Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

MARZEC 2005, NUMER 598

Strona główna

O lustracji


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

Diagnozy

Polacy są z Marsa, Niemcy z Wenus?

Arkadiusz Stempin


Odległe to czasy, kiedy wysiadający z limuzyn zajeżdżających pod urząd kanclerski w Bonn i Berlinie kolejni polscy premierzy opędzali się jak od dokuczliwych komarów przed oczekującymi ich dziennikarzami, którzy próbowali doszukać się choćby najmniejszych pęknięć w stosunkach polsko-niemieckich. Na twarzach polskich gości malowało się polityczne zadowolenie i niewymuszony optymizm. Nie mniej radośnie promieniowało oblicze Stanisława Stommy, nestora polsko-niemieckiego pojednania, już w marcu 1994 piszącego o nowej jakości we wzajemnych stosunkach, o których żaden z polskich polityków międzywojennych nie mógł nawet marzyć. Z kolei Władysław Bartoszewski w intensywności toczonego w latach 90. politycznego dialogu dopatrywał się cudu2 . W ten sam cud zbliżenia uwierzył Bronisław Geremek, jako niekatolik z reguły mniej skłonny niż Bartoszewski do posługiwania się kategoriami religijnymi. W tym czasie ministrowie spraw zagranicznych przemierzali wespół z małżonkami malownicze miejscowości, a to w Bawarii, a to nad Wisłą, wspinali się na szczyty polskich Tatr, polski prezydent jako gość honorowy uświetniał Dzień Niemieckiej Jedności, podczas gdy 3 maja i 11 listopada w polskiej ambasadzie zjawiał się pierwszy garnitur niemieckich polityków.

Rzeczywiście, classe politique obydwu krajów poznała się, może nawet zaprzyjaźniła. Szalenie to ważne - już samo pobieżne prześledzenie przykładów na to, jak osobiste przyjaźnie polityczne przyspieszają i utrwalają strategiczne posunięcia na arenie działań politycznych, wypełniłoby stosy papieru. Chyba że szczere uściski są zawieszone w próżni - tu nasuwają się postaci Göringa i Becka, polujących wspólnie w Puszczy Białowieskiej, czy byłego kanclerza Helmuta Schmidta, zafascynowanego Edwardem Gierkiem do tego stopnia, że gotowy był mu powierzyć tekę ministra w swoim rządzie. Forsowane przez kanclerza i ministra Genschera szerokie pojednanie z Polską w latach 70. zakończyło się - wskutek przebiegłego przeciwdziałania jego niedoszłego ministra - "zbrataniem" z kierownictwem PZPR.

Stąd cieszyć się należy, że nowy prezydent Niemiec, Horst Köhler, ze Skierbieszowa rodem, a nie - jak chce jego metryka urodzenia - z austriackiego St. Pölten5 , swoją pierwszą wizytę po wyborze złożył nie we Francji, lecz w Polsce, zaproszony przez parę prezydencką. W rezydencji Kwaśniewskich, położonej nad Zatoką Pucką, gwarzono w luźnej atmosferze salonu - dwa owczarki alzackie przeciągały się na kanapie, prezydencka córka figlarnie pstrykała zdjęcia - o napiętej sytuacji na linii Berlin-Warszawa. Bo wprawdzie Polacy i Niemcy zasiadają od 1 maja, jakby na przekór słabo pobrzmiewającym w tym dniu w Niemczech dźwiękom IX symfonii Beethovena i dość leniwie powiewającej niebieskiej fladze z dwunastoma gwiazdami, nie tylko w ławach natowskich, ale i unijnych. Jednakże pomimo osiągnięcia obydwu celów, przyświecających wszak polskiej dyplomacji niemal od momentu upadku bloku radzieckiego, mimo postawienia przy tym na kartę niemiecką ("Niemcy ambasadorem polskich interesów w Unii"), mimo obdarzenia kanclerza Kohla tytułem "dobrego wujka", mimo stworzenia trójkąta weimarskiego, nagle okazało się, że cały ten piętnastoletni dorobek stanął pod znakiem zapytania.

Nie źródłem, lecz katalizatorem impasu polsko-niemieckiego stały się sprawy Centrum Wypędzonych w Berlinie, sama osoba buńczucznej Eriki Steinbach, roszczenia majątkowe wysuwane pod polskim adresem przez Powiernictwo Pruskie, podpis Leszka Millera pod "listem ośmiu" oraz polskie poparcie dla wojny w Iraku, niepoprzedzone nawet telefonem do "niemieckiego przyjaciela" Schrödera. Jeśli francuski prezydent zrugał wtedy Polaków, to niemiecki kanclerz, który w poglądach nie różnił się ani na jotę od Chiraca, zacisnął jedynie wargi i ugryzł się w język. Tymczasem ledwie zniknęły nagłówki w prasie z polskim "nie" dla traktatu europejskiego, to już runęła na kanclerza fala krytyki za to, że w imieniu "Starej Europy" ofuknął nowych członków Unii za "dumping podatkowy" ("macie zbyt niskie podatki, przez co zabieracie nam inwestorów i miejsca pracy").

Prawdziwe przyczyny kryzysu mają jednak swoje źródło gdzie indziej. To odziedziczona po XIX i XX wieku asymetria w bilateralnych stosunkach. Polska przypatruje się Niemcom argusowymi oczami. O ile "aspekt niemiecki" wdziera się nawet do polskiej polityki wewnętrznej, o tyle "aspekt polski" mało obchodzi decydentów politycznych w Berlinie. Także na szczeblu niższym. Czyż Erika Steinbach z kimkolwiek w Polsce konsultowała swój wieczór pamięci dedykowany ofiarom Powstania Warszawskiego? O ile dla Niemców historia zaczyna się w 1945 roku, o tyle Polacy myślą w kategoriach minionego tysiąclecia, wyprowadzając swoją tożsamość narodową z Rzeczypospolitej szlacheckiej i zmagań o przywrócenie własnej państwowości - od Kościuszki do Solidarności. Nawet w formie karykaturalnej: wystarczy jedynie przespacerować się po podwarszawskich miejscowościach, gdzie jak grzyby po deszczu powstają domy budowane na modłę szlacheckiego dworku. Z małymi, przepuszczającymi niewiele światła oknami. Natomiast patriotyzm niemiecki garściami czerpie z konstytucji europejskiej. W konsekwencji to Polacy, nie Niemcy, drżą, że z chwilą oddania części prerogatyw do Brukseli, pozbędą się z trudem wywalczonej wolności. Przed trzema laty Gräfin Dönhoff utyskiwała, że przeciętnemu Niemcowi bliżej jest do Indii czy Chin aniżeli do Polski (liczba 3400 niemieckich ofiar ostatniego trzęsienia ziemi w Azji jest tego wymownym przykładem). Wsiada on w samolot i leci choćby na drugi kraniec świata. O Polsce nie wie nic lub prawie nic. Bo o ile niemiecka kultura, literatura, nawet sport są obecne w polskich mediach, o tyle próżno by szukać czegoś podobnego po drugiej stronie Odry. Na nagłówki "Bild-Zeitung", bulwarowego dziennika o milionowym nakładzie, trafił w ubiegłym roku jedynie prezydent Warszawy Kaczyński porażający Niemców miliardowymi roszczeniami reparacyjnymi za zniszczenie polskiej stolicy. O ile w Polsce trudno nie potknąć się o szkoły języka niemieckiego, nie mówiąc już o licznych kierunkach germanistycznych na uczelniach, o tyle po roku 1990 zamknięto lub mocno zredukowano slawistykę na dziesięciu uczelniach niemieckich, w tym na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. Bez paniki! Ostrzał slawistyki wynika z cięć budżetowych, którym poddane są uczelnie. Ale w praktyce rezultat jest identyczny, jak gdyby wymieranie polonistyki było podyktowane antypolskimi nastrojami.

W jaki sposób przezwyciężyć ową asymetrię? Jak przekonać Niemców do naszych historycznych racji? Jak wreszcie wypromować atrakcyjny wizerunek Polski nad Renem, by zwyczajni Niemcy ruszyli rowerem na Mazury lub przyjechali na Dni Krakowa? Pierwszy krok na szczęście został uczyniony. Po piętnastu latach obydwa rządy odważyły się powołać pełnomocników do spraw polsko-niemieckich. Nie kogo innego jak Gesine Schwan obarczył kanclerz tą odpowiedzialną misją. Płynnie po polsku mówiąca rektor Uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie nad Odrą, która w czerwcu ubiegłego roku jedynie kilkoma głosami przegrała batalię o fotel prezydencki, jest gwarantem, że pierwsza zinstytucjonalizowana możliwość współpracy nie zostanie zaprzepaszczona. Niczym w dominie krok ten powinien spowodować kolejne. Byłyby nimi regularne rundy spotkań delegacji międzyrządowych, międzyresortowych czy parlamentarnych - doskonałe fora służące wymianie poglądów, wyłuszczeniu historycznych racji, oswojeniu się polityków ze sobą i nabraniu do siebie zaufania.

Spotyka się dzisiaj studentów, całkiem zresztą poważnych i bardzo inteligentnych, którzy mają ambicję zdać egzamin konkursowy do Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych w Lyonie, a szczycą się tym, że "powstrzymują się od zaglądania do Pisma Świętego, a przede wszystkim do Ewangelii", choć to lektura ułatwiająca zrozumienie takiego objętego programem dzieła jak "Historia podróży do Brazylii" Jeana de Léry, francuskiego misjonarza, który wyruszył do Ameryki w okresie wojen religijnych XVI wieku. Inni, studiujący na uniwersytecie historię prasy, akceptują czytanie "Le Monde" czy "Le Figaro", ale niestosowna lub wręcz rażąca wydaje im się lektura "La Croix", wielkiego krajowego dziennika, jednego z najstarszych, utrzymują bowiem, że ze względu na tytuł gazety jej lektura powinna być opcjonalna. W o wiele mniejszym stopniu stosuje się to z pewnością do pism takich jak "Métro" czy "20 minutes". I na tym właśnie polega problem: chcąc przesadnie zakazywać mówienia o Bogu - czy oglądania Go, nawet pod postacią wyobrażeń ludowych artystów - w imię rzekomej laickości, zapominamy o historii naszej kultury i fundamentach zbiorowej pamięci. Nieliczni będą więc studenci, którzy potrafią zrozumieć, o co chodzi w Proboszczu z Tours i Lekarzu wiejskim Balzaka, czy ogarnąć zasięg krytyki Woltera, bo nie będą już nawet wiedzieli, do jakiej religii się odnosi.

Potrzebne jest wskrzeszenie trójkąta weimarskiego, tej nieco zakamuflowanej, mistycznej sprężyny napędowej Europy, bojkotowanej po wojnie w Iraku przez rozsierdzonego na Polaków Chiraca. Niemiecki kanclerz, ze względu na przyjaciela Jacques'a, z cicha tylko wymachuje orzeźwiającym kropidłem. Przy odrobinie dobrej woli mógłby on jednak pogodzić ze sobą zwaśnionych partnerów zza Renu i Odry. Bądźmy szczerzy, w ferworze narodowego podniecenia wkład Francji w europeizację Europy jest przez nas niemal niedostrzegany.

Pewnym remedium na brak profesjonalistów w zakresie tematyki polskiej w Niemczech (w obliczu likwidowania tamtejszych katedr polonistycznych) byłoby powołanie kilku centralnych i silnych instytutów polonistycznych, na wzór Instytutu w Darmstadt, zmodyfikowanie "nieprestiżowej" polonistyki na "modne" studia krajoznawcze, ufundowanie (niestety za złotówki) polskich profesur na wybranych uczelniach czy chociażby wysyłanie tam lektorów języka polskiego, jak to od lat z sukcesem czyni Instytut Goethego. I - last but not least - rozbudowa programów stypendialnych dla studentów niemieckich w Polsce.

To program dla elit, a co dla mas, postrzegających Polskę jako kraj nieciekawy i nudny? Wielką szansę otwiera Rok Polsko-Niemiecki, rozpoczynający się po obydwu stronach Odry już tej wiosny. Jego rozmach zależy, rzecz prosta, od nakładów. Ale nie tylko. W końcu chce się dotrzeć do przeciętnego Niemca, który ambitne koncerty i księgarnie omija z daleka, za to gapi się w telewizor, latem wyjeżdża na Wyspy Kanaryjskie, by się posmażyć na słońcu, a wieczorem napić piwa. Koniecznie niemieckiego. Taki przeciętny Niemiec - niech będzie on celnikiem na szwajcarsko-niemieckim przejściu granicznym w Lörrach - samochód z rejestracją francuską przepuści (podobnie jak auto z rejestracją niemiecką, włoską czy holenderską), ale z polską sumiennie skontroluje, jeśli nie z podejrzliwością, to z dokładnością zegarka kolegi Szwajcara. Jak do niego trafić?

A gdyby tak zorganizować i uczcić rocznicę Powstania Warszawskiego w Roku Polsko-Niemieckim (2005) meczem reprezentacji Niemiec i Polski, poprzedzając transmisję telewizyjną u naszych sąsiadów filmem dokumentalnym o losach tego najbardziej tragicznego momentu sprzężenia w dziejach obydwu narodów? Niemcy eliminacje do MŚ mają z głowy, ponadto w lecie mniej wypełniony jest kalendarz gier. Pięć milionów kibiców zasiądzie zatem przed telewizorem, w tym także wypoczywający na Wyspach Kanaryjskich. A gdyby tak dodać po jednym polskim pawilonie podczas odbywających się przez pięć letnich miesięcy w każdym kraju związkowym wystaw ogrodów (Landesgartenschau)? Ściągają na nie tłumnie gospodynie domowe, renciści, w weekendy całe rodziny, ale także artyści i intelektualiści, by poprawić sobie krążenie i podpatrzeć nowinki przydatne do upiększenia własnego ogrodu. A właśnie w zakresie sztuki ogrodniczej możemy być dumni ze swoich osiągnięć. Warto by też pamiętać o wydrukowaniu znaczka polsko-niemieckiego, który naklei co piąty niemiecki podatnik, wysyłający swoje roczne rozliczenie. I wydać do spółki z niemieckim wydawcą przewodnik Rowerem po Polsce. Rocznie po Europie pedałuje parę milionów Teutonów. Część z nich da się zwabić nad Wisłę, na "szlak grodów piastowskich", trasę przełomu Dunajca w Pieninach czy na Mazury. Niemiec przyjedzie, pojeździ, pozwiedza. Możliwe, że zabierze ze sobą słownik polsko-niemiecki. Po powrocie przeglądnie polskie strony internetowe przygotowane z okazji Roku, odnajdując tam kuszącą ofertę pobytu w Krakowie. Niewykluczone, że wśród tych ludzi znajdzie się nasz celnik z Lörrach, który na widok polskiego samochodu miast skrupulatnej kontroli i wezwania "Ausweis, bitte" powie u podnóża Alp "dzień dobry" i, kalecząc sobie język, pożyczy "szerokiej drogi".

ARKADIUSZ STEMPIN, dr, historyk na Uniwersytecie Alberta Ludwiga we Freiburgu Bryzgowijskim, przygotowuje w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie pracę habilitacyjną o polityce niemieckiej na ziemiach Królestwa Kongresowego w latach I wojny światowej. Wraz z Berndem Martinem wydał ostatnio dwujęzyczną książkę: Polen und Deutschland in schweren Zeiten 1933-1990 / Polska i Niemcy w trudnych latach 1933-1990 (2004).

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.