Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LISTOPAD 2005, NUMER 606

Strona główna

Uniwersytety katolickie do lamusa?


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

Diagnozy

Pomagać sercem i głową

Janina Ochojska


Wchodząc codziennie do swojej skrzynki mailowej, otwieram serwisy Reutera z www.alertnet.org, z Center for International Disaster Information (www.cidi.org), z Humanitarian Affairs Review (www.humanitarian-review.org). Staje przede mną świat, którego na co dzień w mediach nie widać, świat codziennie rozgrywających się tragedii.

Dostaję informacje o krajach afrykańskich, w których gruźlica od 15 lat zabija ponad pół miliona osób rocznie, o Nigrze, gdzie głód cierpi 3,6 mln mieszkańców (w tym 800 tys. niedożywionych dzieci, które umrą w najbliższych miesiącach), o rozwijającym się konflikcie pomiędzy Ugandą a Kongo, o Somalii, gdzie co dziesiąte dziecko umiera przy narodzinach, a co czwarte z tych, które przeżyją, umrze przed piątym rokiem życia, o tragedii 4,5 mln uchodźców z Sudanu, o wojnie w Czeczenii, która trwa, choć świat uważa ją za dawno zakończoną, o problemach pomocy po tsunami i po stanie wyjątkowym na Sri Lance, o trzęsieniach ziemi (ostatnio w Rzymie, Japonii, Indonezji), powodziach (ostatnio w Pakistanie, Indiach, Chinach, w Rumunii i Bułgarii). Gaza, Irak, Burundi... Niedawna tragedia kilku milionów ludzi w Nowym Orleanie.

Dzisiaj 24 tys. ludzi umrze z głodu, z czego trzy czwarte to będą dzieci poniżej 5 roku życia. Z powodu braku odpowiedniej opieki umrze 1440 kobiet w ciąży, 6 tys. dzieci umrze z powodu braku dostępu do pitnej wody, a kolejnych 30 tys. dzieci umrze na uleczalne choroby. Takich strasznych liczb można by podać więcej, bo wiele krajów wyniszczają wojny i czystki etniczne, w innych z kolei ludzie cierpią z powodu systemów totalitarnych.

O niektórych z tych tragedii dowiadujemy się wtedy, gdy rozmiar zbrodni czy katastrofy jest ogromny. Tak było w wypadku Bam w Iranie, Biesłanu w Osetii, Azji Południowej i Południowo-Wschodniej po tsunami, a ostatnio po przejściu huraganu Katrina. Siła i zasięg mediów sprawiają, że możemy niemal na żywo uczestniczyć w tragedii ludzi. Możemy oglądać ich łzy, obserwować emocje wyrażane po stracie najbliższych, zobaczyć ciała ofiar, dokładnie obejrzeć straty, jakie ponieśli - zburzone domy, powyginane konstrukcje, resztki szkół, szpitali.

W pierwszych dniach tragedii możemy również uczestniczyć w akcjach pomocy, ofiarowując rzeczy lub pieniądze. Ostatnia akcja pomocy związana z tsunami to był światowy medialny show. Przez dwa tygodnie wszystkie agencje informacyjne przekazywały szczegóły tragedii, podając coraz to wyższą liczbę ofiar. Wiele z nich zaangażowało się w akcję zbiórki pieniędzy, co dało niezwykły efekt - największą sumę pieniędzy zebraną na pomoc - 11 mld USD.

Z mojego doświadczenia wynika, że to właśnie zainteresowanie mediów decyduje o tym, ile pieniędzy zbiorą organizacje humanitarne. Dzięki informacjom o rozmiarach tragedii, przekazywaniu jej ludzkiego wymiaru, jesteśmy wrażliwi na widok cierpienia. I to jest niezwykła misja mediów. Ale kiedy pojawiają się nowe tragedie, zapominamy o tym, co było. Liczymy już inne ofiary, patrzymy na inne łzy. I jest to po ludzku zrozumiałe. Trudno nam sobie wyobrazić, że tragedia ludzi, która nie zajmuje już miejsca w mediach, trwa nadal, a nawet się pogłębia. Dla nas wszystkich ruiny Bam, zniszczenia po tsunami i ludzie żyjący pod plastikowymi płachtami to przeszłość. Za sprawą mediów przeżywamy teraz tragedię Nowego Orleanu - widzimy obrazy zalanego miasta, ludzi koczujących w strasznych warunkach na stadionach, wycieńczonych chorych, którzy na dachu szpitala oczekują na ewakuację, słyszymy świadectwa matek trzymających niemowlęta na ręku oraz płacz po stracie najbliższych. To powoduje, że teraz myślimy o pomocy tym właśnie ludziom, bo ich los poprzez przekaz mediów stał nam się bliski.

Jak już wspomniałam wcześniej, nie należy się dziwić z powodu tej krótkiej pamięci ani oskarżać ludzi o bezduszność. Dlaczego więc o tym piszę? Ponieważ wiem, że skutki tych wszystkich tragedii nie znikają w momencie, kiedy przestajemy o nich słyszeć w mediach. Ponieważ wiem, że nasza świadomość tego, że tragedia ludzi nadal trwa, wpływa na los tych, którzy żyją na terenach dotkniętych klęską.

Na początku tragedii, zwłaszcza tych wielkich, media bardzo chętnie przekazują informacje i apele organizacji, ludzie chętnie wpłacają pieniądze na określone cele. Na pomoc dla Kosowa w 1999 roku PAH zebrała w ciągu dwóch miesięcy 1,5 mln zł, na ostatnią pomoc polskim powodzianom prawie 7 mln zł, na pomoc ofiarom trzęsienia ziemi w Bam 400 tys. zł, na pomoc ofiarom tsunami 9 mln zł. Ale już na pomoc Czeczenii, Sudanowi, Afganistanowi czy Irakowi, gdzie wciąż mamy do czynienia z cierpieniem ludzi, z głodem, brakiem wody, dachu nad głową, szkół, szpitali, zbieramy nieznaczne kwoty, ponieważ media sporadycznie informują o tragediach, więcej miejsca poświęcając zamachom, działaniom wojennym lub problemom politycznym w tamtych regionach świata. Trudno namówić dziennikarzy do zmiany tego nastawienia - zbyt długo te tragedie trwają, nie są "efektowne" i nie mają posmaku sensacji. Pamiętam, jak jeden z dziennikarzy, którego spotkałam w Inguszetii, namawiany przeze mnie, żeby pojechał do Groznego i napisał o naszym programie wodnym, odpowiedział: "Pani Janino, gdybyście ukradli 100 tys. dolarów, to byłoby o czym pisać, ale woda? To nudne".

Jeszcze trudniej namówić dziennikarzy, żeby informowali o efektach pomocy, o tym, na co przekazano zebrane pieniądze. Zniknięcie problemu z ekranu telewizora sprawia wrażenie, że został on rozwiązany i możemy już współczuć ofiarom nowych tragedii. Bo czy komukolwiek przyszłoby do głowy, że choć zebrano tyle pieniędzy na pomoc ofiarom tsunami, ludzie wciąż mieszkają pod plastikowymi płachtami na ogromnych polach (wynajmowanych przez organizacje międzynarodowe, które słono za to płacą rządowi Sri Lanki lub bogatym właścicielom ziemskim) oddalonych od ich dawnych miejsc zamieszkania o wiele kilometrów, że nowe działki mają otrzymać dopiero za trzy lata! Nasza wyobraźnia nie jest w stanie pojąć, co to oznacza. Ludzie, którzy żyją teraz w obozach, kiedyś byli ubodzy, ale utrzymywali się z pracy własnych rąk, byli niezależni. Lankijczycy to bardzo tradycyjny naród: mężczyzna pracuje i zdobywa pieniądze, żona opiekuje się dziećmi i domem. W obozach ten obyczaj jest całkowicie niszczony. Ludzie są wyrwani ze swoich naturalnych środowisk, pozbawieni pracy i całkowicie uzależnieni od pomocy humanitarnej. Oddaleni od szkół, świątyń, sąsiadów, "wynaradawiają" się i degenerują.

Pamiętam, że na początku bardzo poruszała mnie ogromna solidarność Lankijczyków, dbałość o obóz, w którym mieszkali. Ale po kilku miesiącach doświadczenia życia w piekle zbuntowali się. Dziś już nikt z mieszkańców obozu nie uprząta śmieci, nie dba o czystość w "namiotach". Panuje bierność. Zaczyna się alkoholizm, prostytucja, rodzi się zawiść. Warunki życia: plastikowa płachta nagrzewająca się w ciągu dnia do kilkudziesięciu stopni, małe racje żywnościowe, brak toalet, pryszniców, wody, a przede wszystkim poczucie beznadziejności wzmagane jeszcze przez wizyty bogatych organizacji (których przedstawiciele poruszają się klimatyzowanymi samochodami, pomieszkują w drogich hotelach) nasuwają pytanie, gdzie ta pomoc, która płynęła tak obficie. Nie można oczywiście obarczać winą za ten stan rzeczy wyłącznie organizacji humanitarnych i ofiar kataklizmu, bo zaszkodziła także polityka rządu, ale to temat na osobny artykuł, który mam nadzieję niedługo napisać. Sądzę jednak, że zainteresowanie mediów mogłoby sprawie bardzo pomóc. Mam nadzieję, że choćby w rocznicę tsunami ktoś publicznie zapyta o efekty "pomocy" za 11 mld USD.

W rocznicę wydarzeń w Biesłanie pokazywano szkołę, płaczące matki, groby. Opisywano sytuację polityczną i dociekano, kto był winny tragedii. To wszystko jest ważne. Ale czy ktoś zapytał lub napisał, co PAH zrobiła z ponad milionem złotych, które zebrała? Wysłaliśmy do mediów raport, ale tylko "Gazeta Wyborcza", "Rzeczpospolita" i Program I Polskiego Radia zainteresowały się tą informacją (raport jest dostępny na stronie www.pah.org.pl).

Od tragedii Bam upłynęło ponad 20 miesięcy. Kiedy ekipy telewizyjne stamtąd odjechały, kiedy odleciały samoloty, które dostarczyły koce, namioty i żywność, tragedia ludzi, którzy przeżyli, nie zakończyła się. Ona dopiero się rozpoczęła. Zawiedzione nadzieje rozbudzone wzniosłymi deklaracjami, bezradność wobec braku środków na odbudowanie normalnego życia i wielka niewiadoma: kiedy coś się zmieni, kiedy ta oczekiwana pomoc nadejdzie i koszmar się skończy? Od kiedy z mediów nie dochodzą do nas żadne informacje o Bam, żyjemy w przekonaniu, że ten "problem" został już rozwiązany. Tymczasem tylko 5 procent miasta zostało odbudowane. 155 tys. osób nadal koczuje w namiotach ustawionych przy ruinach swoich domów lub w pomieszczeniach zastępczych. Niektórzy mieszkają pod palmami daktylowymi, jedynym źródłem dochodu rodziny. Brakuje dostępu do wody pitnej, spora część ludności nadal musi korzystać z pomocy humanitarnej. Czy zebrane środki nie pozwoliły na odbudowę domów dla 75 tys. bezdomnych?

Nie chcę, żeby powstało wrażenie, że międzynarodowe organizacje niczego nie zrobiły. To one ratowały życie ludzi, dostarczały potrzebne artykuły, instalowały prowizoryczne toalety, prysznice, wznosiły budynki szkół, szpitali... Setki ludzi ciężko pracowało, a wielu pracuje nadal, żeby ulżyć doli ofiar. Ale odbudowa miasta, kanalizacji nie należy już do tych organizacji. Zresztą to nie one dostawały na ten cel pieniądze.

Czyż nie powinniśmy interesować się tym, co pomagający zrobili z naszymi pieniędzmi (takie informacje można znaleźć na stronach organizacji), czy tych informacji nie powinny przekazywać nam media?

Kiedy młodzi ludzie pytają mnie na spotkaniach, co mogą zrobić, nie mając pieniędzy, żeby wspierać taką pomoc jak nasza, odpowiadam - powinniście chociaż wiedzieć. Mieć świadomość tego, co dzieje się w świecie, nie ograniczać się do wiedzy o wydarzeniach politycznych w Polsce, Europie i Stanach Zjednoczonych. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ nasza świadomość lub jej brak wpływają pozytywnie lub negatywnie na losy świata i ludzi. To nie są przesadzone słowa ani łatwy idealizm. Wierzę w to, a właściwie wiem z doświadczenia, że to nie tylko głód, pragnienie, choroby czy bomby zabijają ludzi. Zabija ich przede wszystkim nasza obojętność. W wypadku każdej pomocy najbardziej liczy się ludzka solidarność. Ta przez duże S. To od niej zależą losy świata, losy najbiedniejszych i losy tych, których dotknęły kataklizmy.

Dlatego ważny jest sam fakt, że wiem o umierających dzieciach w Nigrze, wiem skąd wziął się ten głód, uczę się z nimi w s p ó ł o d c z u w a ć, ich los nie jest mi obojętny. Moja wiedza jest już początkiem nadziei, początkiem odmiany ich losu. Moją postawą oddziałuję na innych, moja nieobojętność kruszy obojętność innych. A pomoc - ta, która przywraca ludziom godność i niezależność - zaczyna się od nieobojętności, od sprzeciwu. Ile krzywdy wyrządzono Czeczenom, kwalifikując ich jako naród terrorystów, ile ofiar przysporzyliśmy konfliktowi bałkańskiemu, uznając, że trwa wojna religijna, w którą lepiej się nie mieszać? Gdybyśmy tylko nie byli obojętni, mogłaby się wytworzyć atmosfera sprzyjająca organizowaniu pomocy. Choć zatem nie mam czasem nic do ofiarowania, mogę dać moją solidarność. Ale cóż, czasami łatwiej o tony ryżu czy o pieniądze niż o solidarność.

Inny przykład. Codziennie zużywamy średnio 115 l wody dziennie (według danych ONZ 50 razy więcej niż w krajach rozwijających się), woda jest dobrem ogólnie dostępnym i oczywistym. Ilu z nas ma świadomość, że w 92 procentach naszego globu ludzie muszą przejść dziennie po kilkanaście kilometrów, żeby donieść wodę do domu? Zasoby wodne na Ziemi są integralną całością. Każdy z nas, bardziej lub mniej świadomie, przyczynia się do ich zmniejszenia. Jeżeli nie będę szanował wody, to ktoś na naszej planecie z powodu jej braku umrze z pragnienia. Takie myślenie jest początkiem pomocy. Ale żeby taką świadomość mieć, trzeba wiedzy.

Czy istnieje pomoc zła i dobra? Tak. I musimy zdawać sobie sprawę z tego, czym te obie pomoce się od siebie różnią. Celem pomocy nie jest uspokojenie naszych sumień. Celem pomocy jest danie człowiekowi tego, co pozwoli mu powrócić do normalnego życia, co pomoże mu uniezależnić się od naszych dobrych serc i podjąć odpowiedzialność za swoje życie, a tym samym przywróci mu godność. Wreszcie - jej celem jest danie nadziei i perspektywy na przyszłość. Jakakolwiek pomoc humanitarna czy charytatywna musi nie tylko zaspokajać pierwsze potrzeby w okresie konfliktu czy kataklizmu, ale także otwierać możliwość rozwiązania sytuacji, w jakiej znalazły się ofiary.

Niewłaściwie udzielona pomoc może całkowicie ubezwłasnowolnić i uczynić niezdolnym do podjęcia samodzielnych decyzji. To zjawisko jest szczególnie widoczne na przykład na terenach popegeerowskich, gdzie tysiące ludzi utraciło pracę i zostało objętych pomocą społeczną wystarczającą do przeżycia. Ta grupa społeczna jest już całkowicie uzależniona od pomocy, niezdolna do podjęcia jakiegokolwiek działania, które mogłoby poprawić jej sytuację. Podobnie jest w wielu krajach afrykańskich, gdzie miliony ludzi żyje od lat w obozach dla uchodźców. Nie można ludziom pozwolić umrzeć z głodu, ale nie można też powodować, aby los milionów ludzi zależał od naszej dobroci albo od tego, czego nam zbywa.

Pamiętam wstrząsające doświadczenie w jednym z obozów pod Chartumem w Sudanie, gdzie od przeszło dwudziestu lat ponad dwa miliony ludzi koczuje w czterech obozach. W obozie El Salaam mężczyźni z rodu Dimków mówili mi: jestem hodowcą, rolnikiem, rybakiem... Byli nimi, kiedy żyli na południu Sudanu i mieli stada, łodzie i ziemie. A kim są ich dzieci? Uchodźcami. Kim będą ich wnuki? Też uchodźcami. Uratować ich może jedynie powrót do rodzinnych wiosek. Ale ktoś te miejsca musi przygotować - zapewnić wodę, opiekę lekarską, edukację i bezpieczeństwo.

Niewłaściwie udzielona pomoc może człowieka upokorzyć i spowodować, że utraci wiarę w sens solidarności. Z taką upokarzającą pomocą spotkałam się niejednokrotnie - do Polski przyjeżdżały transporty z przeterminowanymi lekami, w magazynach Czerwonego Krzyża w Sarajewie widziałam pudła krawatów i popielniczek, w Groznym ludność cywilna otrzymuje konserwy wieprzowe, na Sri Lance mieszkańcy obozów dostali kuchenki gazowe, tylko nikt nie pomyślał, że potrzebują do nich gazu. Rozpowszechnione jest niestety przeświadczenie, że osoba potrzebująca to ktoś, komu przydadzą się rzeczy zalegające nasze strychy i piwnice. Wynika to z braku poszanowania człowieka i zrozumienia jego sytuacji.

Ofiary kataklizmów i wojen potrzebują naszej wiedzy na temat tego, co im jest najbardziej potrzebne, co pozwoli rozwiązać ich problemy. I to nie tylko w pierwszych dniach po kataklizmie, ale również wiele miesięcy po. Prawdziwa i sensowna pomoc musi dawać długofalowe efekty. Przeszkodą w udzielaniu wsparcia jest również brak wiedzy o tym, jak z biegiem czasu zmieniają się potrzeby, jakie są specyficzne problemy wynikające z konkretnego kataklizmu, jak funkcjonuje dane państwo itp.

Warto na koniec opisać, jak wygląda organizowanie pomocy. Bezpośrednio po kataklizmie lub innej tragedii (wojna, szczególnie okrutny zamach) media poświęcają wiele uwagi konkretnym wydarzeniom, a zwłaszcza ich ofiarom. Jeżeli sytuacja tego wymaga, zwracają się z zapytaniem do organizacji humanitarnych, czy podejmą się pomocy, ogłaszają apele i informacje o potrzebach. Rola mediów jest w tym momencie niezwykle ważna i trzeba powiedzieć, że polskie media spełniają ją doskonale. Jest to czas, kiedy ludzie ogarnięci współczuciem chętnie wspierają takie działania. Każda organizacja musi w tym czasie zebrać odpowiednie informacje - w zależności od sytuacji trwa to dłużej lub krócej. Na przykład podczas tragedii w Biesłanie PAH była na miejscu już tego samego dnia, ponieważ w pobliskim Nazraniu mamy siedzibę misji, która koordynuje pomoc dla Czeczenii. Po trzęsieniu ziemi w Bam czy tsunami na Sri Lance można było posłać szybko ekipę rekonesansową (samolotami MON dostarczającymi pomoc), co pozwoliło oszacować pierwsze potrzeby i zakres pomocy, w jaką PAH chciała się włączyć. W wypadku huraganu Katrina nie trzeba robić rekonesansu - są inne, większe organizacje, które zajmują się logistyką i dostarczaniem tego, co najbardziej potrzebne. Czekamy na informacje o stratach, szukamy kontaktów z lokalnymi organizacjami i zbieramy pieniądze. Podobnie dzieje się w wypadku Sudanu - zbieramy informacje, nawiązujemy kontakty, rozprowadzamy niebieskie opaski wodne, zbierając w ten sposób pieniądze m.in. na budowę studni w południowym Sudanie, dokąd będą wracali uchodźcy.

Kiedy już mamy środki i informacje, podejmujemy decyzję, czy zakładamy misję i sami koordynujemy pomoc (jak na Sri Lance, w Czeczenii, Iraku, Iranie, Kosowie, Afganistanie) czy korzystamy z pomocy lokalnych organizacji (jak w Indiach, Mozambiku, Kamerunie czy Turcji). Zależy to od ilości zebranych środków oraz od możliwości organizacyjnych w danym regionie. I dopiero wtedy wiemy, co dokładnie będziemy robić, jaki będzie koszt pomocy oraz czy będzie to pomoc jednorazowa czy wieloletnia.

Jakakolwiek byłaby to pomoc i jakąkolwiek drogą udzielana, najważniejsze jest, byśmy postępowali zgodnie z przyjętymi przez nas w PAH-u zasadami: budować wspólnie przyszłość, wspierać, a nie zastępować w działaniach, współpracować z lokalnymi władzami i organizacjami, żeby nie potęgować anarchii przez wprowadzanie własnych rozwiązań, szanować lokalne zwyczaje, znać historię i sytuację w danym rejonie, pracować w duchu solidarności i z wiarą, że każdy, nawet najmniejszy dobry czyn powiększy dobro świata, w którym żyjemy.

Wiele jest sposobów pomnażania tego dobra. Każdy z nas, w miejscu, gdzie żyje i pracuje, może to robić. Ważne jest tylko, żeby w działanie to zaangażować zarówno serce, jak i głowę.

JANINA OCHOJSKA, współzałożycielka i prezes Polskiej Akcji Humanitarnej. W 1993 roku Komisja Wspólnot Europejskich przyznała jej tytuł Kobiety Europy. Laureatka Nagrody im. Jana Karskiego Za Odwagę i Serce. Rozmowy z nią przeprowadzone przez Wojciecha Bonowicza ukazały się w książce Niebo to inni (2000).

Polska Akcja Humanitarna pomaga społecznościom,
które ucierpiały przez wojny, kataklizmy naturalne i biedę.
Udziela pomocy w Polsce, Afganistanie, Iraku,
Czeczenii, na Sri Lance. Planuje pomagać w Sudanie.
Pieniądze na cele statutowe Fundacji wpłacać można na konto:
BPH 56 1060 0076 0000 4011 0000 1906

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.