
Diagnozy
Muzeum pamięci
Piotr Kosiewski
1 sierpnia tego roku można było po raz pierwszy zwiedzić surowy jeszcze gmach oczekiwanego od lat Muzeum Powstania Warszawskiego1 . I chociaż jest to nadal "muzeum w budowie" i na razie obejrzeć można jedynie część ekspozycji (całość ma być gotowa w czerwcu przyszłego roku), jego otwarcie stanowi dobrą okazję do rozmowy o naszym stosunku do wydarzeń sprzed sześciu dekad, o sposobach mówienia i pisania o Powstaniu w wolnej już Polsce, wreszcie do rozmowy o samym muzeum.
Muzeum to tworzono przez blisko ćwierćwiecze (zbiórkę eksponatów rozpoczęto w 1981 roku!). Rozmaite też miało ono mieć lokalizacje i wedle różnych koncepcji chciano je zakładać. Po tylu latach chyba niewielu wierzyło, że takie muzeum może w ogóle powstać. I nagle okazało się, że wystarczył rok, by - nawet w niedoskonałej formie - otworzyć jego podwoje. Zasługuje to na więcej niż podziw. Życzliwe przyjęcie tej inicjatywy, udział w otwarciu placówki (oraz w uroczystościach upamiętniających 60. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego) nie tylko najważniejszych polityków, ale i powstańców, i tłumów mieszkańców Warszawy, dziesiątki tekstów w prasie i audycji telewizyjnych o Powstaniu skłaniają do postawienia pytania o nasz stosunek do przeszłości, o której jeszcze nie tak dawno mówiono, że Polaków już nie interesuje. A może mamy do czynienia jedynie z koniunkturalną - w przypadku polityków - grą (wiadomo przecież, że zbliżają się wybory)?
Jedną z nielicznych prób odpowiedzi na te pytania stanowił tekst Dariusza Karłowicza, opublikowany na łamach "Rzeczpospolitej" niedługo po zakończeniu uroczystych obchodów rocznicy wybuchu Powstania (Niezgoda na amnezję, 7.08.2004). "Dlaczego Muzeum Powstania Warszawskiego, i to muzeum stworzone z inicjatywy Lecha Kaczyńskiego, zyskało nieoczekiwane poparcie ze strony środowisk, które dotąd alergicznie reagowały na wszelkie próby hołdu wobec bohaterów polskiej tradycji niepodległościowej?" - pyta Karłowicz. Zdaniem niektórych publicystów (i polityków), doszło tu do fundamentalnej przebudowy postaw Polaków, do zmiany klimatu społecznego. Czy rzeczywiście?
Autor tekstu ogłoszonego w "Rzeczpospolitej" uważa, iż na formułowanie tego rodzaju ocen jest dzisiaj zbyt wcześnie, i proponuje dwie inne odpowiedzi na postawione przez siebie pytanie. Jedną z nich ma być "wyczerpywanie się okrągłostołowego modelu tożsamości". Karłowicz jest bowiem przekonany, że to część elit postsolidarnościowych - forsując pewien projekt pojednania narodowego - ponosi odpowiedzialność za współistnienie w obiegu społecznym rozmaitych, wzajemnie się wykluczających wizji historycznych i silną nostalgię za PRL-em. Odpowiedź druga brzmi: Erica Steinbach.
Szefowa Związku Wypędzonych stała się mimowolnym symbolem lekcji mówiącej, że nie jesteśmy samotną wyspą, że polskie porachunki z przeszłością mają również swoje międzynarodowe audytorium. Więcej - dzięki idei Centrum przeciw Wypędzeniom w Berlinie czy niedawnym berlińskim obchodom Powstania Warszawskiego - nawet najmniej pojętni odkryli, że polityka historyczna [inni nazywają to dyplomacją historyczną - P.K.] stanowi niezwykle istotny element polityki międzynarodowej.
Nie jest to kontekst, o którym można przy tej okazji zapomnieć. Przecież i te obchody rozgrywały się w cieniu innego sporu: o roszczenia majątkowe zgłaszane przez Niemców wysiedlonych po wojnie z terenów dzisiejszej Polski. I nie przypadkiem od kanclerza Schrödera, w jego mowie na uroczystościach w dniu 1 sierpnia, oczekiwano nie tylko złożenia hołdu powstańcom, ale także odcięcia się od żądań wysiedlonych.
Z tymi odpowiedziami można i należy, moim zdaniem, dyskutować. Można i należy szukać również innych przyczyn owego powszechnego poparcia dla idei upamiętnienia Powstania Warszawskiego. Od wielu lat mówi się o ucieczce Polaków od przeszłości. Czasami zasadnie, bo część elit, zapatrzona w liberalizm (oczywiście, tylko ten gospodarczy), zbyt chętnie wieściła zanik roli pamięci w dzisiejszej rzeczywistości, a problematyka historyczna - jako nieatrakcyjna dla czytelnika - była wypierana z mediów. Może zabrakło nowego języka, który mógłby konkurować z innymi w całym tym hałasie medialnym i był zrozumiały dla nowego pokolenia?
Bezsprzecznie przebieg uroczystości rocznicowych, ich powaga, i udział w nich tysięcy ludzi pokazały, że pamięć o Powstaniu jest bardzo ważna. Hołd wobec bohaterstwa walczących powstańców był i jest nakazem. Zaś dzieje budowy muzeum po roku 1989 to smutna historia składanych i nierealizowanych obietnic, nieudolności, braku wrażliwości, na pewno braku woli politycznej, ale też zwyczajnego partactwa, wreszcie bezkarnie rozbudzanych i niespełnionych nadziei. Odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą nie tylko kolejne władze stolicy, ale cała elita polityczna III Rzeczypospolitej (nie jedyny to zresztą przykład; do tej pory nie powstały inne muzea, na przykład: Muzeum Żydów Polskich czy Muzeum Komunizmu). Dostrzegam jednak coś niepokojącego w tej nagłej narodowej zgodzie. Czy bowiem Powstanie Warszawskie nie może i nie powinno być tematem dyskusji? Czy jest tu jeszcze miejsce na spór? Czy może ma to być obraz zastygły w jednej - odlanej z najbardziej szlachetnego materiału - matrycy? Może rocznica nie jest najlepszym momentem, żeby toczyć te debaty, ale przecież nie trzeba być wcale wielbicielem "historycznego kompromisu" z komunistami, by spierać się o Powstanie. Przypomina o tym wydana niedawno książka Tomasza Łubieńskiego Ani tryumf, ani zgon, stawiająca trudne pytania, boleśniejsza w odbiorze niż - skądinąd bardzo cenne - opracowanie Normana Daviesa Powstanie '44. Ale może zbyt daleko odeszliśmy tu od samego muzeum?
Jest też inny kontekst - bardziej odległy - w którym można lokować Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie przypadkiem jego twórcy chętnie powołują się na otwarte w 1993 roku waszyngtońskie Muzeum Holocaustu. To właśnie jego powstanie zapoczątkowało nowy sposób myślenia i mówienia o przeszłości, dopominania się o pamięć ofiar, tych, co ulegli, byli słabsi. Ale też mówienia w sposób bardziej wyrazisty, odchodzący od rytuału dawnych muzeów zbierających przede wszystkich pamiątki z przeszłości. Mówienia w sposób odmienny: odważnie włączający w ekspozycję nowe media, zmuszający odwiedzających do wczucia się w sytuację ofiary, do opowiedzenia się po którejś ze stron. Wreszcie muzeum ma oddziaływać już samą formą architektoniczną, mającą przekazać jego program i przesłanie, a także wpisującą go - wraz ze wszystkimi tymi znaczeniami - w przestrzeń miasta.
Twórcy warszawskiego muzeum znaleźli się w trudniejszej sytuacji. Zdecydowano, że jego siedzibą będzie nieczynna już wolska elektrownia tramwajowa przy ulicy Przyokopowej. Dokonano ważnego wyboru, bo miejsce to przypomina o jednym z największych dramatów Powstania: to właśnie na Woli żołnierze niemieccy i wspomagające ich oddziały pomocnicze pod wodzą Dirlewangera w dniach 5--9 sierpnia 1944 roku dokonały rzezi blisko 50 tysięcy cywilnych mieszkańców Warszawy. Wybór ten jest ważny także z innej przyczyny - zmienia bowiem charakter tej dawnej dzielnicy przemysłowej (dziś coraz bardziej upodabniającej się do pustyni biurowców zasiedlonych przez duże firmy), wprowadza do niej życie.
Sam budynek - stuletni zabytek - dawał wiele szans. Ale też nie mogło być tak (jak stało się chociażby w przypadku wspomnianego tu muzeum w Waszyngtonie czy też Muzeum Żydowskiego w Berlinie), żeby sama architektura określała podstawowe znaczenie gmachu. Twórca berlińskiej placówki Daniel Libeskind przyznawał na przykład, że postanowił "stworzyć architekturę nowej epoki: budowlę, która odzwierciedla rozumienie historii, nowoczesne postrzeganie muzeów i nowo ukształtowaną świadomość związków łączących projekt z przestrzenią miejską". W Warszawie te możliwości były znacznie ograniczone. Nowe muzeum musiało uszanować dawną architekturę, interwencje musiały być, siłą rzeczy, niewielkie. Autor koncepcji architektonicznej Wojciech Obtułowicz zaproponował zatem wybudowanie wieży widokowej podkreślającej niezwykłość miejsca. "Znaczący" stał się również muzealny ogród. Jednocześnie bardzo pieczołowicie przywrócono fasadom budynku ich dawny blask. I pozostało wnętrze dające, jak się okazało, wiele możliwości.
Tak oto powstało miejsce upamiętniające męstwo żołnierzy, ale też dramat miasta i jego mieszkańców. Jest to muzeum powstańców - oni w pewnym sensie są jego gospodarzami. Twórcy muzeum stanęli wobec trudności (z jednej strony - spełnienie oczekiwań, by upamiętniono bohaterstwo powstańców, z drugiej - przygotowanie ekspozycji komunikatywnej i atrakcyjnej dla najmłodszych pokoleń, a także dla cudzoziemców posiadających szczątkową, co najwyżej, wiedzę o wydarzeniach 1944 roku). Musieli zatem pogodzić oczekiwania dotyczące pewnej tradycyjnej formy upamiętniania (na przykład rzędów gablot z niezliczonymi cennymi eksponatami) i nowej, w Polsce nieznanej formuły muzeum (formuły komunikatywnej, nie uciekającej od uogólnienia, a nawet uproszczenia, odważnie sięgającej po symbole, tworzącej miejsca znaczące, w których poszczególne przedmioty obrazują dzieje grup). I tak w muzeum tym obok egzemplarzy broni, ulotek, opasek powstańczych i innych pamiątek równie ważną rolę odgrywają wspomnienia powstańców, filmy, zdjęcia. Autorom koncepcji wystawy - Mirosławowi Nizio, Jarosławowi Kłaputowi i Dariuszowi Kunowskiemu - ale też osobom odpowiedzialnym za merytoryczną stronę ekspozycji, udała się ta trudna sztuka.
Wchodząc do budynku, kroczymy po kamiennym bruku - gdzieniegdzie znajdują się włazy do kanałów. Tuż przy wejściu można "połączyć się" w kabinie telefonicznej z byłym powstańcem i wysłuchać jego wspomnień. Centrum głównego pomieszczenia zajmuje ogromny Monument - ściana przecinająca oba poziomy budynku. Na tym kilkumetrowym stalowym obelisku, ciepłym, drżącym w rytm serca, wyryto daty najważniejszych powstańczych walk oraz stylizowane ślady po pociskach. Przykładając ucho do otworów po kulach, można usłyszeć "dźwięki Powstania": chrzęst broni, fragmenty piosenek, modlitwę, radiowe komunikaty czy odgłosy bombardowania. Zwiedzający poznają tu indywidualne historie, które są konfrontowane z dziejami całej społeczności i z "dużą historią". Ta podwójna perspektywa rządzi całą ekspozycją.
Parter poświęcony jest życiu pod okupacją - na ścianie umieszczono mapę Polski rozdartej między Niemcy i ZSRR. W niewielkich telewizorach, niby w fotoplastykonie, można oglądać zdjęcia z różnych okresów okupacji. Mamy tu więc: obronę Warszawy w roku 1939, życie codzienne w okupowanym mieście, getto warszawskie... W innym miejscu mówi się o Palmirach, obozach w Auschwitz, Maut-hausen, Buchenwaldzie... Przeciwległa ściana jest poświęcona działalności podziemnej.
Dalsza część ekspozycji - na antresoli i pierwszym piętrze - opowiada o 63 dniach Powstania, o kapitulacji i niszczeniu miasta. Mijamy serię zdjęć powstańców... W szarym namiocie przypomniano o rzeziach ludności cywilnej - w pustej przestrzeni można znaleźć zatopione w pleksiglasie kopie protokołów PCK z ekshumacji ofiar. Obok odtworzono salę kina Palladium, gdzie wyświetlane są kroniki powstańcze. Można tu znaleźć zdjęcia-znaki, takie jak fotografia płonącego Prudentialu. Można odbyć podróż przez walczące dzielnice (Śródmieście, Mokotów, Żoliborz, Wolę). Jednym z "najtrudniejszych" miejsc jest sala "Niemcy" - niemalże pusta. Jedną ścianę zajmuje tu powiększone zdjęcie gubernatora Franka w otoczeniu rodziny. Na drugiej widać fotografię Niemców dokonujących egzekucji. Niedaleko od tego miejsca stworzono trzy symboliczne groby otoczone metalowymi ścianami z wmontowanymi zdjęciami powstańców. Jest też zapis niszczenia miasta i jego zabytków.
W przestrzeni muzeum wydzielono też miejsce wyjątkowe: Salę Małego Powstańca, jasną, z kolorowymi rysunkami na ścianach, drewnianą podłogą i kopiami zabawek z czasów wojny. Są tu misie, są modele czołgów i samolotów. Są też kopie lalek z teatrzyku, który w sierpniu 1944 roku prowadziła na Powiślu Zofia Czerwosz. To miejsce, w którym można w historię wprowadzić najmłodszych. Mogą tu rysować, słuchać piosenek wykonywanych przez rówieśników, mogą odbić stemple powstańczej poczty polowej.
Druga część muzeum to Park Wolności, gdzie w zieleni trawników ustawiono między innymi fragmenty zniszczonego przez Niemców pomnika ks. Józefa Poniatowskiego. Tu też znalazł się Mur Pamięci, długa ściana z wyrytymi nazwiskami poległych powstańców.
Muzeum wciąż jest w budowie - nie ma jeszcze niektórych eksponatów, a nawet fragmentów ekspozycji, niektóre sale są puste. Na jego drugą część (będzie tam między innymi powstańcza kaplica) trzeba poczekać do czerwca przyszłego roku. Sama ekspozycja - jak podkreśla dyrektor Jan Ołdakowski - będzie uzupełniana i po dyskusjach korygowana. Oby udało się tylko utrzymać szczęśliwie zachowaną teraz równowagę między tradycyjnymi elementami ekspozycji a jej nowatorską formą.
Muzeum - deklarują jego twórcy - ma być wyrazem hołdu dla powstańców, ale też miejscem debaty o Powstaniu. Ma to być także siedziba instytutu badań nad polskim państwem podziemnym. To na razie tylko plany. Już dziś jednak muzeum to spłaca przynajmniej część długu, jaki został zaciągnięty u warszawskich powstańców.
PIOTR KOSIEWSKI, ur. 1967, historyk sztuki, krytyk. Współpracownik m.in. "Kresów" i "Tygodnika Powszechnego".
POCZĄTEK
STRONY |