
Diagnozy
Europeizacja Ukrainy
Grzegorz Gromadzki
W ostatnich latach coraz bardziej widoczne stało się "zmęczenie Ukrainą", nawet wśród jej przyjaciół za granicą. Ukraina stała się symbolem nieudanej transformacji. W Europie Zachodniej rozpowszechniła się opinia, że w zakresie reform, zwłaszcza gospodarczych, Ukraina pozostała w tyle za Rosją. Do tego doszedł skandal związany z zabójstwem dziennikarza Georgija Gongadze niepokornego wobec rządzących, o które opozycja oskarżyła najwyższe władze Ukrainy z prezydentem Leonidem Kuczmą włącznie. Na Ukrainie łamane są również prawa człowieka, przeciwko czemu protestuje Unia Europejska.
Pogorszeniu uległy tam także nastroje. Pokolenie intelektualistów, które doszło do głosu w niepodległej Ukrainie, m.in. znany pisarz Jurij Andruchowycz oraz historyk, profesor Uniwersytetu Lwowskiego Jarosław Hrycak, nie szczędziło krytyki ukraińskiej rzeczywistości. Wszechogarniające było poczucie niemocy, braku perspektyw, szans na przeprowadzenie zmian. Nawet zwycięstwo w wyborach parlamentarnych w 2002 roku opozycyjnego bloku "Nasza Ukraina" kierowanego przez Wiktora Juszczenkę nie spowodowało przełomu. Ze względu na zawiłości ukraińskiej ordynacji wyborczej "Nasza Ukraina" pozostała mniejszością w Radzie Najwyższej.
Wszyscy obserwatorzy życia społecznego, politycznego i gospodarczego na Ukrainie są zgodni, że w ostatnich dziesięciu latach, zwłaszcza podczas drugiej kadencji Kuczmy, doszło do obniżenia standardów demokratycznych w tym kraju. Z matematyczną dokładnością opisali to zjawisko autorzy rankingu państw przechodzących okres transformacji publikowanego corocznie przez amerykańską fundację Freedom House. Według niej od 1996 roku do 2003, w skali od jedynki (najlepszej oceny) do siódemki, w kategorii "proces wyborczy" ocena spadła z 3,25 do 4,25; "niezależność mediów" z 4,50 do 5,50; "sposób sprawowania rządów" z 4,50 do 5,25. Korupcja była oceniana przez wiele lat prawie na tym samym poziomie, za 2003 rok przyznano jej stopień 5,75.
Przy tak pesymistycznym obrazie sytuacji na Ukrainie paradoksem było to, że w 2004 roku po raz pierwszy wyborcy stanęli przed realnym wyborem między dwoma kandydatami mającymi odmienne wizje przyszłości kraju. Obaj mieli szanse wygrać wybory prezydenckie.
Wcześniej nie było takiej możliwości wyboru. W 1991 roku ponad 60 procent narodu opowiedziało się za Leonidem Krawczukiem, przedstawicielem radzieckiej nomenklatury. Kandydat opozycji Wiaczesław Czornowił nie miał przy nim najmniejszych szans. Trzy lata później Ukraińcy wybierali między Krawczukiem a człowiekiem nomenklatury gospodarczej Leonidem Kuczmą, dyrektorem znanych w czasach radzieckich zakładów produkujących rakiety. Wygrał ten drugi, głosami wschodniej części kraju. W 1999 roku większość opowiedziała się ponownie za Kuczmą, kontrkandydatem w drugiej turze był bowiem lider ukraińskich komunistów Petro Symonenko. Ukraińcy nie mieli już ochoty wracać do czasów Związku Radzieckiego, wybrali więc mniejsze zło.
Cóż takiego się stało, że mimo fatalnych warunków, jakie od kilku lat panowały na Ukrainie, opozycyjny polityk stał się realnym kandydatem w wyścigu do prezydentury? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Z pewnością do powstania nowej sytuacji przyczynił się wzrost siły społeczeństwa obywatelskiego. Mimo wielu utrudnień ze strony władz na Ukrainie powstawało coraz więcej organizacji pozarządowych. Część z nich pomagała w budzeniu postaw obywatelskich wśród zwykłych ludzi. Wzrost znaczenia organizacji pozarządowych był zauważalny, czego przykładem jest cytowany już wcześniej ranking Freedom House. Zdaniem amerykańskiej fundacji w kategorii "organizacje pozarządowe" nastąpiła nieznaczna poprawa z oceny 4,0 za 1996 rok na 3,75 za rok 2003.
Sądzę, że ważną rolę w przemianach ukraińskiego elektoratu odegrało powolne, a jednak coraz bardziej widoczne kształtowanie się klasy średniej. Ważna była także zmiana pokoleniowa. Wszak niepodległa Ukraina istnieje już 13 lat. Niemałą część wyborców stanowią teraz ludzie wychowani w nowej rzeczywistości, otwarci na Europę, chętnie wyjeżdżający za granicę. Wielu z nich pracuje w Unii Europejskiej. Do kraju przywożą nie tylko pieniądze - także doświadczenie odmiennego świata.
Do powstania coraz większej rzeszy zwolenników opozycji przyczynił się także ukraiński obóz władzy. Jego przedstawiciele, m.in. zięć Kuczmy Wiktor Pinczuk, przejmowali najlepsze przedsiębiorstwa. W pełni kontrolowana przez władze telewizja stała się tubą propagandową oczerniającą Juszczenkę. Kuczma i jego otoczenie robili wszystko, by przeszkodzić w wyjaśnieniu sprawy Gongadze. Te i inne kwestie wzbudzały sprzeciw wobec rządzących wśród zwykłych ludzi, niezależnie od wieku i miejsca zamieszkania.
Niesłychanie ważną sprawą stała się także zmiana mapy wyborczej Ukrainy. Zachód kraju głosujący za zmianami przesuwał się coraz dalej na wschód, aż do granicy z Rosją. Jest sprawą symboliczną, że podczas ostatnich wyborów prezydenckich za Wiktorem Juszczenką głosowały dwa obwody położone najbliżej Moskwy: Sumy i Czernichów.
Podział Ukrainy na dwie części - zachodnią i centralną z jednej strony oraz wschodnią i południową z drugiej - choć jest faktem, często bywa wyolbrzymiany. Kryterium podziału na pewno nie jest język. Nieprawdziwa jest teza, według której wyborcy ukraińskojęzyczni głosowali na Juszczenkę, a rosyjskojęzyczni wybierali Janukowycza. Na kandydata opozycji głosowało przecież wielu mieszkańców Ukrainy, którzy na co dzień mówią po rosyjsku. Najlepszym tego przykładem jest Kijów, który jednoznacznie poparł Juszczenkę, choć w tym regionie dominuje język rosyjski.
Ciekawe wnioski można wysnuć z badań opinii publicznej dotyczących stosunku mieszkańców Ukrainy do Unii Europejskiej. W przypadku gdy respondenci mają do wyboru trzy możliwości: integrację z UE, integrację z Rosją oraz integrację "w obie strony", na zachodzie kraju najwięcej zwolenników ma integracja z Unią. Na drugim miejscu jest integracja i z Unią, i z Rosją. Za tymi dwiema opcjami opowiada się w zachodniej części Ukrainy ponad połowa mieszkańców. W tej części kraju niewielu, zaledwie kilka procent, chciałoby się integrować z Rosją. Przesuwając się na wschód, spotykamy coraz więcej zwolenników opcji integracji w obu kierunkach i z Rosją. Ale jeśli zsumujemy nawet na wschodnich i południowych krańcach Ukrainy zwolenników opcji zachodniej i tych, którzy chcieliby się integrować w obie strony, będzie ich ponad połowa. Można więc powiedzieć, że zbliżenie z Unią Europejską jest akceptowane w całym kraju.
Myślę, że w dzisiejszej Ukrainie "zachodniość" wykracza poza ramy "galicyjskiej ukraińskości" wyrażającej się w języku i narodowych tradycjach. Patrzenie na Zachód jest w coraz większej mierze utożsamiane z tęsknotą za państwem prawa, bez korupcji i wszechwładzy urzędników, gdzie bez przeszkód można prowadzić biznes, oglądać niezależne stacje telewizyjne i czytać wolną prasę. Takie pojęcie "zachodniości" spotyka się nie tylko w zachodniej i centralnej Ukrainie. Na wschodzie i południu kraju jest coraz więcej ludzi myślących tymi samymi kategoriami. Dowodem na to były pomarańczowe manifestacje po sfałszowanej drugiej turze wyborów prezydenckich 21 listopada, manifestacje, do których doszło nie tylko na zachodzie kraju i w Kijowie, ale także w Charkowie, Dniepropietrowsku i Odessie. Nawet w Doniecku znaleźli się nieliczni odważni, którzy wychodzili na ulice z pomarańczowymi flagami.
Europeizacja Ukrainy dokonuje się nie tylko nad Dnieprem. Po "pomarańczowej rewolucji" doszło do zasadniczej zmiany postrzegania Ukrainy w Unii Europejskiej. Nagle kraj ten stał się partnerem i podmiotem. Jeszcze niedawno w wielu unijnych krajach toczyły się debaty, czy Ukraina jest państwem europejskim. Często przyznawano, że geograficznie przynależy ona do Europy, ale kulturowo jest odmienna. Dzisiaj nikt już chyba nie poparłby tego twierdzenia.
Pozytywnym zaskoczeniem była reakcja Unii na sfałszowanie wyborów prezydenckich. Holandia, przewodnicząca UE w drugiej połowie 2004 roku, natychmiast po ogłoszeniu wyników przez ukraińską Centralną Komisję Wyborczą, wydała w imieniu całej Unii jasne oświadczenie, w którym nie uznała rezultatów drugiej tury. Tym samym Unia Europejska nie zaakceptowała Janukowycza jako prezydenta Ukrainy.
Dlaczego odpowiedź Unii na wydarzenia w Kijowie była tak jednoznaczna? Sądzę, że są tego dwie przyczyny. Po pierwsze, "pomarańczowa rewolucja" odwoływała się do podstawowych wartości, które są fundamentem Unii Europejskiej, zachodniego świata. Ukraińcy walczyli o poszanowanie demokracji i prawa do wolnego wyboru. Politycy poszczególnych państw członkowskich i unijnych instytucji nie mogli tego zignorować. Ukraińskie wybory wywołały poruszenie zarówno w krajach od dawna należących do Unii, jak i tych nowo przyjętych. Po raz pierwszy od wielu lat Ukraina trafiła na pierwsze strony największych europejskich gazet jako pozytywny przykład przemian na obszarze postradzieckim.
Po drugie, rozszerzona Unia, licząca dwudziestu pięciu członków, reaguje zupełnie odmiennie na wydarzenia na wschodzie Europy niż dawniej piętnastka. Trzy kraje unijne, Polska, Słowacja i Węgry, bezpośrednio graniczą z Ukrainą. Trzy inne kraje, Litwa, Łotwa i Estonia, mają z nią wspólną radziecką przeszłość. Wszystkie o wiele lepiej rozumieją, co się dzieje na Ukrainie, niż kraje z zachodu czy południa UE. Zmianę w dyskursie o Ukrainie widać bardzo wyraźnie w Parlamencie Europejskim, gdzie odmienny od dotychczasowego ton rozmowie o Europie Wschodniej nadają eurodeputowani z nowych państw członkowskich. Choć parlament nie ma zasadniczego znaczenia w kształtowaniu polityki zagranicznej UE, to jednak z pewnością przyczynia się do zmiany atmosfery. Zmienia się także dyskusja o Ukrainie w najważniejszej unijnej instytucji - Radzie Europejskiej.
Postawa Unii, jaka uwidoczniła się w trakcie "pomarańczowej rewolucji", miała duże "działanie zwrotne" na Ukrainie. Głos Unii i unijnych mediatorów był pilnie słuchany przez obie strony konfliktu. Potwierdza to tezę, że Unia jest ważna dla wszystkich opcji politycznych na Ukrainie. O potrzebie zacieśnienia stosunków z Unią mówi nie tylko "Nasza Ukraina", ale także obóz Kuczmy, klan doniecki, a nawet komuniści. Wszyscy ukraińscy politycy zdają sobie sprawę ze znaczenia Unii Europejskiej dla ukraińskiej gospodarki. Unia jest najważniejszym rynkiem dla Ukrainy. Do Unii trafia około 40 procent ukraińskiego eksportu, podczas gdy do Rosji tylko 18 procent. Różnie jednak ukraińscy politycy widzą zacieśnienie relacji z Unią. Dla Kuczmy czy Janukowycza liczą się relacje gospodarcze. Ani jeden, ani drugi nie mają zamiaru upodabniać Ukrainy do krajów członkowskich Unii. Dla Juszczenki gospodarka jest bardzo ważna, ale chce on także reformować kraj tak, aby przypominał państwa unijne.
Myślę, że to, co obserwowaliśmy na Ukrainie późną jesienią 2004 roku, można uznać za nowy typ rewolucji na obszarze postradzieckim. Po kilkunastu latach od rozpadu ZSRR, najpierw w Gruzji, a następnie na Ukrainie, doszło do "kolorowych" rewolucji, które przebiegły bezkrwawo, pokojowo. Ich główni aktorzy spoglądali w stronę Europy. "Kolorowe rewolucje" nie byłyby możliwe bez powstającego społeczeństwa obywatelskiego. Na Ukrainie ludzie spontanicznie organizowali transport, wyżywienie, nocleg dla tysięcy demonstrantów w różnych miastach kraju. Młode pokolenie otwarte na Europę stanowiło największą grupę manifestantów, choć nie zabrakło również ludzi starszych. Rodząca się klasa średnia wsparła rewolucję finansowo. W jej sukcesie pomocne były nowe technologie - Internet, telefonia komórkowa, przekaz satelitarny. Władzom nie pomogła nawet pełna kontrola nad telewizją. Zastanawia słabość "sił zachowawczych" - "ancien régime" i Rosji. Wobec oddolnego ruchu mądrze pokierowanego przez przywódców opozycji okazały się bezradne. Nie oznacza to jednak, że tak będzie również w przyszłości. Zapewne zechcą jeszcze pokrzyżować szyki nowej Ukrainie.
Co więc czeka Ukrainę w następnych miesiącach i latach? Z pewnością Ukraińcy doznają wielu rozczarowań. To nieuniknione. Nawet jeśli kraj będzie się szybko reformował, koszty przemian będą niemałe. Sądzę jednak, że trwałym osiągnięciem "pomarańczowej rewolucji" będzie powstanie nowoczesnego ukraińskiego społeczeństwa, które ma już się do czego odwoływać w swej najnowszej historii. Na pewno konieczne będzie łagodzenie sporów między regionami. Zwłaszcza między Donbasem a resztą kraju. Choć nie będzie to łatwe, to jednak jest możliwe do zrobienia.
W przeprowadzeniu niezbędnych reform może pomóc Ukrainie Unia Europejska. Trudno w tej chwili powiedzieć, jaka będzie polityka Unii wobec Ukrainy. Jedno jest pewne: Ukraina będzie ważnym tematem gorących dyskusji, a może nawet kłótni wewnątrz Unii. Ukraina nie jest miejscem sporu o strefę wpływu między Unią Europejską a Rosją, tak jak widzi to wielu Rosjan. Przede wszystkim to sami Ukraińcy chcą wybrać swoją przyszłość. Nie są więc przedmiotem w rękach innych. Wybierają między dwoma modelami: rosyjskim i unijnym. Ten drugi jest dla nich coraz bardziej atrakcyjny. Kiedy ktoś remontuje na Ukrainie swoje mieszkanie, niezależnie od tego, czy dzieje się to we Lwowie, Kijowie, Charkowie, Odessie czy Doniecku, chce zrobić "euroremont", który jest synonimem dobrej jakości. To słowo stało się bardzo popularne. Nikt nie mówi, że chciałby zrobić "rosyjski remont" domu. Takiego zwrotu nie ma. "Pomarańczowa rewolucja" pokazała, że większość Ukraińców chce przeprowadzić "euroremont" swojego kraju.
GRZEGORZ GROMADZKI, niezależny analityk, współpracownik Fundacji Batorego, w której kieruje projektem "Nowa Unia Europejska i Ukraina". Zajmuje się relacjami UE i NATO z krajami Europy Wschodniej oraz problematyką bezpieczeństwa europejskiego. Pracował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i Ośrodku Studiów Wschodnich w Warszawie.
POCZĄTEK
STRONY |