
MIEJSCA I OSOBY DRAMATU
Spała
Dorota Zańko
Dukt jest wąski i prosty jak linijka. Młode listki lekko drżą, choć powietrze stoi w bezruchu. W głębi ścieżki wszystko zlewa się w zieloną mgłę. Z niej wychyla się najpierw głowa człowieka, za nią koński łeb. Człowiek rozgląda się, potem razem z koniem przekracza szybko ścieżkę i znika po drugiej stronie. Szarpnięte gałęzie chwieją się przez chwilę, potem wszystko zamiera, jak kręgi na wodzie. Jest kwiecień 1940 roku. Hubal ze swoimi ludźmi siedzi w lasach pod Spałą. Ma garść żołnierzy - "Oddział Wydzielony Wojska Polskiego", który utworzył po kapitulacji wrześniowej i z którym, łamiąc rozkaz demobilizacji, na własną rękę prowadzi walkę z Niemcami.
Polski nie ma od kilku miesięcy. Bywa to tu, to tam, gdy major Dobrzański, zeskakując z konia w kolejnej kryjówce, ogłasza swoim żołnierzom: "Tutaj zakładamy państwo na dwa dni".
Potyczek jest wiele. W jednej z pierwszych jazda Hubala przebija się przez niemiecką tyralierę taką straceńczą szarżą, że siwe mundury pierzchają w las. W bitwie pod Huciskami, wielokrotnie przeceniając szczupłe siły "Szalonego Majora", Niemcy mobilizują przeciwko niemu dwa bataliony (półtora tysiąca żołnierzy).
Jest nieuchwytny. Ze swym oddziałem przemierza wielkie przestrzenie i jak widmo pojawia się w nowych miejscach. Codziennie podaje swoim ludziom "miejsce postoju na wypadek rozproszenia". Sprawdza, czy pamiętają je wyrwani w nocy ze snu. Oficerowie niemieccy lornetkami próbują przeniknąć las, ale on szczelną zasłoną okrywa swoją tajemnicę.
W Wigilię 1939 roku, na jednym z kolejnych miejsc postoju, w Bielawie, Hubal organizuje świąteczną wieczerzę. Na poczęstunek sprasza miejscowych ludzi i właścicieli okolicznych dworów. Wszystko pod bokiem Niemców, o osiem kilometrów od pałacyku w Spale, gdzie kwateruje sztab Rzeszy, i o cztery od szosy pełnej niemieckich samochodów.
W Nowy Rok 1940 ułani wychodzą z lasu i w mundurach idą na pasterkę do kościoła w Studziannej. Stają pod samym ołtarzem. Księdzu sprawującemu ofiarę drżą ręce. Ludzie chcą się chociaż otrzeć o polskie wojsko. Choć nie brakuje pewno też takich, którzy po cichu złorzeczą ze strachu. Ale przez godzinę nie ma wojny.
Stacjonującym w kolejnych wsiach kawalerzystom chłopi znoszą gęsi, mleko, jajka. Ziemianka panna Doda Szwejcer zachodzi do stajni w swoim majątku i długo przygląda się koniom: półanglik Emir pójdzie do majora Hubala. Następnego dnia ofiarowuje oddziałowi dwa wierzchowce.
Wśród Hubalczyków są posiadacze dworków i właściciele zagród, zabijaki i młodzi wrażliwi chłopcy. Też tacy, którzy widzieli rzeczy tak straszne, że choć sami ocaleli, dusza w nich umarła i szukają już tylko śmierci dla ciała. Są tam dni euforii i dni przygnębienia. Brawurowe udane akcje albo długie godziny bezczynnego czekania na rozkazy. Jest też kosmiczna samotność dowódcy, zdanego jedynie na mapę, zawsze tylko częściowe rozeznanie sytuacji, omylny rozum i własne sumienie.
Rozwścieczeni Niemcy ściągają w okolicę coraz większe siły. 30 kwietnia 1940 ostatecznie zacieśniają okrążenie w zagajniku pod Anielinem. Otoczony przez dwie niemieckie dywizje, które około dwudziestoosobową wówczas grupę przeciwnika oceniają na 6000 ludzi, Hubal pada od kuli. Chwili jego śmierci nikt nie dostrzega. Dopiero po walce, na podstawie poskładanych w całość wieści od tych ostatnich, którzy wymknęli się z zasadzki, wiadomo: major zginął. Niemcy po raz pierwszy mogą spojrzeć mu w twarz. Patrzą jak myśliwi na wydartego puszczy głuszca, którego dotknąć da się tylko, gdy jest martwy. Fotografują się ze swoją zdobyczą. Dobrze pamiętają poniesione straty. Ze wsi każą sprowadzić wóz z gnojem i rzucone na ten gnój zwłoki wiozą do Studziannej. Dopiero potem przybyły na miejsce generał Blaskowitz długo salutuje poległego przeciwnika. Choć może tak tylko chce legenda.
Nikt już nie powie jednoznacznie, kim Hubal był. Historia ludzi to także historia pytań bez odpowiedzi. Ostatnim żołnierzem czy pierwszym partyzantem? Bohaterem romantycznym czy anarchistą? Zasłużonym obrońcą swojego kraju czy winnym śmierci setek ludzi w palonych w odwecie przez Niemców i pacyfikowanych "do ostatniego dziecka" wsiach? Rozrzutnie szafował życiem oddanych mu żołnierzy w przegranej z góry walce czy umacniał ducha tam, gdzie docierała wieść, że jeszcze ktoś się nie poddał?
Jest kwiecień, długi weekend. Spała gości turystów, jak niegdyś cara Aleksandra III, a potem prezydenta Mościckiego, który miał tu swój pałacyk. Do szańca Hubala wzniesionego na miejscu jego śmierci, w dawnym zagajniku wybujałym teraz w wysokopienny las, podchodzi jasnowłosy barczysty młodzian w wojskowej kurtce i pięknych, wysokich oficerkach: "styling partyzant". Legenda żyje, karmiąc się bardziej malowniczymi skrawkami przeszłości. W lasach spalskich obok przedwojennych chałup stoją nowe domy. Bocian na łące przekrzywił łepek i z widocznym uznaniem ogląda długi rząd jadących drogą rowerów, jakby odbierał defiladę. Tutaj drzewa się kończą i rowery muszą przejechać przez otwarte pole - dla tamtych z lasu przestrzeń nie do pokonania w biały dzień. Pokój to nie musieć już tak myśleć. Znowu drzewa. Zagajnik na lewo jest wyższy od konia, więc tam może też siedzą. Koń stoi z karmnikiem na pysku, żeby nie rżał, człowiek w podartym mundurze wystawia do słońca wychudzoną twarz. Drugi, w bruździe obok, z ręką zaczepioną o cugle, śni swój zmysłowy sen o parujących kartoflach ze skwarkami. Las gęstnieje. Między pniami drzew błyska w słońcu gniady zad. A może sam pień. Albo tylko słońce. Nie ma ich. Krew wsiąkła w ziemię albo spłynęła Pilicą. Ale byli. Więc są. Czas to nie strumień, tylko nieruchome jezioro.
Przy pisaniu tekstu korzystałam z książki Melchiora Wańkowicza Dwie prawdy. Westerplatte. Hubalczycy (PAX, Warszawa 1974).
DOROTA ZAŃKO, tłumaczka, sekretarz redakcji miesięcznika "Znak".
POCZĄTEK
STRONY |