocześnie do uzyskania od papieża zgody na erygowanie ordynariatów biskupich na ziemiach zachodnich. Za ten sznurek wiarołomne władze pociągały niezwykle często, wypominając prymasowi niedotrzymanie kluczowego punktu porozumienia. Grając tą kartą i wzmagając nagonkę na Kościół, zaaresztowały w końcu Wyszyńskiego, gdyż - jak brzmiał oficjalny komunikat - "Wyszyński nie uregulował statusu administracji kościelnej na ziemiach zachodnich i ponosi odpowiedzialność za okazanie pomocy zachodnioniemieckim Krzyżakom".
Zwolniony z aresztu w okresie odwilży październikowej prymas poprosił katolickiego kanclerza RFN, by podjął on decyzję o symbolicznym odszkodowaniu dla polskich ofiar obozów koncentracyjnych. Kanclerz z kamienną twarzą milczał. Skonfundowany tym episkopat polski zaczął postrzegać chrześcijański rząd Adenauera jako groźnego przeciwnika.
Dogrywka między niemieckim kanclerzem a polskim kardynałem odbyła się dwa lata później. Kiedy na wiecu wyborczym w Düsseldorfie Adenauer roztoczył przed wypędzonymi z Prus Wschodnich wizję odzyskania ziem nad Odrą i Nysą, odpowiedział mu nieprzypadkowo z Malborka prymas:
Dochodzi do was echo pogróżek, które wrogi człowiek z dalekiego zachodu ciska pod adresem naszej ojczystej ziemi. (...) Spójrzcie na te wysokie zamki, gdzie się ongiś zagnieździła pycha, ufna w żelazo i stal. Gdzie się podziali ci, którzy z wysokości tych zamków rządzili przemocą i nienawiścią?
Rany rozjątrzyły się jeszcze bardziej, kiedy podczas obchodów 20-lecia organizacji kościelnej na ziemiach zachodnich polski kardynał zdezawuował 600-letnią niemiecką przeszłość Dolnego Śląska: "Spójrzcie dookoła siebie!" - mówił 31 sierpnia 1965 roku we Wrocławiu. -"Doczesne pozostałości przemawiają do nas w języku ojczystym. My wiemy to na pewno, to nie są dobra niemieckie. To jest polska dusza!".
Aż do Soboru obydwa episkopaty nie utrzymywały ze sobą żadnych stosunków. Jedyny kontakt z biskupem niemieckim przed Soborem hierarchia polska nawiązała z Carlem M. Splettem. Ordynariusz gdański, najbardziej prominentny więzień PRL, skazany w procesie pokazowym w 1946 roku, złożył po swoim uwolnieniu (1956) kurtuazyjną wizytę prymasowi i podziękował za okazaną pomoc. Zrzec się urzędu na rzecz polskiego koadiutora wcale nie zamierzał. Wymógł to na nim dopiero palec Boży pod postacią nagłego zawału serca (1964).
Wyjątkiem pozostała owa owiana konspiracją rozmowa z Döpfnerem, która miała dać początek dramatycznej serii spotkań obydwu purpuratów. 45-letni Frankończyk, bardziej krzepki niż jego polski rozmówca, stał się na najbliższe dwie dekady głównym partnerem prymasa po niemieckiej stronie. Dwa lata później, w październiku 1960 roku, Döpfner niespodziewanie wygłosił sensacyjną homilię, w której jako pierwszy biskup niemiecki poruszył drażliwą kwestię granicy na Odrze i Nysie: "Pokój z sąsiadem ze wschodu jest ważniejszy niż przebieg granicy". Niemieccy katolicy zaszczękali zębami. W Warszawie kardynał-prymas milczał.
Dopiero podczas Soboru spotkał się w Rzymie z Döpfnerem, przeniesionym już do Monachium na najbardziej prestiżowy stolec arcybiskupi w Niemczech. Rozmowę w cztery oczy zaaranżował nie kto inny, tylko enfant terrible w biskupiej sutannie, Bolesław Kominek (rocznik 1903, syn prostego śląskiego górnika). Kapryśny los wyposażył go w niezłomny charakter. Już w dzieciństwie poznał trucicielską siłę nacjonalizmu, kiedy w prusko-niemieckiej ławie szkolnej karcono go za mówienie po polsku, a w domu rodzinnym za szprechanie po niemiecku. Po gehennie II wojny światowej jako biskup katolicki czuł się powołany do przerzucenia mostu pojednania w stronę Kościoła w Niemczech. Niepowtarzalną szansę stwarzał Sobór Watykański, podczas którego - z dala od argusowych oczu warszawskich komunistów i bezpieki - zaczął intensywnie nawiązywać kontakty z biskupami niemieckimi. Pierwszym, do którego skierował swe kroki Bolesław Kominek, był biskup Zagłębia Ruhry, Hengsbach, ordynariusz z Essen, który wcześniej jako młody kapłan sprawował pieczę duszpasterską nad Polakami w Niemczech. Odświeżył też znajomość z kolegą seminaryjnym, sufraganem w Zgorzelcu, Schaffranem. Po latach przyznawał: "Trudne były rozmowy z biskupami z RFN. Nie tworzyli oni jednolitego frontu. Każdy z nich miał swój własny pogląd na sprawę".
Wyszyński ze sceptycyzmem wytrawnego dyplomaty przypatrywał się rzymskim poczynaniom Kominka. Ale to właśnie z poparciem wielkiego kardynała arcypasterz Wrocławia postanowił przekuć swój wielki plan w czyn. I wtedy właśnie wybuchła bomba. 1 października 1965 roku Kościół ewangelicki w Niemczech wydał memorandum, które zawierało dokładnie to, czego daremnie oczekiwali Wyszyński i Kominek od swoich niemieckich braci w biskupstwie: moralnego uznania granicy na Odrze i Nysie. Kominek przejął tę "ewangelicką" piłkę i postanowił puścić ją dalej. W przekonaniu, że odpowiedź niemiecka będzie równie śmiała jak tekst jego listu, przystąpił do jego redakcji, konsultując treść z trójką niemieckich hierarchów: Hengsbachem, Spülbeckem i Schröfferem. Dodatkowo chciał ubezpieczyć się na wypadek ataku ze strony władz komunistycznych - jedną z wersji brudnopisu dostarczył prominentnemu korespondentowi "Trybuny Ludu" na Soborze i agentowi bezpieki Ignacemu Krasickiemu (alias Janowi Wnukowi), potomkowi wielkiego Księcia Biskupa Warmińskiego. Kominek naciął się jednak. Krasicki sprzedał Gomułce cenną informację jako rezultat własnych zdolności detektywistycznych. Szef partii, wściekły na to, że Kościół przełamuje monopol na jego politykę wobec RFN i podmywa ideologiczną doń nienawiść, postanowił poczekać na odpowiedź niemiecką. Gorąco licząc, że okaże się ona bardziej powściągliwa niż list polski, przygotował kontruderzenie. W tym samym czasie Krasicki niezmiennie zapewniał Kominka, że rząd w Warszawie nic nie ma przeciwko listowi biskupów. Z kolei Kominek przemilczał przed Wyszyńskim, że dostarczył już kopię listu do Warszawy, ponieważ obawiał się, iż sceptyczny kardynał zaniecha ryzykownego przedsięwzięcia. Prymas na wylot znał komunistów i - jako bardziej od Kominka wytrawny polityk - bał się, że list do biskupów niemieckich może okazać się pułapką, jeśli adresat odpowie powściągliwie. Dlatego słowem nie wspomniał o liście, kiedy dzień przed jego publikacją spotkał się z polskim ambasadorem w Rzymie. Książę Kościoła i mąż stanu wiedział też, co ryzykuje we własnym kraju, gdzie nie tylko komuniści, ale i większość społeczeństwa nieufnie spoglądała na RFN.
W zimny jesienny wieczór, 18 listopada 1965 roku, Papieski Instytut Polski w Rzymie stał się areną burzliwej debaty. Zebranych w nim 36 polskich biskupów przybyłych na ostatnią sesję II Soboru Watykańskiego (reszcie nie wydano wiz ) otrzymało do podpisania list, którego tekstu w języku polskim nie widzieli na oczy. Wyszyński przełamał swoje opory głównie narodowo-patriotyczne. Po raz ostatni spojrzał na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i nie bez wahania jako pierwszy chwycił za pióro. Złożył podpis pod listem, który zaaprobował, choć nie on był jego autorem. Ale wtedy nawet on sam jeszcze nie wiedział, że szeroko otwiera drzwi do jutra, wyzwalając się od upiorów przeszłości. Niepodważalna pozycja prymasa w łonie episkopatu przesądziła o przyjęciu dokumentu. Każdy z obecnych składał swój podpis. Większość zebranych z wypiekami na twarzy.
Na przeszywające w swej wymowie zdanie zamieszczone na samym końcu listu: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie", episkopat niemiecki odpowiedział po dwóch tygodniach, dyplomatycznie i ostrożnie. Dlaczego tak późno? Otóż jedyny egzemplarz listu Kominek osobiście wrzucił do skrzynki na listy w rzymskim mieszkaniu kolońskiego kardynała Fringsa, przewodniczącego episkopatu Niemiec. Tymczasem Frings wyjechał z Rzymu do Kolonii. Zaniepokojony brakiem reakcji Niemców Kominek dostarczył parę dni później kopię listu Döpfnerowi. Pod nieobecność Fringsa właśnie Döpfner zredagowanie odpowiedzi zlecił, o ironio losu, dwóm biskupom z NRD: Bengschowi i Schaffranowi. Pod presją czasu - gdyż w Rzymie kończył się sobór - w ciągu jednej nocy bp Schaffran ułożył jego zarys. Dwa dni miał episkopat niemiecki na dokonanie co najwyżej kosmetycznych poprawek. Presja czasu była tak wielka, że Döpfner nie dotarł nawet do wszystkich biskupów niemieckich obecnych w Rzymie, by ci złożyli podpis pod dokumentem. 5 grudnia przedłożono go biskupom polskim. Trzy dni wcześniej episkopat Niemiec wybrał Döpfnera na swojego przewodniczącego.
W przeciwieństwie do ewangelickiego memorandum najważniejszą kwestię granicy list przemilczał. O ile wśród polskich biskupów tekst ten wzbudził jedynie rozczarowanie, o tyle Gomułce dał upragniony pretekst, by rozpętać przeciwko "zdrajcom" kampanię nienawiści. Wyszyńskiego i Kominka, "głównych złoczyńców", od razu postawiono pod pręgierzem. "Postępowi" katolicy w kraju żądali ich głów. Przerażony Kominek "schronił się" w alpejskim kurorcie Schörding, skąd okrężnymi drogami słał dramatyczne prośby do Döpfnera, by razem wystąpić w telewizji niemieckiej i w ten sposób przeciwdziałać oszczerczej kampanii. Bez podania powodów Döpfner odmówił. Pięć dni po przekazaniu odpowiedzi, 10 grudnia, lakonicznie poinformował agencję DPA, że polski list "nie pokrywa się z tenorem opinii publicznej w Polsce".
Jak mało który z hierarchów niemieckich Döpfner szczerze i gorąco pragnął pojednania z kardynałem z Warszawy i Kościołem w Polsce. Tyle że pisanym alfabetem teologii, nie polityki. Przed politycznymi deklaracjami powstrzymywały go jednak motywy czysto polityczne: groźba radykalizacji wypędzonych, a nawet niebezpieczeństwo schizmy w Kościele niemieckim. A właśnie deklaracje polityczne, uznanie granicy i zgodę na ustanowienie stałych ordynariatów na ziemiach zachodnich Wyszyński uczynił probierzem szczerości w dialogu z kardynałem z Monachium. Tak to obydwaj purpuraci znaleźli się w potrzasku, z którego wydobyć się nie potrafili. Bo konflikt mógł zostać rozwiązany tylko tam, gdzie się rzeczywiście rozgrywał. W przestrzeni politycznej.
Dlatego też, kiedy niemieccy pasterze celebrowali nad Renem milenium polskiego chrześcijaństwa, ich wspólnota z polskimi braćmi w biskupstwie kończyła się tam, gdzie wyrastał problem granicy. W dniu obchodów milenium, 3 maja 1966, Julius Döpfner wszedł na ambonę swojej monachijskiej katedry, lecz nie znalazł jeszcze "wyjaśniającego słowa", na które czekali kardynał w Warszawie i arcybiskup we Wrocławiu. Zajęcie stanowiska wobec problemu granicy i diecezji polskich było dla niego polityką pisaną przez duże "P", zarezerwowaną dla dyplomatów, nie duchownych. Ale jeśli wierzyć informacjom prałata Jego Świątobliwości, Eduardo Cippico, wysokiego rangą pracownika watykańskiego Sekretariatu Stanu, dorabiającego sobie współpracą z CIA i KGB, wszyscy biskupi niemieccy mieli się wypowiedzieć przeciwko udziałowi Pawła VI w uroczystościach milenijnych na Jasnej Górze, by w ten sposób nie przyczyniał się do wzmocnienia komunizmu. Nolens volens.
Po wymianie listów prymas pozostał pod silnym wrażeniem doznanego zawodu. Ba, nabrał dystansu do Kościoła w Niemczech i nie wyzbył się go już do śmierci. Kolejne spotkanie obydwu purpuratów odbyło się 28 października 1970 w Rzymie, kilka tygodni po podpisaniu przez rząd RFN układu z ZSRR. Wspólna kolacja przybrała dramatyczny obrót, kiedy Wyszyński, wyciągnął na stół przyniesioną ze sobą mapę i zrobił adwersarzowi wykład z historii Polski z ostatnich 200 lat. Przypomniał sojusz Katarzyny Wielkiej z Fryderykiem II, układ w Rapallo z 1922 r., pakt Ribbentrop-Mołotow. "A dziś Moskwa poszukała sobie w Bonn nowego sojusznika... Jak często dochodziło do porozumienia Rosji z Niemcami, na koszt Polski" - zanotował w swoim dzienniku, dodając: "Döpfner oniemiał z przerażenia".
Rzymska kolacja wróciła jak niedobre wspomnienie, kiedy parę tygodni później Döpfner zastał na swoim biurku list z Warszawy. Mocno rozgoryczony Wyszyński pisał:
odpowiedź episkopatu niemieckiego na nasz list rozczarowała nie tylko Polaków, ale i opinię światową. Nasza szczerze wyciągnięta dłoń została wprawdzie przyjęta, lecz z zastrzeżeniami. To tym smutniejsze, skoro niemieccy protestanci wyszli naprzeciw katolickiej Polsce w bardziej ewangelicznym duchu (...). To nie polityka. (...) Sprawa granicy jest sprawą Kościoła. (...) Proszę traktować ten list jako kontynuację tego sprzed pięciu lat. (...) Nie chowamy naszej dłoni. (...) Pragniemy przełomu w naszej historii.
Monachijski kardynał nie mógł przeskoczyć własnego cienia. W odpowiedzi przemilczał polski kompleks Rapallo oraz narodowo-religijny splot w historii i współczesności narodu polskiego. Za to ponownie uwypuklił konieczność przestrzegania przykazania apolityczności. Stało się to w momencie, gdy komunistyczny premier Cyrankiewicz i socjaldemokratyczny kanclerz Brandt 7 grudnia 1970 roku złożyli podpisy pod układem grudniowym uznającym doraźny przebieg granicy na Odrze i Nysie. Podczas gdy Brandt uwypuklił moralny impuls bijący z listu, Döpfner odmówił pierwszemu politycznemu owocowi polsko-niemieckiego zbliżenia swojego biskupiego błogosławieństwa.
Powściągliwość Wyszyńskiego wobec Niemiec i niemieckiego Kościoła przybrała jedynie na sile. Także autor listu, bp Kominek, w samotności przełykał gorzką pigułkę. Pisał do przyjaciela w Niemczech: "Wolę być zwykłym pasterzem. Polityka to obrzydliwa sprawa". Kominek dożył jeszcze momentu, kiedy Döpfner po ratyfikacji układu grudniowego bez zmrużenia oka zaakceptował ustanowienie przez Watykan ordynariatów na ziemiach zachodnich (czerwiec 1972). Ale ta prawna regulacja dokonana przez trzecią stronę - papieża Pawła VI - srodze się zemściła. Bo kwitnący w latach 70. biskupi dialog polsko-niemiecki wyczerpywał się na wzajemnych odwiedzinach, gestach, symbolach. Podstawowych problemów nie był w stanie rozwiązać. Episkopat Niemiec odmawiał ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie, Wyszyński zaś kwestionował istnienie mniejszości niemieckiej w Polsce i odmawiał jej prawa do własnego duszpasterstwa. Barier nie przełamała ani pierwsza w dziejach wizyta przewodniczącego episkopatu Niemiec, kardynała Döpfnera, w Polsce w 1973 roku, ani druga, która zawiodła go rok później na pogrzeb kardynała Kominka. Co więcej, Prymas tak długo zwlekał z rewizytą w Niemczech, że kardynał z Monachium już jej nie doczekał. Zmarł rażony atakiem serca w pierwszym dniu urlopu na progu swojego pałacu arcybiskupiego w Monachium (1976). Wyszyński nie zjawił się na jego pogrzebie. Stale odkładaną rewizytę w RFN złożył dopiero we wrześniu 1978 roku, gdy wiedział już o swojej śmiertelnej chorobie, a jego pozycja polityczna w Polsce stała się nienaruszalna. Nawet sam komunistyczny premier Jaroszewicz prosił Pawła VI, by pozostawił kardynała Wyszyńskiego na stanowisku, pomimo przekroczenia przez niego 75. roku życia. Ale w Niemczech Prymas jak ognia unikał słów "pojednanie" i "przebaczenie". Nie nawiązał też do listu z 1965 roku, choć następca Döpfnera, kardynał Joseph Höffner, kilkakrotnie go przywoływał.
Niecały miesiąc po wizycie w RFN wymiana listów przyniosła konkretny owoc. To właśnie koalicja kardynałów niemieckich i austriackich utorowała kardynałowi Wojtyle - pozostającemu w trakcie wizyty w RFN mocno w cieniu prymasa - drogę na tron świętego Piotra.
Wyszyński już nie żył, kiedy odważył się go przypomnieć kardynał Macharski, w czasie spotkania obydwu episkopatów w 1982 roku na uroczystościach kanonizacyjnych Maksymiliana Kolbego w Rzymie. Macharski oddał też po raz pierwszy publicznie hołd postaciom trzech kardynałów, którzy nie tracąc zaufania we własnym kraju, próbowali go zdobyć w kraju "wroga": Kominkowi, Döpfnerowi, Wyszyńskiemu. W tej właśnie historycznej kolejności. Żaden z nich nie umknął przed polityką. I wszyscy, pragnąc pozostać apolityczni, natrafili na politykę u partnera. Nieuchronnie! A to dlatego, że pojednanie między narodami nie sprowadza się jedynie do kwestii moralnego przekonania, lecz wymaga konkretnych czynów w teatrze działań, w którym tworzy się historię i jest się za nią odpowiedzialnym. Czyż nie dowiodły tego obydwa episkopaty, które w pokorze uczciły 40. rocznicę wymiany listów, a zarazem - nie chowając głowy w piasek - przeciwstawiły się pomysłowi Eriki Steinbach? Garściami czerpiąc z ducha Kominkowego listu!
ARKADIUSZ STEMPIN, dr, historyk na Uniwersytecie Alberta-Ludwiga we Freiburgu Bryzgowijskim; razem z Bernardem Martinem wydał ostatnio dwujęzyczną książkę Polska i Niemcy w trudnych latach 1934--1989 (2004).
POCZĄTEK
STRONY |