Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LIPIEC-SIERPIEŃ 2005, NUMER 602-603

Strona główna

Człowiek w potrzasku Historii


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

Społeczeństwo nieobojętnych

 

Zaklinacz zła

Juliusz Ćwieluch

Podczas uroczystości wręczenia Nagród im. księdza Józefa Tischnera najbardziej rzucała się w oczy tyczkowata postać księdza Manfreda Deselaersa. Ten 50-letni Niemiec z wyglądu przypomina bardziej surowego pastora niż katolickiego księdza. Gęsta czarna broda i smutne oczy kontrastują z jego wymową. W Polsce mieszka już od ponad 15 lat, ale trudny polski język ciągle płata mu figle, co czasem może śmieszyć. Jeśli jednak wsłuchamy się w to, co mówi, o żadnej śmieszności nie może być mowy. Deselaers, jak mało kto na świecie zna się na złu, choć w całym swoim życiu nie skrzywdził pewnie nawet muchy. Czym jest zło, zobaczył na polskiej ziemi, za równiutkim płotem z drutu kolczastego okalającym obóz zagłady w Brzezince (wiele lat później usłyszy, że ten obóz musieli postawić Niemcy, bo w całej Polsce nie ma drugiego takiego równego płotu). - Przeżyłem szok. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem coś, o czym nie mówiło się ani w szkole, ani w domu. Wszyscy Niemcy, których znałem, byli normalnymi, porządnymi ludźmi. Jak to możliwe, że ci sympatyczni ludzie stworzyli to piekło? - wspomina Deselaers. To był rok 1974.

Do Auschwitz trafił właściwie przypadkiem. Nie chcąc służyć w wojsku, zdecydował się na służbę zastępczą w Akcji Znak Pokuty. Niemieccy intelektualiści, którzy założyli ten ruch, pomagali młodzieży poznać przeszłość ich kraju, a jednocześnie dawali im szansę zrozumienia i zadośćuczynienia za winy ojców. 19-letni düsseldorfczyk wybrał pracę z upośledzonymi dziećmi w Izraelu. Właśnie w ramach przygotowań do tego wyjazdu po raz pierwszy odwiedził Auschwitz. Wtedy jeszcze nie wiedział, że po raz kolejny wróci tam jako ksiądz - i to na stałe.

Między Męczeństwem Narodów a Ofiarami Faszyzmu

Oświęcim na każdym kroku przypomina, do czego zdolni byli naziści, jak mówią historycy, albo Niemcy, jak woli większość Polaków. Drogi do miasta niemal utkane są kierunkowskazami do obozu koncentracyjnego.

Ksiądz Deselaers miał mnóstwo odwagi, że zdecydował się przeprowadzić do Oświęcimia i właśnie w tym mieście zostać kapłanem - mówi ksiądz prof. Łukasz Kamykowski, z Instytutu Ekumenii i Dialogu Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Niemieckiego księdza poznał na początku lat 90., świeżo po tym, jak udało się załatwić formalności związane z jego przenosinami do Polski. - Pomysł był mój, ale zgodę musiał wydać biskup Klaus Hemmerle z Aachen (Akwizgran) i krakowski kardynał Franciszek Macharski. Obydwaj zapalili się do tej propozycji, ale załatwianie formalności trwało wiele miesięcy. Trzeba pamiętać, że to były jeszcze dawne czasy - wspomina Deselaers. Data jego przyjazdu do Oświęcimia jest symboliczna - 3 października 1990, dzień zjednoczenia Niemiec.

Na miejscu nie wszyscy byli równie entuzjastycznie nastawieni co przełożeni Deselaersa. - Jeden z księży znajomość zaczął od pokazania mu miejsca, w którym Niemcy rozstrzelali jego dziadka. Musiałem wytłumaczyć mu, że nieco opacznie zrozumiał ideę pojednania, z którą przyjechał do Polski ksiądz Manfred - opowiada ksiądz Kamykowski, który sam mógłby wiele powiedzieć na temat nazistowskich okrucieństw. Jeszcze do niedawna w jednej z obozowych gablot wisiało zdjęcie jego dziadka rozstrzelanego "dla przykładu" w Auschwitz 27 maja 1942 roku.

Deselaers formalnie mógł zostać w Polsce pod pretekstem pisania doktoratu. Na co dzień był jednym z wikarych oświęcimskiej parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny. W budynku, w którym zamieszkał, 50 lat wcześniej mieściła się siedziba SS.

Od 15 lat niemal co tydzień wybiera się na spacer połączony z modlitwą do obozu w Brzezince. Żeby się tam dostać, musi przejechać koło ulicy Męczeństwa Narodów. Później wchodzi w ulicę Ofiar Faszyzmu. Stąd ma już tylko parę kroków do rampy, gdzie rozładowywano pociągi i selekcjonowano więźniów: na tych do gazu i tych do pracy.

Gazu było tyle, ile trzeba

Ponieważ w Polakach denerwuje go narzekanie, sam unika tego jak ognia. O swoich pierwszych latach w Polsce lakonicznie mówi, że były "trudne". - Nikogo tutaj nie znałem. Nie mówiłem po polsku, no i byłem Niemcem, który przyjechał do Oświęcimia - wspomina. Wybawieniem okazała się praca doktorska o Rudolfie Hössie, komendancie obozu Auschwitz. Praca, która stała się owocem ponad pięcioletniego ślęczenia w archiwach i bibliotekach, zaszokowała wnioskami. - Pokazałem, że Höss, który był niemal idealnym narzędziem zbrodniczej maszyny, kompletnie zatracił się w złu. Pisząc książkę, szukałem, co stało się z jego człowieczeństwem, które na koniec odnalazł dzięki wierze - mówi ksiądz Manfred. 10 kwietnia 1947 roku, na sześć dni przed wykonaniem na nim kary śmierci Höss wyspowiadał się, a dzień później przyjął Komunię świętą. W jednym z ostatnich listów do rodziny napisał do syna Klausa, któremu wróżono błyskotliwą karierę w SS:

Zachowaj zawsze swoje dobre serce. Bądź człowiekiem kierującym się przede wszystkim głębokim uczuciem człowieczeństwa. Naucz się samodzielnie myśleć i mieć własne poglądy; nie przejmuj wszystkiego bezkrytycznie jako bezwzględną prawdę. Ucz się z mego życia. (...) We wszystkim, co będziesz czynił, nie kieruj się wyłącznie rozumem, lecz zważaj zwłaszcza na głos swego serca.

Te słowa napisał człowiek, który jeszcze kilka tygodni wcześniej oburzał się na zarzuty, że dawał za mało gazu do zabijania ludzi, a przecież zawsze było go tyle, ile potrzeba. - Moim marzeniem jest, żeby Oświęcim przestał być symbolem zła, a stał się miejscem pojednania i czynienia dobra. Mamy szansę dania pozytywnej odpowiedzi na to piekło, które tutaj zgotowano ludziom - mówi Deselaers.

Zarażeni dobrem

Od ośmiu lat, kilkaset metrów od bramy z napisem "Arbeit macht frei" znów coraz częściej słychać język niemiecki. To młodzież, ściągana przez Deselaersa do Centrum Dialogu i Modlitwy, które wraz z polskim księdzem Janem Nowakiem stworzyli w Oświęcimiu. Do Centrum może przyjechać każdy. Na parkingu można spotkać jednocześnie autokary z Tel Awiwu, Mińska Mazowieckiego czy z Münster. Sława Deselaersa przyciąga zwłaszcza Niemców. - Spotykam się z każdym, ale szczególnie zależy mi na moich rodakach. Pomagam im przygotować się na to, co zobaczą, i to, co przeżyją. Chodzi nie tylko o to, żeby ich przerazić, ale wskazać drogę do czynienia dobra - tłumaczy sens swojej pracy. W Centrum spotykają się z ofiarami obozu, dyskutują na temat tego, co zobaczyli za drutami. Przeżywają to różnie. Wielu, szczególnie młodych, płacze. Niektórzy, zwłaszcza starsi, tłumaczą, że zło czynili nie tylko Niemcy. "A gułagi? A to, co sami Izraelczycy wyprawiają z Palestyńczykami?". - Część starszych próbuje zagłuszyć tę straszną winę. Z kolei młodym trudno zrozumieć, dlaczego oni, którzy urodzili się lata po wojnie, zmuszani są do dźwigania grzechów przodków. A przecież nie chodzi o obarczanie ich złem. Centrum jest po to, żeby zarażać ich dobrem. Otwierać na miłość do drugiego. Człowiek, który nie ma w sobie miłości, zabija samego siebie - tłumaczy ksiądz Manfred. To samo mówi na wykładach w Papieskiej Akademii Teologicznej młodym Polakom, którym wydaje się, że ich to nie dotyczy. Podczas wykładu jeden z młodych księży na chwilkę zasypia. Właśnie ucieka mu fragment rozważań o tym, że zło zabija w nas poczucie godności drugiego człowieka. Budzi się, kiedy po sali przechodzi szmer śmiechu. Tak przyszli teologowie zareagowali na zdanie, że "w pewnym sensie wszyscy jesteśmy źli".

Jakoś to będzie

Przez te 15 lat ksiądz Manfred wrósł w polski krajobraz. Ale jego niemiecka natura czasem wychodzi na wierzch. - Szczególnie, kiedy Manfred każe mi zaplanować udział w sesji naukowej z rocznym wyprzedzeniem. A skąd ja mam wiedzieć, co będę robił za rok o godzinie 17? - irytuje się ksiądz profesor Kamykowski. Za to Deselaersa denerwuje, kiedy on poważnie martwi się, za co dokończyć budowę Centrum, a Polacy ze stoickim spokojem zapewniają go, że jakoś to będzie. Kilka miesięcy temu odwiedził swoich niemieckich kolegów. Ci nie mogli pojąć, jak to jest, że Centrum Dialogu działa już od 8 lat, a nawet nie ma statutu czy spisanego programu. - Martwili się, co dalej, a ja im na to odpowiedziałem, że jakoś to będzie - śmieje się ksiądz Manfred. Jego zdaniem, ta anegdota pozytywnie nastraja co do pytań o dalsze losy polsko-niemieckiego pojednania.

JULIUSZ ĆWIELUCH, absolwent kulturoznawstwa UJ. Był dziennikarzem "Gazety Wyborczej", obecnie pracuje w "Przekroju", gdzie specjalizuje się w problematyce społecznej.

 

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK


 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.