Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

CZERWIEC 2005, NUMER 601

Strona główna

Nasze neurotyczne czasy


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

TEMATY I REFLEKSJE

 

Borys Pasternak lubił palić w piecu

Małgorzata Łukasiewicz

Pewnego styczniowego dnia 1935 roku Borys Pasternak wstał wcześnie, ale do pracy zabrał się dopiero o godzinie siódmej wieczorem. To jest - do tego, co uważał za swoją pracę, a wówczas rozpoczął już pisanie Doktora Żywago. Powieść rozrastała się, nabierała rozmachu, stawała się wielkim doświadczeniem: "ta praca przybliża mi możliwość pisania w przyszłości wierszy jakoś inaczej".

Wstał wcześnie, ale do pracy zabrał się dopiero wieczorem, bo cały dzień zszedł mu na innych zajęciach.

Rankiem rozchorowała się Prask[owia] Pietrowna, temperatura 39 z kreskami. Paliłem w piecu, sprzątałem, załatwiałem sprawy, miałem lekcję z Żenią, tam zjadłem obiad, wróciłem do domu, dla Pr[askowii] P[ietrowny] chodziłem po lekarstwo, a dla siebie po wodę do Komakademii (drugi dzień nie ma wody). W delikatesach spotkałem Ritę, która po całym mieści szuka cytryn.

Żenia to syn Pasternaka z jego pierwszego małżeństwa, Praskowia Pietrowna to służąca w moskiewskim domu Pasternaków.

W swojej pracy doszedł do punktu, kiedy przydałyby się dodatkowe lektury. "Zabrałem się do czytania, połknąć by to wszystko w ciągu dwóch-trzech dni i znowu wrócić do pisania, ale nic z tego (...) same okoliczności nie pozwalają mi na przesiadywanie nad książkami, co pewnie byłoby szkodliwe. Lubię przecież palić w piecach, kiedy jest to niezbędne i nie ma kto tego zrobić".

O tym wszystkim donosi Pasternak żonie, Zinaidzie, która przebywa z synami (ze swego pierwszego małżeństwa) w domu wypoczynkowym Litfondu w Abramcewie.

Wydane niedawno po polsku Listy do Ziny pochodzą z lat 1930-1957. Dają wgląd w wydarzenia historyczne, w życie codzienne, w twórczość, w myśli, w miłość wielkiego pisarza. A przynajmniej uchylają furtkę.

Polski czytelnik, rozpieszczony przez znakomitych wydawców, przez Hannę Kirchner, która wokół dzienników Nałkowskiej rozpostarła całą soczyście i szczegółowo nakreśloną scenerię życia diarystki, przez Tadeusza Drewnowskiego, który nie przepuścił bez solidnego przypisu chyba ani jednej z przewijających się przez dzienniki Dąbrowskiej postaci - polski czytelnik, zwłaszcza jeżeli z braku orientacji w rosyjskim życiu politycznym, towarzyskim i literackim nie potrafi sam sobie dopełnić obrazu, może się poczuć tą edycją rozczarowany. Ale w końcu powie sobie rozsądnie, że lepiej mieć listy Pasternaka z niedostatecznym komentarzem, niż nie mieć ich wcale.

Listy zawsze dają obraz wybiórczy i niekompletny. Znaczą momenty rozłąki. Pewnym uzupełnieniem mogą być wspomnienia Ziny, stanowiące drugą część książki, a spisane w latach 1962-63. Dodatkowo nad korespondencją wisi obawa, że listy przeczyta ktoś niepowołany a groźny. W listach Pasternaka do Ziny nie znajdziemy w każdym razie wzmianki o sławetnej rozmowie telefonicznej ze Stalinem ani historii z publikacją Doktora Żywago i z nagrodą Nobla. Ale i tak znajdziemy w nich dość.

W sierpniu 1941 roku Pasternak pisze:

Drażnią mnie idiotyczne szablony ciągle jeszcze panujące w literaturze, w kwestiach związanych z drukowaniem, cenzurą itd. Nie można po tym, jak ludzie poczuli zapach prochu i śmierci, popatrzyli niebezpieczeństwu w twarz, przeszli nad skrajem przepaści itp., itd., karmić ich znowu tym samym głupim, ponurym i obowiązkowym brakiem treści, który nie tylko jest na rękę władzy, lecz odpowiada też samym pisarzom, ludziom w większości pozbawionym talentu i mało twórczym, z nędznym apetytem, którzy nawet nie podejrzewają, jak smakuje nieśmiertelność, i zadowalają się kanapkami, zisami emkami i tartinkami z dwoma orderami. I to ma być biografia! I po to ludzie rodzili się, rośli, żyli. Pamiętasz, w jakim nastroju byłem przed wojną, jak chciałem robić wszystko naraz i wyrażać całego siebie, do samej głębi. Teraz ten nastrój jest dziesięciokrotnie silniejszy.

We wrześniu 1941 roku, po wysiedleniu z Moskwy rodzin pochodzenia niemieckiego:

Ileż wokół nieszczęść i zła, jakie góry spustoszenia wśród ludzi, ile rachunków do wyrównania, jeden większy od drugiego, chowa za pazuchą ludzka pamiętliwość, ile dziesięcioleci będzie potrzeba w przyszłości, by je z obu stron uregulować.
A jeszcze coraz silniejsza beznadziejność nieznośnego braku swobody ducha. Robisz coś prawdziwego, wkładasz w to swoją myśl, indywidualność, odpowiedzialność i duszę. Na rękopisie robią znaczki, pstrzą znakami zapytania, wybałuszają oczy. W najlepszym wypadku, jeśli z setką zastrzeżeń przyjmą niewielką część tego, co zostało zrobione, zapłacą po 5 r. za wers. (...) Przez całą tę deszczową noc myślałem o tym. Jak żyć, do czego dążyć, z czego rezygnować? Nie da się powiedzieć, jak pragnę zwycięstwa Rosji i nie mam innych pragnień. Ale czy mogę pragnąć zwycięstwa tępoty i długowieczności banalności i nieprawdy?

"Pełno jest w jego listach, nawet przy czysto teoretycznych rozważaniach, tych konkretów, które lepiej niż długie rozprawy malują sytuację, w jakiej przypadło żyć ludziom" - pisał Seweryn Pollak o korespondencji Pasternaka z przyjaciółmi. (A przy okazji: co właściwie stało się z przygotowanym przez Pollaka polskim wydaniem tej korespondencji? W postaci korekt widziano ją pod koniec lat 80. w "Czytelniku"). W listach do żony owych konkretów jest jeszcze więcej, z całą ich nieodpartą wymową. Jest codzienność, piece, lekcje angielskiego z synkiem, wysyłanie paczek żywnościowych, dbanie o ogródek, który dostarcza kapusty, zmagania z biurokracją, z cenzurą, z brakiem pieniędzy, z trudnościami, jakie nastręcza każda najbanalniejsza życiowa sprawa. Te trudności potęgują się w latach wojny, ale i w czasie pokoju zajmują dość miejsca.

Tego samego styczniowego dnia Pasternak zaszedł jeszcze do Litfondu, żeby przedłużyć pobyt żony z dziećmi na zimowisku:

Ale Bielajew jest chory (..), a on by mi ułatwił całą tę procedurę. Pojutrze będę dzwonić do Rożdiestwienskiego i wszystko załatwię. Mówią, że na sobotę i niedzielę czasem jeździ do Abramcewa (...). Jeśli to prawda, to gdy go zobaczysz, mogłabyś poprosić o przeniesienie do dużego domu.

Co chwila napotykamy podobne ustępy. Nic nie jest proste, wszystko wymaga uruchomienia kolosalnych zasobów energii, pomysłowości i cierpliwości.

Ale Borys Pasternak się nie skarży. Przeciwnie, zapewnia, że lubi palić w piecu, lubi zadbać o ogród, lubi się nakrzątać, jeżeli jest z tego jakiś pożytek, jeżeli się to przyczynia do polepszenia bytu rodziny, przyjaciół czy w ogóle kogoś. Nie ubolewa, że strawił dzień na zabieganiu o przyziemne sprawy bytu.

O mnie się nie martw: z cichą, bezgłośną, przez nikogo nie przerywaną i spokojną prędkością ze wszystkim daję sobie radę i sprawia mi to rozkosz.
(...)
Najwidoczniej to głęboko zakorzeniona słabość mego życia: lubię palić w piecu, tzn. w chłody, kiedy jest drewno, lubię być panem sytuacji, lubię ciepło, które zapewniły moje własne ręce.

Moglibyśmy nie dowierzać tym listownym zapewnieniom, moglibyśmy przypuszczać, że to tylko takie gadanie na pociechę. Ale to niesłuszne podejrzenia. Według Pasternaka troska o stronę materialną nie jest zwykłą koniecznością i nie wynika wyłącznie z poczucia obowiązku i odpowiedzialności. Troska o stronę materialną jest czymś dobrym sama w sobie. Cząstka, którą wybrała Marta, też jest dobra, ponieważ między materialną a duchową stroną życia zachodzi ciągłość. I Pasternak na różne sposoby ciągle nam o tym przypomina.

Przenikanie się obu sfer zaznaczają niezwykłe Pasternakowskie metafory i porównania, w prozie powieściowej i korespondencyjnej może jeszcze bardziej niezwykłe niż w liryce. W liście do Ziny z maja 1931 roku Pasternak pisze:

przez cały czas, kiedy myślę o nareszcie bliskim życiu z tobą, napełnia się ono godzinami, sytuacjami, sprawami, dokonaniami, wyraziście-wiernymi w swojej prozaiczności, jak kufer czy pikowana kołdra. (...) I kocham życie z tobą, jak barwne śniadanie przy bezmiernie ogromnym śniadaniu świata, jak potrawę ze światła...

Sama twórczość poetycka ma swój czysto fizyczny wymiar: Żywago w Warykinie odtwarza z pamięci swoje wiersze "zamaszystym pismem, chcąc, aby wygląd zapisanego tekstu odzwierciedlał żywe poruszenia ręki i miał własne oblicze i wymowę".

Mikołaj Nikołajewicz, wuj i bożyszcze dziecinnych lat Jurija, mówi wprost: "Dotychczas uważa się, że w Ewangelii najważniejsze są sentencje moralne i zasady zawarte w przykazaniach, a dla mnie najważniejsze jest to, że Chrystus mówi przypowieściami wziętymi wprost z życia, oświetlając prawdę blaskiem codzienności". Lara, która w doskonały sposób ucieleśnia jedność obu porządków, jest najpiękniejsza, kiedy wykonuje "prozaiczne, codzienne prace". Patrząc na nią, Jurij rozmyśla: "W czytelni porównywałem jej sposób czytania z zapałem i pasją prawdziwej roboty, z pracą fizyczną. I na odwrót, wodę nosi, jakby czytała, lekko, bez wysiłku. I ta płynność jest we wszystkim, co robi".

Jurij Andriejewicz też lubi palić w piecu i świetnie mu to wychodzi, nawet gdy ma do dyspozycji kiepski opał. W Doktorze Żywago opisuje się i pochwala rozmaite powszednie prace, wysiłek fizyczny, przejawy troski o przedmioty, o świat materialny. Te opisy nigdy nie są tylko realistyczną migawką; zawsze mają siłę i powagę dokumentu potwierdzającego zadomowienie człowieka w świecie. Ale uwaga, te powszednie czynności i zmagania ostro i wyraźnie przeciwstawiają się zamiarom przebudowy świata. Codzienne zabiegi porządkujące - tak, wielka przemiana - nie. W powieści strona Marty z biegiem wydarzeń jakby kurczy się czy może raczej wyrodnieje. Wypiera ją zgroza okrucieństw, krwawy koszmar wojny domowej i rewolucji. A rewolucja ma też to do siebie, że zamiast życia podsuwa projekt, abstrakcję, frazes. "W dniach triumfu materializmu materia stała się jedynie pojęciem, żywność zaś i drwa zastąpił problem żywnościowy i opałowy".

Blask codzienności wraca jeszcze w krótkiej, kapitalnej scenie, gdy Żywago i Lara wyjeżdżają do Warykina i próbują gorączkowo znowu się zagospodarować, żyć zwyczajnie, chociaż przez chwilę. Wiemy, i oni sami też wiedzą, że to tylko na chwilę, bo zaraz pod dom podejdą wilki, a naszych bohaterów znowu zagarnie straszliwy młyn historii. Ale na razie "krzątali się, biegali tu i tam po pokojach". "Jesteś zajęty? Co robisz? - Rozpalam i rozpalam. A co? - Potrzebna mi balia". Mała Katia tymczasem buduje na podłodze domek dla lalki.

Powtarzające się w listach do Ziny długie sprawozdania z domowych czynności, litanie spraw do załatwienia, skomplikowane instrukcje i kombinacje, mogłyby być fragmentem jakiegoś opowiadania Zoszczenki, jakiejś groteski Sorokina, jakiejś wielkiej satyrycznej literatury czasów radzieckich, ale przede wszystkim mają w sobie ogrom wiary w życie.

Boris Pasternak, Listy do Ziny. Zinaida Pasternak, Wspomnienia, przeł. Marta Łukaszewicz, Warszawa 2004. Borys Pasternak, Doktor Żywago, przeł. Ewa Rojewska-Olejarczuk, Warszawa 2001. Seweryn Pollak, Borys Pasternak i jego listy, "Więź" 4-5 /1982.

MAŁGORZATA ŁUKASIEWICZ, tłumaczka, eseistka, autorka monografii Robert Walser (1990).

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.