|

TEMAT MIESIĄCA:
Tajemnica Tybetu
Mój Tybet...
(fragment)
IRENEUSZ KANIA
…zaczął się bardzo dawno, ponad pięćdziesiąt
lat temu, od znaczków pocztowych (jak wiele
innych moich trwałych urzeczeń). Miałem chyba
dwanaście-trzynaście lat, gdy drogą skomplikowanych
transakcji wymiennych wszedłem w posiadanie
złożonej z czterech sztuk serii znaczków
chińskich.
Znaczki przedstawiały między innymi jakąś ogromną – i bardzo
piękną – budowlę na szczycie góry oraz ubogo i smętnie wyglądającego
chłopinę, który prowadzi sochę, postępując za parą dziwacznych
zwierząt, ni to wołów, ni to żubrów. Później dowiedziałem się,
że te bydlęta to jaki oraz że pyszny gmach zwał się „Potala” i był
rezydencją dostojnika tytułowanego „Dalaj Lama”.
Szczególnie zainteresowały mnie napisy na znaczkach. Oprócz
chińskich, które już identyfikowałem, były tam zupełnie inne litery –
z fantazyjnymi, wytwornymi zawijasami o ostrych, jakby płomiennych
zakończeniach. Wtedy właśnie zacząłem marzyć o ich odszyfrowaniu.
Bo wnet też dowiedziałem się, że znaczki przedstawiają
krajobrazy Tybetu, tajemniczego kraju w Azji Środkowej, kraju, o którym
nikt nie umiał powiedzieć mi niczego konkretnego, o którym
nie mogłem znaleźć żadnej książki. Wiedziałem tylko z mapy, że są
tam najwyższe na świecie góry.
Intrygujący mnie napis rozszyfrowałem dopiero po prawie dwudziestu
latach. W transliteracji na nasze pismo brzmiał: Bod żi-bas
bczings-bkrol, i znaczył: „pokojowe wyzwolenie Tybetu”. Co to naprawdę
oznaczało, dowiedziałem się z książki Jerzego Lobmana Tybet
(Książka i Wiedza, Warszawa 1960), w której autor dokonaną
zbrojnie przez Chińczyków w 1951 roku aneksję Tybetu przedstawiał,
stosując się wiernie do tez komunistycznej propagandy, jako
„wyzwolenie spod ucisku obszarników i zdemoralizowanego kleru
buddyjskiego”. Książka była jednak moim pierwszym źródłem informacji
o Kraju Śniegów, więc – mimo wszystkich jej mielizn i fałszów,
z których zdać sobie w pełni sprawę mogłem dopiero znacznie później
– zachowałem dla niej niejaki
sentyment.
Później, gdy już zacząłem
studia romanistyczne w Krakowie
sprawa „mojego Tybetu”
potoczyła się żwawiej. Moment
przełomowy przyszedł, gdy dowiedziałem
się, że kultura, język
i piśmiennictwo Tybetu zajmują
szczególną pozycję w całokształcie
studiów orientalistycznych.
Był rok 1960; uczyłem się m.in.
chińskiego, chodziłem na lektorat sanskrytu u docenta Tadeusza Pobożniaka,
interesował mnie buddyzm. Nie wiem już, od kogo usłyszałem,
że do naprawdę poważnych studiów nad tą religią nieodzowna
jest znajomość – oprócz sanskrytu, chińskiego, palijskiego – również
tybetańszczyzny, bo właśnie w tym języku zachowało się
w przekładzie z sanskrytu wiele ważnych tekstów, których oryginały
bezpowrotnie zaginęły. Tak więc musiałem nauczyć się tybetańskiego.
Więcej na łamach grudniowego numeru "Znaku"
Zamów numer
IRENEUSZ KANIA, ur. 1940, absolwent romanistyki UJ, tłumacz z literatur
romańskich i orientalnych, eseista. Wydał m.in. Muttävali, antologię
wypisów z kanonu palijskiego. Autor tomu esejów Ścieżka nocy (2001).
POCZĄTEK STRONY |