Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

PAŹDZIERNIK 2005, NUMER 605

Strona główna

Dokąd zmierza Rosja?


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

TEMAT MIESIĄCA

 

Rosja i jej lęki

Bartłomiej Sienkiewicz


Dariuszowi Karłowiczowi w podzięce za rozmowy

W sierpniu rosyjskie agencje informacyjne oraz państwowe kanały telewizyjne poinformowały o rajdzie rowerowym "Droga wolności". Rajd zorganizowany przez prokremlowską młodzieżówkę "Nasi" ma wieść historycznym szlakiem pospolitego ruszenia kniazia Dymitra Pożarskiego i Kuźmy Minina, w 393. rocznicę "oswobodzenia Moskwy od polskich najeźdźców". Jak zapewniał lider ruchu, a zarazem przedstawiciel służby prasowej prezydenta Putina Wasilij Jakimienko, tym samym zapoczątkowano państwowy program wychowania patriotycznego "Czas poznać Rosję". W rocznicę obchodów wypędzenia Polaków z Kremla zaangażowała się Rosyjska Cerkiew Prawosławna, zapowiadając liczne przedsięwzięcia religijno-patriotyczne mających podkreślić wagę "głównego ideologicznego święta państwa", jak to zręcznie ujął patriarcha Aleksiej II.

I na tym można by zakończyć opis wzajemnych stosunków polsko-rosyjskich w ostatnim czasie. Bo jest rzeczą zdumiewającą, że z całej historii tego wielkiego narodu ani wyzwolenie z jarzma tatarskiego w wyniku bitwy na Kulikowym Polu, ani inne wielkie triumfy (takie jak zwycięstwo nad Napoleonem) nie stały się symbolem rosyjskiej państwowości, a stała się nim lokalna awantura połączona z chwilowymi problemami wewnętrznymi początku XVII wieku. Co sprawia, że właśnie te wydarzenia koncentrują wysiłek propagandowy państwa i Cerkwi, dlaczego właśnie nieszczęsna wyprawa moskiewska stała się punktem odniesienia dla budowy rosyjskiej tożsamości po upadku ZSRR i destrukcji mitu sowieckiego imperium? Jak sądzę, są ku temu dwa powody. Pierwszy to lęk przed "utratą samego siebie". W historii Rosji był to moment, w którym niewiele brakowało, by przyjęła inny model polityczny, a w konsekwencji społeczny. Plany osadzenia Władysława, syna Zygmunta III Wazy, na tronie carów i otwarcie tym samym drogi do unii dynastycznej spełzły wprawdzie na niczym, ale były niebezpiecznie bliskie realizacji. To z kolei uruchomiłoby proces dobrze znany i przećwiczony w Wielkim Księstwie Litewskim - dlaczego panowie z Rosji nie mieliby posiadać przywilejów, jakimi cieszyli się panowie z Księstwa Litewskiego czy wcześniej Korony Polskiej? Dlaczego nie mieliby korzystać z prawa do nietykalności osobistej poza wypadkami przewidzianymi prawem, a nie wolą władcy absolutnego? Innymi słowy: dlaczego nie mieliby być ludźmi bardziej wolnymi? W ten sposób całe dziedzictwo Iwana Groźnego spełzłoby na niczym, a samodzierżawie będące aksjomatem politycznym Rosji w ciągu następnych stuleci (i oddziałującym do tej pory) byłoby wtedy jedynie ponurym incydentem.

Drugi powód to uczucie wstydu. Łatwość, z jaką Polacy doszli do Moskwy, nie była pochodną wyjątkowej dzielności oddziałów, lecz słabości ówczesnej państwowości rosyjskiej. Rosja jeszcze nie zaleczyła ran po straszliwej hekatombie, jaką własnemu narodowi zafundował Iwan Groźny. Jak opisują to ówcześni kronikarze, całe połacie kraju stały się na lata bezludne, a pośród traw z trudem można było dostrzec resztki ludzkich siedzib. Równocześnie jednak to właśnie Iwan Groźny jest symbolem potęgi Rosji, jej ambicji wykraczających daleko poza obszar Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Po stuleciach imię tego cara stało się synonimem imperialnych skłonności, których Rosjanie jako elity i jako naród nie wyrzekli się chyba do dzisiaj. Nadanie wagi polskiej interwencji mającej przecież bardziej charakter prywatnej awantury paru panów z "pogranicza" niż świadomej i planowej polityki Korony jest jakby próbą zamazania odpowiedzialności za słabość ówczesną, wynikającą przecież z wewnątrzrosyjskich uwarunkowań. Czy nie przypomina to obecnie prowadzonej kampanii w Rosji, gdzie prezydent tego kraju odsłania tablice poświęconą szefowi KGB, publicznie wynosi się zasługi Stalina i jego polityki, równocześnie biadając nad rozpadem ZSRR w wyniku działania "wrażych sił"? Działania te przysłaniają tym samym prawdę, której Rosjanie sobie jako zbiorowość jeszcze nie przyswoili: ich obecne kłopoty to cena, jaką się płaci za zbudowanie imperium na krwi i kłamstwie, zbudowanie go rosyjskimi przecież rękami.

Można by więc zaryzykować tezę, że święto z taką ochotą obchodzone teraz przez elity i prawosławną hierarchię okazuje się formą leczenia się z traumy o wiele starszej niż kłopoty z upadkiem "ojczyzny proletariatu", a jego wybór jako święta rosyjskiej państwowości był bardziej przemyślany, niż się to mogło wydawać.

Ale historia - ta polityczna, utylitarna, historia ludzi gotowych na każde skinienie władzy - rozgrywa się jeszcze na jednej płaszczyźnie: polsko-rosyjskiej. Od wielu miesięcy toczy się w Rosji operacja medialna opisująca przeszłość naszych wzajemnych stosunków. "Operacje medialne" to taki wynalazek obecnej władzy na Kremlu. Początkowo służyły objęciu władzy przez Władimira Putina. Z sukcesem przetrenowane, znalazły szybko zastosowanie w innych dziedzinach. Raz to jest Jukos i udowadnianie, że największym zagrożeniem jest jego były właściciel Chodorkowski, innym razem służą walce z Czeczenami lub państwami bałtyckimi. Cechą charakterystyczną takich operacji jest ich spójny program (przekaz), wielość nośników (gazety, strony internetowe i fora dyskusyjne, telewizja, a czasami kino - to przecież kraj Eisensteina...). Prowadzenie takich działań jest o tyle łatwe, że niezależne dziennikarstwo właściwie nie istnieje, a jeśli istnieje, to ma bardzo ograniczony zasięg, a jeśli ma jakikolwiek zasięg i jest niezależne, to zwykle jest likwidowane przez zmiany właścicielskie. Kampania "polityki historycznej" wobec Polski zaczęła się parę miesięcy przed rocznicą zakończenia II wojny światowej. Inicjatorem były te same strony internetowe co zawsze (założone przez kremlowskich doradców) i te same osoby, które były zaangażowane we wcześniejsze "operacje". Sens przekazu był jasny: Polska jest zawsze niepewnym sojusznikiem, w wojnie jej rola była dwuznaczna, a pretensje wysuwane przez Polaków (Katyń, Powstanie Warszawskie, pakt Ribbentrop-Mołotow) to rodzaj agresji propagandowej. W ramach tej kampanii były oficer "Smiersz" porównywał sytuację w Polsce w 1945 roku do obecnej sytuacji "naszych chłopców" w Czeczenii, zaś autorka poczytnej strony pisała o AK jako sojuszniku hitlerowców itp. Zdumiewa to, że operacja po tej rocznicy nie ustała, lecz dalej toczy się w najlepsze. Ostatnio można było przeczytać, że to Polska prowokowała hitlerowskie Niemcy do wojny oraz że "bojownicy polskiej Armii Krajowej w mieście Mińsk Mazowiecki wyrżnęli nasz szpital, zabijając 200 rannych i cały personel (kobiecy)". Reszty nie przytaczam przez wzgląd na wrażliwość czytelników. Jedynym narodem, który jest przedstawiany w równie negatywnym świetle w rosyjskich mediach są "czeczeńscy terroryści". Ta operacja nie kończy się, jakby była potrzebna albo do uzasadnienia radykalnych kroków wobec Polski, albo jako wielki projekt edukacyjny. Osobiście uważam, że chodzi o to drugie - o "szczepionkę", rodzaj uodpornienia na idee, kontakty i potencjalne wpływy Polski jako przykładu, państwa aktywnego na forum międzynarodowym czy potencjalnego konkurenta. Tylko czego oni się tak boją?

Jeden z "technologów politycznych" Kremla, jak się nazywa doradców od spraw publicznych o KGB-owskiej proweniencji, Marat Gelman, jako jeden z wielu analizował przyczyny klęski Rosji na Ukrainie ogarniętej "pomarańczową rewolucją". Gelman był w ekipie mającej pomóc Kuczmie i Janukowyczowi w pokonaniu Juszczenki. Z widomym skutkiem. Według Gelmana przykład płynący z Kijowa może mieć dla Rosji bardziej niebezpieczne skutki niż eksport kolejnej rewolucji zdolnej zmieść reżim Putina. Jeśli na Ukrainie uda się "zaspokoić potrzeby życiowe zwykłych ludzi" lepiej niż w Rosji, to wtedy dla Rosji zacznie się kłopot... Bo nie da się tego usprawiedliwić wojną, głodem, latami komunizmu lub czymkolwiek innym, co łagodzi porównanie ze społeczeństwami Zachodu. A tu może być lepiej na Ukrainie, w kraju o tym samym losie i problemach co Rosja. Słuszna przestroga, jeśli zważyć, że przeciętna długość życia Rosjanina to 54 lata, który to wskaźnik pogorszył się w ostatnich latach. Podobnie z innymi wskaźnikami: przyrostu naturalnego, śmiertelności noworodków, rozwodów, aborcji, prostytucji, narkomanii i innych. Jest rzeczą zdumiewającą, że kraj mający w wyniku boomu paliwowego tak potężne rezerwy finansowe, mający zrównoważony budżet i silną władzę, nadal nie jest w stanie powstrzymać czynników destrukcji społecznej, wyraźnego obniżenia podstawowych parametrów "przeżycia" własnych obywateli. Obawy Gelmana są więc uzasadnione. Podobnie jak niepokoje innego wybitnego analityka Dmitrija Trienina, który zauważył, że przynajmniej połowa Ukraińców to już "naród polityczny", byt, którego nie uświadczy się w Rosji. Sukces Ukrainy (jeszcze nie przesądzony i bardzo niepewny) jest zarazem szansą pojawienia się takiej Rosji, jakiej dotąd nie widzieliśmy: otwartej, obywatelskiej, pragnącej wolności i prawdy w życiu publicznym. A nade wszystko Rosji stawiającej sobie za cel zwiększenie długości życia swoich obywateli, a nie odtwarzanie imperium w zmienionych kostiumach. Bo przykłady sąsiadów mogą być zaraźliwe.

W rzeczywistości chodzi o wykorzystywanie (...) niezależnych środków masowego przekazu do ingerencji w nasze sprawy wewnętrzne dla osiągnięcia własnych celów w relacjach z Rosją. Strona rosyjska krytycznie odnosi się do tych metod. Uważam, że jedyną stosowną odpowiedzią z jej strony będzie dalsze umocnienie [państwowości] Rosji.

Tak mówił minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow w przemówieniu do studentów MGiMO (Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Zagranicznych) 23 sierpnia tego roku w polemice z zarzutami, że Rosja staje się imperialna. To odpowiedź godna tradycji: wolność panująca gdzie indziej uderza w nasze interesy, bo mówi o rzeczach, o których my musimy milczeć. Z tego punktu widzenia im bliżej taka wolność się rozplenia, tym jest to groźniejsze. Toteż państwa bałtyckie stały się w kremlowskiej propagandzie na trwałe "faszystowskie", a Polska kolejny miesiąc pozostaje obiektem "historycznej operacji medialnej". Ale ostatnie kryzysy stosunków między Rzecząpospolitą a Federacją Rosyjską miały umiarkowany rezonans społeczny. Według badań WICIOM 44 procent Rosjan ocenia nasze stosunki jako pozytywne, a 41 procent uważa je za napięte. To skromny wynik jak na takie instrumenty medialne. Może nadmiar propagandy uodparnia, jak to było w czasach komunizmu?

Ale te same badania mówią, że 8 procent Rosjan kojarzy Aleksandra Kwaśniewskiego jako jednego z liderów Europy Środkowo- -Wschodniej. Zatem dla przeciętnego Rosjanina ten obszar świata w zasadzie nie istnieje. Jeśli takie są twarde dane, to powtórzmy raz jeszcze: czego oni się tak boją, skoro uruchomiono taką maszynerię kłamstw i wrogości?

W "Teologii Politycznej" (nr 2, jesień 2004 - lato 2005) znalazł się tekst Dariusza Gawina Warszawa 1944. Oślepiający blask wolności. To bodaj jeden z najśmielszych współczesnych tekstów o polskiej tożsamości. Gawin twierdzi, że okrucieństwo obydwu totalitaryzmów wobec walczącej Warszawy to pochodna pewnego radykalnego pojęcia wolności, które "rozbłysło" w tamtych dniach nad stolicą Polski. Wolności wzywającej do wspólnoty politycznej wszystkich swoich obywateli, a przez to nieznośnej dla jej wrogów. W latach pierwszej pielgrzymki papieskiej i pierwszej Solidarności dane nam było poznać podobne "oślepiające błyski wolności" wraz z ich radykalizmem czyniącym kwestie polityczne wyborami na wskroś moralnymi - bez żadnej gry czy kalkulacji. I kiedy wydawało się, że ten ogień się na zawsze wypalił, a młodym Polakom pozostało wyłącznie czekać na kolejne ustalenia biurokratów sprawujących władzę w imię zimnych kalkulacji tego świata, wydarzyła się Ukraina. Co prawda w skali nieporównywalnej ze wspomnianymi wyżej wielkimi chwilami historii, ale jednak uruchomił się w owe zimowe dni podobnie nieopanowany zachwyt wolnością. Tym razem do dawania jej innym, do wspierania tych, którzy jej potrzebują. Szybko zauważono w Polsce, że czujemy się z pomarańczowymi kokardkami lepsi, jakby na chwilę rozgoryczenie naszą wolnością można było zamienić na marzenia innych. Tysiące młodych ludzi manifestujących na mrozie w polskich miastach, tysiące młodych Polaków na Ukrainie, a wreszcie zaangażowanie całej maszyny państwa polskiego w sprawy Ukrainy. Tego nie dało się przeoczyć, nie dało zlekceważyć, jeśli wolność pojmuje się jako zagrożenie. To był sygnał, że tak jak dawniej jesteśmy skłonni znaleźć w polityce ton zgodny z powszechnym poczuciem tego, co moralnie słuszne, i uczynić z tego sprawę całej Republiki. To, co potem nastąpiło, jest powszechnie znane: umorzenie śledztwa katyńskiego w rocznicę ludobójstwa, wykluczenie Polski ze spotkania z okazji 750-lecia Królewca, zaproszenie Jaruzelskiego na obchody zakończenia wojny, pobicie dyplomatów i dziennikarza w Moskwie, atak Łukaszenki na polską mniejszość na Białorusi. Ta lista będzie dłuższa.

Jak długo to potrwa? Trudno przewidzieć. Ale obecna ekipa na Kremlu nosi już w sobie zarodki upadku. Strach jest złym doradcą, a w postępowaniu Putina i jego otoczenia widać wyraźnie, że to uczucie zaczyna dominować. Gangrena przemocy, pogardy dla ludzkiego życia i prawa, jaką zakaziła się Rosja w Czeczenii, stopniowo podnosi temperaturę w całym organizmie tego państwa. System zbudowany na ikonie medialnej jednego człowieka, prezydenta, ma małe zdolności radzenia sobie z sytuacją kryzysu. Tym bardziej nerwowo reaguje on na wszelkie jego znamiona. Zostaliśmy zakwalifikowani jako wrogowie i będziemy musieli to jakiś czas znosić. Dopiero jak minie Putin i jego ludzie, będziemy mogli pomyśleć na nowo o stosunkach z Rosjanami. Na razie zostaje nam cierpliwość i odwaga. Bo bez odwagi nie da się przeżywać wielkiej przygody wolności.

Na przełomie XIX i XX wieku w Kościele katolickim pojawił się ruch odnowy liturgii, postulujący powrót do źródeł, czyli - w tym przypadku - do Mszy jako tej formy kultu, z której wynikają wszystkie inne. Starano się obudzić w wiernych głód komunii świętej (Pius X), zwracano uwagę na różne formy obecności Chrystusa w Kościele (Paweł VI).

BARTŁOMIEJ SIENKIEWICZ był współpracownikiem ministrów Kozłowskiego i Milczanowskiego w MSW i UOP, a następnie współtwórcą i (do wiosny 2001) wicedyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich. Wykłada w Akademii Obrony Narodowej.

 

 

POCZĄTEK STRONY


Znak Młodych

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.