
O różnych godzinach
* * *
Halina Bortnowska
Niedziela Palmowa 2005
Obraz, którego nie widziałam, nakłada się na wspomnienia. Znam przecież to okno, wiem, gdzie szukać go spojrzeniem na żółtawej ścianie pałacu wznoszącej się nad placem przed Bazyliką. Z tego okna przekazane ciche błogosławieństwo, sam tylko gest dłoni, z której ktoś wyjmuje oliwną gałązkę czy palemkę.
Przejmująca cichość tego gestu. Dzięki niej błogosławiąca dłoń wydaje się być blisko, gotowa w milczeniu dotknąć tych, którym wskazuje kierunek dostrzegalny tylko oczyma wiary.
Terri
Piszę o Terri Schiavo dla "TP" - temat, który przywołuje wspomnienia z hospicyjnego wolontariatu szpitalnego. Ciepłe wspomnienia o tych, co odeszli, a obiecywali, że jak przyjdą do siebie, to będą pomagać. Na czymkolwiek polega i w jaki niedocieczony sposób jest możliwa - ta pomoc na pewno istnieje. Nieraz czuję, że ją otrzymuję (mój sceptycyzm w niejasnych okolicznościach przestaje funkcjonować), i sądzę, że kapitał takiej mocnej czystej dobrej woli musi trwać poza śmierć. Proszę więc o pomoc dla nieznanej Terri, o której piszę i przez to się do niej zbliżam. A może już dawno "przyszła do siebie" i nie krępuje jej sztucznie odżywiane ciało?
Nocą wielkoczwartkową słuchałam programu "Dwójki" zbudowanego z tekstów Papieża, głównie poezji, choć i rozważań o cierpieniu. Uderzyło mnie, że i on także - nawet jeszcze w młodości - tyle myślał o śmierci ciała. Teraz ciało musi mu ciążyć; ale jest w tym ciążeniu, ucisku, dźwiganiu także błogosławieństwo. On wie - sam od dawna tego uczył - że to przyjęte z posłuszeństwem cierpienie można dołączyć, ono się dołącza do tajemniczego dzieła Jezusa, dla którego Bóg wziął sobie - przyjął jako swoje człowieczeństwo zdolne do cierpienia. W liście O zbawczym cierpieniu napisał, że Jezus sam uczy modlących się, od Niego dowiadują się, co to wszystko znaczy. Myślę, że dlatego to napisał - dlatego miał odwagę zarezerwować uczenie o cierpieniu tylko dla Jezusa - bo od Niego takie pouczenie odebrał i doświadczalnie poznał różnicę między kazaniami przyjaciół Hioba a tym, co Bóg odsłania. Albo może pokazuje, jak przylgnąć do Niepojętego?
Jak on sam teraz swoje przygniecenie, uniżenie, swoją niewolę choroby może przeżywać? Światło Boże może przenikać i nie uwalniać od ciemności wypełniających dolinę.
Wracam do wspomnień hospicyjnych. Zaraz u początku była pani N. Zajmowałyśmy się nią razem z A., wtedy jeszcze studentką. Pani N. była już na ostatnim etapie choroby nowotworowej, ale trzymała się niesłychanie dzielnie. Dbała o swoje wciąż jeszcze piękne ciało, sama elegancko opatrywała swój sztuczny odbyt (trzeba było tylko zdobywać i dostarczać dużo gazików itp.). Do nas należało zmienianie wody kwiatom, pomoc w układaniu włosów i rozmowy na ciekawe tematy. Stopniowo trzeba było więcej wyręki, bo sił brakowało. Strasznie lubiłyśmy być z panią N. Dopuszczanie do coraz bardziej intymnej pielęgnacji przyjmowałyśmy naprawdę jako coś w rodzaju łaski. Najbardziej wzruszające było, jak pani N. udawała, że przyjmowanie tych usług już nie sprawia jej przykrości. Któregoś dnia dr K. zatrzymał nas na korytarzu. "Przestańcie już zatrzymywać panią N. Ona już ma prawo odejść, a wy przeszkadzacie jej swoim przywiązaniem. Teraz trzeba ją posyłać, a nie trzymać". Przy pani N. nauczyłam się tego "posyłania". Jest to coś bardzo wewnętrznego, takie jakby inne skierowanie siły, którą się z siebie daje.
Trzeba wiedzieć kiedy, ale nie ma w tym ryzyka. "Posyłanie" nie szkodzi, tylko uwalnia, oczyszcza relację.
Godzina koguta
Czy znasz pianie koguta, samotny, daleki krzyk zapowiadający świt w porze zimnej rosy?
Myślę, że po długiej nocy strasznych wydarzeń i czekania, co będzie, stali wokół dogasającego ogniska - zniecierpliwieni, bo to, co działo się wewnątrz, już powinno się było skończyć.
Rozdmuchany płomień odbijał się w rozgorączkowanych oczach, oświetlał zaciśnięte zgrabiałe ręce.
"I ty też jesteś od nich".
"Nie znam tego człowieka".
Ustami Piotra krzyczy strach. A wewnątrz szepce: "Czemu jeszcze snujesz się tu, durny? Co tu pozostało do zrobienia? Nic, już na pewno nic".
I znów, gdzieś bliżej trochę, żałośnie odzywa się kogut.
Łzy Piotra, łzy wstydu na odwróconej twarzy.
Jestem wdzięczna ptasiemu plemieniu, które wciąż wydaje z siebie namiętnych heroldów poranka, budzicieli sumienia. Pianie koguta, sygnał kairos, godziny Pana.
W Wielką Sobotę
Chciałabym znaleźć kościół, w którym choć trochę skupienia - gdzie nie wdarła się ani polityka, ani moralizatorstwo, gdzie nie dopuszczono "efektów specjalnych".
Tęsknię za samą cichą obecnością roślin, za ich milczącym, radosnym przeczuciem w barwach świtu: hortensje, cynerarie, bezlistne krzaczki bzu okryte białym kwieciem.
Prawdziwy Grób Jezusa był na uboczu w ogrodzie. W niedzielny poranek Magdalena wzięła Jezusa za ogrodnika - nim usłyszała swoje imię.
Księga na wietrze
Cisza. Wiatr powoli przewraca karty księgi złożonej na ołtarzu czy na trumnie.
Czy ja to widziałam? Czy wyobraziłam sobie, czy mi się ukazało?
Dni na służbie
Nie każda z różnych godzin zostawia ślad na papierze, choćby pokruszone litery, pytajniki, wykrzykniki. Sama się dziwię, że notatki powstawały także w oktawie Paschy, w tygodniu czuwania, odprowadzania Ojca Świętego ku przejściu, które się dla Niego otwierało. Dla nas cisza, którą sobie wspólnie nałożyliśmy, przyniosła rekolekcje powszechne. Oczywiście dla każdego różne. Żal mi tych, co nie znaleźli dla siebie jakiegoś ich aspektu - może tak silnie kiedyś odepchnięci, że otaczająca ich wielka wspólnota przeżywania budzi w nich tylko lęk.
W czasie rekolekcji pisze się i rewiduje testament jako zapis woli za życia. Któryś z takich zapisów będzie wolą ostatnią.
Czas rekolekcji, ale nie samotnych. Dzieliliśmy się echami wydarzeń i przeżyć. Dla mnie był to absorbujący wysiłek, by odpowiedzieć na to, w czym widziałam kairos chwili: pomóc w zagospodarowaniu przestrzeni nagle powstałej w mediach. Na pierwszym planie - radio i telewizja. Pisałam też o różnych dziwnych godzinach. Potrzeba kontaktu teraz, w łasce chwili, skłoniła mnie do oddania centralnej części z tych notatek redakcji "Tygodnika". Mieściłyby się one tutaj, w miejscu tej pauzy.
Dokąd
Dla Papieża pielgrzyma w hołdzie nasze pielgrzymki - w tych dniach żałoby pielgrzymki nieżałobne. W istocie kierują się nie do katafalku, nie do grobu, nie do mauzoleów, które powstaną. Pielgrzymujemy - czy to wiemy i umiemy nazwać, czy nie - zawsze pielgrzymujemy do Jeruzalem Nowej, tej, co nadejdzie, zstąpi zdobna drogimi kamieniami, z otwartymi wrotami z jednej perły.
Tam idziemy pomału, tam prowadzą kroki coraz spieszniejsze, tam biegniemy i dobiegamy w rytmie ostatnich oddechów.
Biały marsz w szatach chrzcielnych, w szatach Zmartwychwstania. Może on być wędrowaniem w szarej kapocie, samotnie, błotnistą uliczką do zaniedbanego zimnego kościoła. Dziś coś go rozjaśnia. Stara kobieta poprawia swój moherowy beret. Pozwala, by jej rękę uścisnął wygolony dresiarz z zapalonym zniczem. Nie wiem, czy to się zdarzyło naprawdę. Jeszcze może się zdarzyć!
Cyprysowa arka
Wielki, gładki ekran supertelewizora w poczekalni przy studio TVN. Tu patrzę i sporo widzę. Więcej dzięki lornetce. Jej siła zmienia obraz w żywy gobelin, chwilami przejmująco piękny, a w zbliżeniach uderzający - twarze z mozaiki drżą, zaciskają się usta, oczy patrzą przed siebie i w głąb. Kardynałowie: starcy, ptasie lub rozlane twarze, ale są i młodzi. Czerwień ich szat gasi fiolety biskupów. Oni są tłem, podobnie właściwie jak dywan, na którym ustawiana jest trumna.
Jeszcze lud rzymski i pielgrzymi. Także dywan z ciasno utkanych zatartych postaci. Czasem kamera, jakby komentując, wyławia czyjąś twarz - młodą, piękną, smutną, starą, umęczoną, cichą, rozśpiewaną, zakrytą dłońmi. Tła dla tła dla tła. Trumna z cyprysowego drewna, Arka. Tak ją w pochodzie wnoszą, jak przed czterema dniami ciało na marach do Bazyliki. Tamto było jakieś nierzeczywiste. Najżywszy był dźwięk, refren "orate pro eo". "Pro eo", dla niego, za niego. On - nie tu, tam, gdzie? W drodze, w spotkaniu, wewnątrz Tajemnicy, tu - Hic - tylko Ciało, pierwsze upamiętnienie, jego postać, ciężar tej postaci wśród całunów i szat. Teraz Arka-Szkatuła, schronienie. Widzę rdzawe ślady sęków. Na wieku kładą księgę: Ewangeliarz oprawiony w kardynalską czerwień. Kładą go otwarty i natychmiast zajmuje się nim wiatr. Tak, to powtórzenie sceny z dna pamięci. Z pogrzebu jednego z papieży: Pawła VI czy Jana Pawła I?
Dziś wiatr jest żwawy, energiczny. Szybko przerzuca kartki, zakłada je sobie niewidzialnymi palcami. I nagle zamyka księgę. Tyle na dziś! Zostawia ją na skraju Arki, nieco wysuniętą poza skraj. Nikt nie śmie jej dotknąć aż do końca obrzędu.
Może ten Ewangeliarz moglibyśmy dostać na pamiątkę, żeby go móc poobnosić otwarty na krakowskim wietrze, na Błoniach i po wawelskich murach?
Rapsod
Poezja w te dni potrzebna. Dariusz Bugalski w programie III czyta Norwida, właśnie ten spiżowy wiersz - Bema pamięci rapsod żałobny: "Czemu, cieniu, odchodzisz". Odmienny, a potrzebny ton wspominania. Wraca we wspomnieniach "nasz papież", uroczy człowiek na wysokim urzędzie. Uśmiechający się do wspomnienia o wadowickich kremówkach. Będzie nam go brak tak bardzo przecież z innych racji - pełnych powagi, gorzkich, ciemnych, bolesnych. On się mierzył z chochołem sarmackiej melancholii, z tym, co się wydobywa z zakamarków i truje, z nienawiścią do siebie samych, jaka w nas tkwi. Czasem dźwigał na sobie straszliwie ciężki gronostajowy płaszcz biskupów krakowskich. Na jego pogrzeb można więc przywołać Panny Żałobne, archetypy narodowej pamięci, dumy i wstydu bycia Polakiem. Takie pogłosy łez muszą towarzyszyć wspominaniu, rozstawaniu się i czytaniu Testamentu. Dlatego też wśród upamiętniających portretów-fotografii nie powinno zabraknąć malarskiego studium z wystawy Polaków portret własny.
Odpływ
Jeszcze raz to poczucie, że do czytelników dotrą notatki z innej epoki. Według wszelkiego prawdopodobieństwa w Rzymie już powita świat nowy pasterz na czele kolegium biskupów z całego świata.
Wielki przypływ już się odwraca, wspaniałe fale uniesienia cofają się ku głębinom, przed naszymi oczyma u brzegów odsłania się zaśmiecone błotniste dno. Okres conclave to czas, gdy lepiej nie zaglądać do Kuchni Pana Boga, jak Hugh Benson nazwał kiedyś watykańskie urzędy. Nie można wymagać od dziennikarzy trwania w tej samej życzliwej dyskrecji, tego samego współdziałania i współczucia co w trakcie ostatniej choroby i śmierci Papieża. Ta śmierć była czystym wydarzeniem religijnym. Wielu zapamięta łzę w swoim oku. Ale nie będą przez nią patrzeć na to, co musi się teraz włączyć - na mechanizmy i styl przekazywania władzy, na personalia kandydatów i zabiegi wokół nich. Będą to badać, tym bardziej że przekonali się, iż Kościół rzymskokatolicki jest wielką siłą, nie jest obojętne, kto, jaki człowiek, z jakim doświadczeniem będzie strzec Ludu Bożego w Drodze (określenie z dokumentów II Soboru Watykańskiego).
Modlitwa za (przyszłego) następcę Jana Pawła II - najlepiej ta czysta, in blanco, o wypełnienie się woli Bożej. Gdy tajemnica wokół conclave stanie się irytująca, warto sobie przypomnieć, że ma ona chronić elektorów przed naciskami i manipulacjami władzy świeckiej. Jeśli istotnie chroni, to warto okazywać cierpliwość.
Pisanie przed świtem
Świat za oknem ledwie widoczny, ciemno, ciemno-niebieski. Najpierw pojedynczy, ostro dźwięczący, wytrwale świdrujący głos jednego ptaka, potem chór świergotań jako tło. Niebieskość powoli się rozjaśnia, spojrzenia w nią coraz wyraźniej zapewniają, że już dzień. Wschód przyjdzie z lewej strony. Okaże się, czy i jak oświetli gałęzie wystawione na parapecie za oknem, ciągle aktualne wspomnienie milenkowskiego lasu, lądowisko sikor i wróbli. Piosenka ptaka-solisty wzbogaca się i łagodnieje. Niebo bieleje. Głosy ptasie prawie cichną. Solista niepostrzeżenie skończył. Może odleciał. Teraz głosy kawek, niewrzaskliwe, jeszcze niepewne.
Dom się budzi. Szumy w rurach. Zaraz ruszy winda. 6.01. Gołąb klaszcze skrzydłami. Jest pochmurno.
HALINA BORTNOWSKA, publicystka, działaczka społeczna, animator grupy "Wirydarz" przeciw antysemityzmowi i ksenofobii (http://wirydarz.org), a także warsztatów dziennikarskich Stowarzyszenia Młodych Dziennikarzy Polis, członek zespołu miesięcznika "Znak".
POCZĄTEK
STRONY |