
Zdarzenia-książki-ludzie
Turystyka teologiczna
Piotr Graczyk
Tomas Halik, Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. Labiryntem świata z wiarą i wątpliwościami, Wydawnictwo WAM, Kraków 2004
Tomás Halík to człowiek odważny i doświadczony. "Podziemny ksiądz" wyświęcony potajemnie w komunistycznej Czechosłowacji, terapeuta narkomanów, wykładowca akademicki, niepokorny indywidualista i nieuleczalny intelektualista w stylu Sartre'owskim, czujący nieodpartą potrzebę zabierania głosu w sprawach publicznych - w sumie nieprzeciętna osobowość, kapłan nietypowego formatu. Cieszę się, że jest w Kościele miejsce dla takiego duchownego - bo Kościołowi potrzebne są nie tylko zawsze obliczalne, posłuszne i prostoduszne psy, ale i koty, które lubią chadzać własnymi drogami. I cieszę się, że katolicyzm ma takiego pisarza religijnego - nie tylko wszechstronnego erudytę biegłego w historii, teologii, filozofii, psychologii i socjologii, ale i uczonego, który, choć wykłada na najlepszych uczelniach świata, jest postacią na wskroś antyakademicką, to znaczy niezdolną do wyprodukowania - jak by to ujął Gombrowicz - "dwudziestu książek o życiu pszczelarzy" bez zająknięcia się o niepokojach i rozterkach dręczących samego autora. Halík, jak św. Augustyn w Wyznaniach (ale także jak autor innych Wyznań, Jean-Jacques Rousseau, a może i jak Nietzsche, autor Ecce homo), pisząc o problemach filozoficznych i religijnych, pisze zawsze o sobie; umie pokazać, że sam jest ich częścią - że zmagając się z nimi, zmaga się ze swoim życiem. Na dodatek Halík pisze jasno i żywo, nigdy nie wpadając w ton profesorski, a zarazem nigdy nie stawiając nisko poprzeczki sobie i czytelnikowi - wiele się z tej książki można nauczyć. Czego chcieć więcej?
I tu zaczyna się mój kłopot z Halíkiem. Kłopot nie polega na tym, że jego poglądy budzą we mnie sprzeciw. Wręcz przeciwnie, czytając jego książkę, często odnajdywałem własne poglądy na tematy związane z wiarą, sformułowane lepiej niż sam umiałbym je wyartykułować. Niemal za łatwo przychodziło mi się z Halíkiem zgadzać. Tak, wiara a religia, miłość a instytucja to nie jest jedno i to samo; to drugie jest czymś w rodzaju łupiny, zewnętrznej powłoki tego pierwszego, kryzys tej powłoki nie musi za sobą pociągać kryzysu treści, tym bardziej że forma, która zdaje się na naszych oczach rozpadać (przynajmniej na Zachodzie), to tak naprawdę tylko nieudana dziewiętnastowieczna próba dogonienia ówczesnego świata przez katolicyzm (w istocie zmierzająca do przekształcenia nauczania Kościoła w rodzaj quasi-nauki czy quasi-ideologii, w której sam Kościół sprowadzony zostałby do roli quasi-partii politycznej). Tak, teologia chrześcijańska od swego zarania uwięziona jest między biblijnymi przypowieściami a pojęciami greckiej ontologii; jest to napięcie nierozwiązywalne, ale twórcze, nie pozwala ono zastygnąć teologii w jakiejś ostatecznej sztywnej formule, wciąż domaga się od nas nowego wysłowienia istoty naszych relacji z Bogiem. Tak, "śmierć Boga" - jeśli rozumieć pod tym pojęciem kryzys chrześcijaństwa instytucjonalnego - przypomina pod pewnymi względami upadek muru, który przez większość XX wieku oddzielał od siebie wrogie systemy polityczne - niesie więc w sobie nie tylko zagrożenia, ale i szanse. A jednak - im bardziej się z tą książką zgadzałem, tym bardziej mnie ona rozczarowywała i nawet po trosze nudziła. Nie do końca jest dla mnie jasne, dlaczego, i chciałbym, żeby tekst niniejszy był nie tyle "recenzją", ile poszukiwaniem źródła tego dyskomfortu. Jeśli miałbym prowizorycznie i metaforycznie zlokalizować przyczynę tego rozczarowania, mógłbym to zrobić na przykład tak: w myśleniu najbardziej interesująca wydaje mi się ta niebezpieczna chwila, kiedy myśli porywane są przez żywioł tego, co myślane, kiedy przestaje się panować nad własnymi założeniami i celami; kiedy filozof "nurkuje" w ten porywający go żywioł myślenia i wypływa w miejscu dla siebie nowym i niespodziewanym. Halík (w przeciwieństwie do wielu kościelnych teologów skrępowanych troską o zgodność własnych wypowiedzi z olbrzymią papierkową robotą, jaką Kościół wykonał w ciągu wieków, aby utrzymać rwący nurt wiary w instytucjonalnym łożysku) sprawia wrażenie, że nie boi się rozpętanego żywiołu myślenia. Ale - tu moja pretensja - gdziekolwiek Halík by zanurkował, w jakiekolwiek podwodne ryzyko by się wdał, zawsze wynurza się z topieli w bezpiecznej zatoce pod opieką Ratownika, który nigdy nie może zawieść. Miłosierdzie Boskie to według Halíka cudowny mechanizm zamieniający najgroźniejszy nawet ocean idei w brodzik, w którym nikt się nie może utopić. Czy to źle? Czyż nie jest to pogląd chrześcijański? Nie wiem. Chrześcijaństwo nie tylko krzepi, pociesza, podtrzymuje na duchu i zaprasza wszystkich do środka, zachęcając do zabrania głosu ("Poszukiwać prawdy - mówi Halík - to dbać o to, by żaden głos nie został wykluczony"). Chrześcijaństwo to Krzyż, rozłam, wojna z samym sobą, w której zwycięstwo wcale nie jest zagwarantowane; o której nie tylko nie wiadomo, czy się "dobrze" skończy, ale także do końca nie jest pewne, co to znaczy "dobrze". Chrześcijaństwo to także pustynia, na którą się wychodzi i nie wiadomo, czy się z niej powróci. U Halíka tymczasem z góry niejako jest oczywiste, że wiara chwieje się tylko po to, aby nie upaść, a "wolno puszczona" z łuku strzała, niczym w popularnych podręcznikach buddyzmu zen, zawsze trafia do celu...
Książka Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe to zbiór kilkunastu esejów podzielony na trzy grupy. Pierwsza nazywa się Labirynt świata, druga Labirynt własnego losu trzecia Labirynt filozofii religii. Punktem wyjścia każdego z tych esejów jest jakieś wydarzenie z życia autora. Pierwsza grupa esejów zdaje sprawę z intensywnej "turystyki konferencyjnej" uprawianej przez Halíka po upadku komunizmu. Jako były dysydent, przyjaciel prezydenta republiki, a zarazem rozchwytywany wykładowca akademicki, Halík jest bez przerwy zapraszany w najodleglejsze krańce ziemi na różnego rodzaju sympozja naukowe i narady polityczne. Sam zdaje się przekonany o niewielkiej wartości merytorycznej podobnych spędów - korzysta po prostu z okazji, aby poznawać obce kraje i obce religie, konfrontować się z nowymi ludźmi, uczyć się z "księgi świata", jak by to ujął Kartezjusz. Halík opowiada więc o swoich wyjazdach do Indii, Japonii, Egiptu, Moskwy, Waszyngtonu. Nie na konferencję, lecz z czystego zamiłowania do przygód i podróży Halík wybrał się też z przyjaciółmi na Antarktydę, gdzie uprawiał coś w rodzaju survivalu połączonego ze sportami ekstremalnymi (niemal zginął, jak czytamy, goniąc po podbiegunowym oceanie porwany przez fale katamaran). Punktem wyjścia tekstów zamieszczonych w drugiej i trzeciej części książki są wydarzenia (czy raczej anegdoty) z życia i kariery akademickiej Halíka, a także z jego działalności publicznej (w pewnym momencie rozważano nawet pomysł - cieszący się aprobatą samego Havla - aby zgłosić kandydaturę Halíka na urząd prezydenta).
Konstrukcja esejów jest na ogół taka, że Halík od opisów swoich doznań i reakcji na odwiedzane egzotyczne miejsca przechodzi płynnie do rozważań na poważne tematy religijne. Podróże po świecie, ale też prozaiczne wydarzenia z życia codziennego (takie jak rozmowa ze studentką nielubiącą czytać książek, w których "jest za dużo o Bogu") stają się pretekstem do rozważań nad jedyną prawdziwie ważną podróżą duchową, pielgrzymką przez życie ku Bogu - bardziej jeszcze fascynującą niż wszystkie egzotyczne wyprawy. Jest to chwalebny zamysł, ale realizacja budzi pewne wątpliwości. Mam na myśli zwłaszcza miejsce, z którego autor patrzy na świat. Ton książki sprawia oczywiście wrażenie całkowitej szczerości (wierzymy, gdy Halík opowiada, że omal nie zginął w zimnych toniach oceanu i że zawierzenie całego życia Bogu, połączone z pewną obojętnością wobec własnego losu, poskutkowało w owej chwili nagłym przypływem sił, bez którego cała przygoda zakończyłaby się źle). Można jednak zastanawiać się, czy perspektywa, z której przemawia w tym momencie Halík kaznodzieja, nie jest w jakiś sposób fałszywa i czy nie podważa wiarygodności przesłania całej książki. Zygmunt Bauman w książce Globalizacja pisze o podstawowej różnicy między biednymi a bogatymi - jest nią w dzisiejszym świecie mobilność. W świecie globalnej ekonomii, w którym zgodnie ze znanym aforyzmem Marksa wszystko, co stałe, ulatnia się i, zgodnie ze słowami Pisma, nikt nie zna dnia ani godziny - każdy może z dnia na dzień stracić majątek i pracę, czyli wszystko, co miał, i wszystko, czym był przez całe życie. Z tego względu klasą panującą i skazaną na zwycięstwo w ekonomicznych potyczkach są ci, którzy z racji wykształcenia, znajomości języków i obycia w świecie zawsze będą umieli uciec z tonącego okrętu; uczestnicy oplatającej całą planetę sieci białych kołnierzyków: ekspertów, doradców, maklerów, brokerów i dealerów. Przegrani są ci, których unieruchamia w jednym miejscu bieda i brak kulturowej elastyczności - to nowi proletariusze przykuci do jednego miejsca, jednego języka, jednej skali ocen kulturowych. Ideologią tej nowej globalnej klasy wyższej jest postmodernizm, to jest rodzaj radykalnego kulturowego relatywizmu.
Czy w książce Halíka nie dochodzi do głosu jakaś wyjątkowo subtelna i pełna odniesień do tradycji duchowej dwudziestu wieków chrześcijańska odmiana tej postmodernistycznej ideologii? Nie mam bynajmniej na myśli relatywizmu etycznego. Już raczej egzystencjalny czy ontologiczny - chodzi o to, co Kundera nazwał nieznośną lekkością bytu. Czy wiara katolicka, której broni Halík, nie przekształca się w coś w rodzaju pocieszenia, że w tym świecie ciągłych przemian i niepewności nie przydarzy nam się ostatecznie nic złego - bo czuwa nad nami przyjazna siła opiekuńcza, Bóg, który - jeśli mu zawierzymy i nie będziemy się zanadto troskali się o samych siebie - wyprowadzi nas w końcu na spokojne wody?
Cóż można zarzucić takiej wizji? Może zatracenie poczucia tragizmu istnienia? Religia Halíka to budowla, która chwieje się, ale nie upada - dlatego jej rozchwianie nie ma w sobie nic z grozy. Co więcej - stabilność tej budowli polega właśnie na tym, że jest ona rozchwiana, że jest w ciągłym ruchu, w stanie wiecznej mobilności. Wiara jest zdarzeniem, biblijny Bóg nie mówi tak naprawdę (to Halík powtarza za Rahnerem) "Jestem tym, który jest", ale zgodnie z naszą dzisiejszą wiedzą o języku hebrajskim, mówi - "Będę działał!". Bóg jest zmianą, jest wydarzaniem się; kiedy nasze życie się zmienia, a nasze dotychczasowe wyobrażenia się rozpadają, jest w tej zmianie Boża Opatrzność. Skaczemy z miejsca na miejsce, z sytuacji w sytuację - sugeruje Halík - ale właśnie ten ruch jest z istoty czymś dobrym, w tym ruchu jest coś boskiego. Czy jednak tam, gdzie nie ma miejsca na prawdziwy i nieodwołalny upadek, możliwy jest prawdziwy dramat?
Ksiądz Halík zszedł kiedyś do podziemia - nie tylko w sensie politycznym. Opisuje to pięknie w innej swojej książce Radziłem się dróg. Pójście drogą kapłaństwa miało być ofiarą całopalną, Halík obiecał sobie, że będzie "pochodnią nr 2" (pochodnią nr 1 był Palach). Takie życie w gotowości na śmierć, życie jako spalanie się, jako umieranie to życie - w najbardziej źródłowym, sokratejskim i platońskim sensie - filozoficzne, a zarazem najgłębiej chrześcijańskie. Choć jest w tym coś niezręcznego (czy nawet podejrzanego moralnie - coś podpadającego pod paragraf "szukania źdźbła w oku bliźniego"), czytelnik drugiej wydanej po polsku książki Halíka zmuszony jest zadać sobie pytanie: czy wychodząc z podziemia, Halík nie za łatwo odnalazł się w świecie konferencji i politycznych salonów? Czy nie za łatwo wszedł w rolę białej koloratki (o ile ją nosi) towarzyszącej białym kołnierzykom w ich zglobalizowanym świecie i kojącej ich lęki opowieściami o Bożym miłosierdziu i mądrości, jaką przynosi niepewność? Nie mam prawa tego osądzać. Ale muszę skonstatować fałszywy ton w głosie mędrca, który znalazł się nagle w sytuacji nieporównanie bardziej uprzywilejowanej i bezpiecznej (mniejsza z tym, że pod względem materialnym - przede wszystkim pod względem egzystencjalnym i "akustycznym", czyli medialnym, pod względem siły i słyszalności swego głosu) od większości swoich czytelników. Mam prawo zastanawiać się nad tą "egzystencjalną" fałszywie brzmiącą nutą w książce Halíka, bo on sam dał mi do tego prawo, explicite wskazując na łączność między myśleniem a życiem i nadając swoim rozważaniom osobisty, osadzony w życiowym doświadczeniu kontekst. Może właśnie ta uprzywilejowana, bezpieczna perspektywa życiowa pozbawiła go wglądu w tragiczną stronę myślenia. Bo myślenie to siła, która nie tylko godzi, ale i rozdziera.
W jednym z esejów Halík opisuje swoją wizytę w Egipcie. Po rozmowach z "koptyjskimi i muzułmańskimi teologami i intelektualistami" Halík wyjeżdża na pustynię, aby samotnie pomedytować. Medytacje dotyczą słówka "nic" i jego związku ze starym tematem teologii apofatycznej, z pojęciem "Bożej pustki". Czytamy więc: "Chyba najgłębszą myśl o Bogu wypowiedział Mistrz Eckhart. Bóg nie jest w tym świecie obecny, tutaj jest "nic", a ty sam musisz uczynić siebie "niczym", aby się z nim spotkać - jak nagi z nagim. Dopóki będziesz się czegokolwiek trzymał, dopóki będziesz przywiązany do rzeczy i wiedzy, nie będziesz wewnętrznie wolny". A oto niespodziewana puenta: "Wstałem i spróbowałem zetrzeć sobie z twarzy, włosów i brody drobny piasek. Słońce skłaniało się ku skrajowi pustyni, a z daleka zbliżał się jeep mojego przyjaciela".
Wydaje się, że na tym polega problem z tą książką. Jej autor pielgrzymuje na pustynię i ociera się o tajemnicę "nicości". Ale przecież nie doświadcza jej tak jak ktoś, kto na pustyni się zagubił i nie wie, jak się z niej wydostać, ale jak turysta, który ją jedynie zwiedza, wiedząc, że w każdej chwili może z niej wyjść - bo w tle ciągle widzimy "jeepa przyjaciela", który z tej granicy nicości zabiera go do wygodnego hotelu i dalej, w kolejną podróż.
PIOTR GRACZYK, ur. 1970, filozof, tłumacz. Publikował m.in. w "Znaku" i "Tekstach Drugich". Prowadzi pismo internetowe "Wielki Styl".
POCZĄTEK
STRONY |