Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

LUTY 2005, NUMER 597

Strona główna

Samotność w rodzinie?


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

 

Sztuka sformatowana

Marta Tarabuła

Siedemnaście lat temu odbyło się w Niedzicy seminarium klubu sztuki współczesnej SHS, zatytułowane Autokomentarz artysty. Temat, rzucony przez Wojciecha Włodarczyka - wschodzącą gwiazdę historii sztuki najnowszej - trafiał w sedno. Krytycy i historycy sztuki współczesnej już od dłuższego czasu czuli się niepewnie w swych rolach; poczucie kryzysu dyscypliny wzmagał dodatkowo pietyzm, z jakim przywykli traktować słowo pisane, zwłaszcza jeśli wyszło spod pióra artysty.

Artyści nie chcą milczeć - ostrzegał rok wcześniej Mieczysław Porębski. - Nie mając, jak się zdaje, zbyt wielkiego zaufania ani do własnej twórczości, ani do krytyki, ani tym bardziej do historyków i teoretyków sztuki, robią to sami i robią jak najlepiej. Kontynuując najbardziej wątpliwą z awangardowych strategii, prześcigają się w krzykliwości, arogancji, grafomanii, i to nawet wtedy, gdy mają coś do powiedzenia swym dziełem.

"Artysta" i "autokomentarz" to były pojęcia-klucze, pomiędzy którymi zawierał się cały obszar zagadnień - od biografii autora do kwestii samoświadomości sztuki. Mówiono więc o typowych dla awangard komentarzach normatywnych, manifestach, deklaracjach, programach i o romantycznych z ducha autokomentarzach podkreślających jedność autora i dzieła. Podnoszono Gadamerowską koncepcję "zamilknięcia obrazu nowoczesnego", od którego mowę przejmuje artysta, i przypominano teorię correspondance des arts, pytając raz jeszcze, czy obraz można przełożyć na słowo. Rozważano niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą zastępowanie dzieła tekstem, a umiejętności patrzenia - skłonnością do czytania. Jedna tylko rzecz nie budziła wątpliwości: w centrum uwagi było zawsze dzieło sztuki. Nikomu nie przeszło przez myśl, że mogłoby chodzić o co innego.

Było to w czasach zamierzchłych. Telewizja miała tylko dwa programy, a właściwe rozumienie informacji polegało na umiejętności czytania między wierszami. Czytanie prasy przypominało zabawę w kotka i myszkę z cenzorem. Nazwiska sławnych osób kojarzyły się przede wszystkim z ich osiągnięciami, a nie z ich wyglądem. Wierzono, że słowo pisane podąża ścieżką myśli, a utrwalanie poglądów za pomocą znaków pisanych stwarza dogodne warunki do poddawania tekstu nieustannej analizie. Bronią czytelnika była intelektualna gotowość. Dotarcie do logiki wywodu, rozumienie argumentacji i metaforyki, odczytywanie znaczeń, zadawanie pytania o prawdę lub fałsz przedstawionych treści, obiektywizowanie myśli i wiedzy - te narzędzia racjonalnego odbioru były w powszechnym użyciu. W skansenie kulturowym, jakim dziś wydaje nam się PRL, media nie miały jeszcze odpowiednich środków, by zdobyć władzę nad ludźmi.

Te braki nadrobiliśmy w wolnej Polsce bardzo szybko i zrobiliśmy to, korzystając z najbardziej kompetentnych źródeł. Kulturę masową importowaliśmy prosto z Ameryki, w najczystszej postaci. Przejęliśmy ją z dobrodziejstwem inwentarza - ze wszystkimi konsekwencjami w dziedzinie opisywania rzeczywistości, informacji, nadawania znaczeń, definiowania prawdy, kształtowania gustów i wzorów zachowań. Wystarczyło jednego pokolenia, by okazało się, że wiedza oznacza przechowywanie w pamięci raczej obrazów niż słów. Obserwujemy co dzień, jak obrazy bez większych trudności zdobywają przewagę nad słowami. Kultura przestała już współbrzmieć ze słowem pisanym; dziś, aby uwierzyć, trzeba zobaczyć, nie przeczytać. Centrum dowodzenia nowej epistemologii jest telewizja (ze swej strony prasa stara się również przypominać ekran telewizyjny). "Nie nadużywać niczyjej uwagi, dostarczać nieustających impulsów poprzez różnorodność, oryginalność, działanie i ruch. Najlepsze jest to, co można uchwycić w jednym kęsie. Podnieta wizualna jest substytutem myśli" - tych kilka prostych zasad, sformułowanych przez jednego z amerykańskich wydawców, odczuwamy dziś na własnej skórze. Kultura obrazowa przedstawia świat jako nieciągły, złożony z oderwanych fragmentów. Nie ma tam miejsca na dyskusję, wnioski, komentarze: obrazy kadrują rzeczywistość - i są faktami, których nie da się podważyć. Nie istnieją sprzeczności, bo faktom tym brakuje wspólnego kontekstu. Człowiek kultury telewizyjnej nie oczekuje zresztą analiz; wymaga języka oczywistego - chce prostych stwierdzeń i gotowych rozwiązań, a nie stawiania go oko w oko z problemami. Myślenie nie wypada w telewizji dobrze; jest mało widowiskowe. Telewizja nie odwołuje się do rozumu, zamiast opinii woli wywoływać emocje. Natura tego medium nie znosi sprzeciwu; w arbitralny sposób nadaje wszystkiemu "kształt telewizyjny": każdą dyskusję czy prezentację idei jest w stanie zamienić w występ estradowy. Chcąc nie chcąc, dyskutanci przyjmują role, dyskusja staje się pojedynkiem wizerunków. Kryterium prawdy zamienia się w kryterium wiarygodności: czy dana osoba potrafi wywrzeć wrażenie, że jest szczera? Decydującym testem prawdomówności nie jest doświadczenie, lecz odpowiednio wytworzony nastrój. Ostatecznie i tak chodzi przecież o wizualną atrakcyjność; podstawowym formatem kultury telewizyjnej jest rozrywka.

Co ciekawe, ten sposób przedstawiania świata przenosi się także poza ekran. Przesłanie telewizji - "świat jest sceną" - zdaje się obowiązywać także w rzeczywistości. Dziś niekoniecznie argumentuje się za pomocą zdań; argumentem bywa wygląd, atrybuty sukcesu, siła spojrzenia, rodzaj uśmiechu, cięta riposta. Decyduje "styl", a najważniejszą wiedzą wydaje się sztuka autoprezentacji. Granica między show-biznesem a rzeczywistością staje się coraz trudniejsza do rozpoznania.

Jakie postawy przyjmują dzisiaj artyści wobec kultury, która stała się jedną wielką areną dla show-biznesu? Co oznacza dla nich władza mediów? Czy przyjmują jej warunki i traktują serio obietnicę dotarcia do szerokiej publiczności? Jak radzą sobie z wymogiem "oglądalności"?

Wyjąwszy tych, do których stosuje się reguła "nie ma Pana u nas, nie ma Pana w ogóle" (podana bez ogródek przez jednego z dziennikarzy nowej generacji w rozmowie ze znanym artystą) i którzy odmawiając udziału w kulturze show-biznesu, wybierają istnienie w coraz węższym kręgu tzw. sztuki wysokiej - postawy pozostałych można podzielić z grubsza na trzy grupy, które w różnym stopniu wiążą się z zagadnieniem autopromocji. Osoby z grupy pierwszej czują się w kulturze show-biznesu jak ryby w wodzie. Opanowały doskonale panujące tu zasady, z których najważniejszą jest zasada doboru właściwego opakowania, czyli sztuka wywierania wrażenia. Autorzy ci mniej się troszczą o sprostanie wymogom swoich dyscyplin niż wymogom stawianym przez sztukę sprawnego sprzedawania swoich produktów. To oni brylują na salonach władzy, zaludniają kolorowe magazyny i programy telewizyjne, gdzie sztuka - podobnie jak polityka, sport, edukacja - jest tylko miłym dodatkiem do show-biznesu. Zainteresowanych odsyłam do artykułu Sztuka udawania sztuki zamieszczonego niedawno w "Rzeczpospolitej"; autorka zadała sobie trud wyliczenia tych osób z nazwiska. Jest to grupa wprawdzie coraz liczniejsza, lecz nieszczególnie warta uwagi. Dość wspomnieć jako przykład postać Józefa Krzysztofa Oraczewskiego, który od lat z sukcesem wprowadza w życie swoją strategię sukcesu w mediach, tak że pismo pod tytułem "Sukces" nie waha się nazwać go "ambasadorem polskiej sztuki współczesnej", autorem "instalacji przestrzennych, które przyniosły mu ugruntowaną pozycję międzynarodowego autorytetu w tej dziedzinie sztuki", a prezydent Kwaśniewski - odznaczyć Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1999). To przykład autopromocji w czystej postaci; prace tego autora odgrywają tu rolę zdecydowanie drugorzędną i na dobrą sprawę mogłyby wcale nie istnieć.

Grupa druga to ci, którzy wybierają kulturę masową jako materiał czy też jako pole gry. Jak dalece ta gra bywa dwuznaczna i ile jest w niej krytyki kultury, a ile mniej lub bardziej udanej autopromocji, to temat wart odrębnej analizy - tu tylko sygnalizuję go ogólnie. Grupa ta posługuje się narzędziami pożyczonymi z dziedziny show-biznesu; chętnie stosuje zwłaszcza metodę znaną w marketingu po nazwą teasing - polegającą na drażnieniu odbiorców. Interesującego materiału do badań mogłyby tu dostarczyć na przykład ostatnie prace Zuzanny Janin, gdyby nie to, że o umarłych wypada mówić wyłącznie w superlatywach.

W tym miejscu interesuje mnie postawa trzecia, a raczej pytanie, czy i w jaki sposób jest ona możliwa. Wyobraźmy sobie artystę o niekwestionowanej pozycji w świecie sztuki, pozycji popartej wieloletnią pracą i wysoką wartością artystyczną dzieł. Co w tym wypadku oznacza akces do kultury show-biznesu? Jakie są jego konieczności - i jakie przynosi skutki? Interesujący jest przypadek Leona Tarasewicza.

"Swój udział w widowni można zdobyć tylko przez dawanie ludziom tego, czego oni pragną" - mówi niepisane prawo świata mediów. Widownia nie jest zainteresowana sztuką. Sztuka ma opinię niemedialnej; jest dziwaczna, trudna, poważna, nudna i w ogóle nie wiadomo, o co chodzi. O wiele ciekawszy jest człowiek - ma jakąś twarz i jakieś ubranie, ma życie osobiste, urządził sobie kuchnię i łazienkę, lubi to i tamto, wyjeżdża na wakacje, uprawia jakieś hobby. Może to być sławny sportowiec, polityk, artysta - wszystko jedno. Siła, jaką ma w sobie zbliżenie jego twarzy w kolorze, powoduje podstawienie jej w miejsce jego o wiele mniej fotogenicznych osiągnięć. Zamiast zajmować nasze umysły pojęciami abstrakcyjnymi, media proponują konkretną osobę jako obraz w oczach widowni. Dostarczają w ten sposób symbolu, ogniskowej, które widzowie przetwarzają w sympatyczny i nieodparty obraz ich samych. Działają na emocje; lubimy tych, których styl życia jest dopasowany do naszych wyobrażeń. Tych, którzy dają nam to, co chcielibyśmy dostać. Aby trafić do szerokiej widowni, osoba taka musi jednak zostać poddana drobnej operacji w sferze znaczeń; w profesjonalnym języku nazywa się to "formatowaniem". Musi przyjąć kształt, w którym publiczność zechce ją oglądać. Ma działać zgodnie z wymogami medium. Zawartość treściowa zostanie przetworzona tak, by najlepiej odpowiadała wymogom kultury medialnej, która jest w stanie przekształcić każdy temat w atrakcyjne widowisko rozrywkowe.

Jak zamienić artystę w zdarzenie medialne? Leon Tarasewicz ma wiele atutów: egzotyczne pochodzenie, charyzmatyczny wygląd, niecodzienne hobby, adres Stacja Waliły, a przy tym uczniów w stołecznej ASP i międzynarodową sławę. Aby stworzyć wizerunek atrakcyjny dla szerokiej widowni, wystarczył drobny zabieg: inne, bardziej wyraziste rozłożenie akcentów. Leon Tarasewicz w wersji "sformatowanej" to prawdziwy macho, mężczyzna silny i niepokorny, a przy tym outsider, wieczny buntownik - niepogodzony ze światem, uciekający od zgiełku cywilizacji do swojej samotni na łonie natury, by tam oddawać się hodowli rzadkich okazów ptactwa, rybołówstwu i innym prawdziwie męskim zajęciom: Robinson naszych czasów. Z wysokonakładowej prasy dowiemy się, jakie miał dzieciństwo (trudne, ale szczęśliwe), gdzie przeżył niezapomniany dzień (w Jerozolimie), jaki jest jego wymarzony cel podróży (las tropikalny w Brazylii) i co zawsze zabiera na wyprawę (kamizelkę). Spotkamy go, z nieodłącznym bażantem na ramieniu, w "Marie Claire", gdzie zdradza nam, jakie są jego drobne przyjemności w życiu. Podziwiamy - na okładce pisma "Świat łazienek i kuchni" - jak zręcznie żongluje cebulką w swojej rustykalnej kuchni. Jako sławny międzynarodowy artysta, Leon Tarasewicz gotuje w czarnym podkoszulku z logo MOMA. Wiemy już, jakie potrawy przygotowuje najczęściej (skrzydełka w prodiżu) i jakie elementy wyposażenia kuchni uważa za niezbędne (kieliszki).

Sztuka, o ile w ogóle się przy okazji tych występów pojawia, jest gdzieś daleko w tle, jako egzotyczny kontekst, przywoływany jakby tylko po to, by podkreślić, że po pierwsze, liczy się prawdziwe życie, a po drugie, że "jego obrazy można zobaczyć w galeriach na całym świecie". Nic dziwnego: to artysta, a nie jego dzieło ma być przedmiotem podziwu. Wywiadom towarzyszą więc przede wszystkim zdjęcia artysty. Artyście, niczym znak firmowy, na zdjęciach towarzyszą egzotyczne ptaki.

Jeśli ten obraz zadomowi się w zbiorowej pamięci - jeśli na dźwięk hasła "Leon Tarasewicz" widownia przypomni sobie obraz artysty z ptakiem na ramieniu - to znaczy, że właśnie została wykreowana nowa marka. Jak się wydaje, byłaby to pierwsza marka z dziedziny sztuki aktualnej. Marka budowana zresztą według najnowszych zasad reklamy: dziś nie reklamuje się już produktów za pomocą ich zalet, reklamuje się związany z nimi styl życia. To on "sprzedaje" produkt, odwołując się do upodobań i marzeń tych, którzy mieliby go kupić. Przesłanie marki musi skutecznie przemówić do konsumenta.

Jak donosi "Viva!" w zamieszczonej w "Alfabecie towarzyskim" relacji z wernisażu wystawy w Zamku Ujazdowskim (opatrzonym zdjęciami Autora w towarzystwie Ministra Kultury oraz przedstawicieli sponsorów),

Artysta pobił rekord w liczbie przyjętych gratulacji - kolejka chętnych, by uścisnąć mu dłoń, była niebywale długa. Licytowano się w niej, kto ma już prace artysty, a kto nie. Jedna z wielbicielek jego talentu próbowała obcasem odkuć fragment dzieła. Widziano ją, jak z kolorową grudką w torebce opuszcza Zamek.

Sukces.

Kilka stron wcześniej, w dziale "Wydarzenia", przykuwa oko sensacyjny tytuł Podeptać sztukę, opatrzony zdjęciem nóg (artysty?) w czerwonych spodniach. "Jeśli ktoś chce podeptać obraz - zachęca "Viva!" - zapraszamy do Zamku Ujazdowskiego w Warszawie. Zwłaszcza że będzie to obraz wybitnego malarza, Leona Tarasewicza".

Show-biznes ma swoje prawa: sprawy nudne nie przyciągną uwagi publiczności. Ale prawdą jest także, że forma, w jakiej są wyrażane idee, ma wpływ na to, czym one się stają.

Mówiła Hannah Arendt:

Taki stan rzeczy (...) może być trafnie nazwany kulturą masową; jej promotorem nie są ani masy, ani ci, którzy je bawią, ale ci, którzy próbują rozbawić masy tym, co kiedyś było autentycznym obiektem kultury, czyli wmówić im, że Hamlet może być równie zabawny jak My Fair Lady, a jednocześnie odegrać rolę kształcącą. (...) Jest wielu wielkich autorów przeszłości, którzy przetrwali całe wieki niepamięci i zaniedbania; wciąż jednak pozostaje otwarte pytanie, czy zdołają przetrwać rozrywkową wersję swoich dokonań.

Format rozrywkowy wyklucza pewien rodzaj treści. Lost in translation - brzmi oryginalny tytuł ostatniego filmu Sophii Coppoli, nie bez powodu obsypanego Oscarami. Podczas operacji "formatowania" sztuki do postaci zdarzenia medialnego pewne rzeczy mogą się gdzieś po drodze zagubić. Jakie? Zgadnij, koteczku, jak mawiał mistrz, który żył w czasach zamierzchłych, kiedy słowo podążało jeszcze ścieżką myśli.

Tekst wygłoszony w marcu 2004 podczas sesji "Od represji do promocji", która odbyła się w Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu.

JANUSZ PONIEWIERSKI, ur. 1958, członek redakcji "Znaku", w latach 1993-1997 kierownik działu religijnego "Tygodnika Powszechnego", autor książek: Pontyfikat (1999; II wyd. 2003) i Kwiatki Jana Pawła II (2002).

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.