
Dorota Zańko
Teraz wszystko się skończyło. I trud się skończył, i cierpienie się skończyło, i samotność się skończyła. Skończyła się ta pielgrzymka, ale długo wędrowaliśmy razem.
Wasze miasta, do których przyjeżdżałem, na parę dni stawały się kościołami. I wy stawaliście się Kościołem. Znowu łączyła was wspólna sprawa i potrafiliście mówić jednym głosem. Znowu mogliście zobaczyć, ile was jest. Szliście do mnie jak plemiona w pochodzie. Wszystko, co potrzebne, mieliście ze sobą - wasze okrycia, żywność, wodę, wasze dzieci. Dziwiliście się, jak mało potrzeba, żeby iść. Z kocami i plecakami wchodziliście ufnie w ciemność Błoń, które rano miały stać się ołtarzem, i układaliście się do płytkiego snu na trawie. Na wielkich placach ścieliliście dzieciom poduszki. Zbieraliście po mieście przyjezdnych - obcych przecież i innych - i zapraszaliście ich do swego domu i stołu.
Błogosławiłem i pozdrawiałem, siałem i soliłem. Oglądałem tańce przybyszów z dżungli, witałem się z dostojnikami, tuliłem chorych. Na szyję wkładaliście mi wieńce z kwiatów, przynosiliście mi koszulki futbolowe i pluszowe misie. Mówiłem waszymi językami i całowałem waszą ziemię. Jadłem wasze potrawy i ściskałem wam dłonie. Wracaliście potem do domu i z tylnych półek biblioteki, spod samej ściany, wyciągaliście zakurzone Pismo Święte. Obracaliście je niepewnie w rękach. Próbowaliście nie sprzeczać się z żonami i szukaliście czasu dla dzieci. Zmienialiście się na rok albo na miesiąc, ale czasem na zawsze.
Ja też z latami się zmieniałem. W oswojonego z cierpieniem męża boleści, przed którym lepiej zakryć oczy. Byłem opoką, ale drżącą, Bożym atletą, ale opasywanym i prowadzonym, gdzie chce i nie chce. Byłem bezbronny i obnażony jak motyl na szpilce, w świetle jupiterów i oku kamer zapisujących każdy skurcz twarzy. A przecież nawet cierpiące zwierzę może zagrzebać się w kryjówce. Ale w czym lepiej mogłem naśladować Jego poniżenie?
Podtrzymywaliście mi kartkę papieru, żebym nie utrudził swej ręki, ale na kark zwaliliście mi kulę ziemską, że już nie mogłem się wyprostować. W dobrej wierze zamknęliście przede mną powrót do wszystkiego, co było moje. Już nigdy więcej miałem nie zobaczyć bliskich miejsc, bo kiedy przyjeżdżałem, pokrywały się wiwatującymi tłumami. Dom na Tynieckiej otulaliście szczelnie biało-żółtą szarfą, a mieszkanie, w którym wyrosłem, zamieniliście w muzeum. Mogłem przecież umrzeć z żalu jak Midas z głodu pośród swego złota.
Tylko w snach naprawdę wracałem do moich miejsc. Biały płaski księżyc znowu wschodził mi nad Wigrami, a w nocnej ciszy pluskała rozbudzona w trzcinach kaczka. Brat wyciągał mnie z lodowatej Skawy i próbował wytrzeć nos, a ja wyrywałem się do kolegów. Wilgotne szczapy w wikarówce znowu nie chciały się rozpalić, na zasypanych śniegiem dróżkach Niegowici oblodzona sutanna przeszkadzała w marszu. Ciocia Stefania przyjeżdżała do św. Floriana i narzekała, że w mieszkaniu nieporządek i ciągle kręcą się studenci. Po Plantach chodziły wieczne jak Uniwersytet gołębie.
W Watykanie już nie pachnie polską jajecznicą. Dalej pójdziecie sami. Ale idźcie, bo teraz właśnie wszystko może się zacząć naprawdę.
POCZĄTEK
STRONY |