
RUBRYKA POD RÓŻĄ
Tylko patrzeć
Małgorzata Łukasiewicz
W domu przy Invalidenstrasse 29, w mieszkaniu na trzecim piętrze u framugi okna po zewnętrznej stronie zamocowane jest obrotowe lustro. Widać w nim, co się dzieje na ulicy. Oczywiście można by po prostu wyjrzeć przez okno i byłoby widać to samo: Invalidenstrasse, ruch uliczny, ludzi, wozy, tramwaje konne. A jednak to nie byłoby to samo. Nawet nie o to chodzi, że czasem zajęcie trzyma człowieka z dala od okna, a w lusterko zawsze można rzucić okiem, także z pewnej odległości, i w dodatku człowiek nie naraża się wtedy na zarzut, iż nie ma nic lepszego do roboty, tylko się gapić. Chodzi o to, że widzieć świat w lustrze to coś całkiem innego, niż widzieć tak po prostu. Właściciel mieszkania uważa, że takie urządzenie bardzo podnosi walory lokalu. I pewnie się nie myli. W każdym razie wdowa Pittelkov, gdy odwiedza swoją siostrę wynajmującą pokój z lustrem, nie może oderwać odeń oczu: "Kiedy tak spoglądam w lusterko i widzę w nim ludzi i konie, to sobie myślę, że jakoś wszystko wygląda inaczej, niż kiedy się patrzy gołym okiem. I tak też jest naprawdę. Ja myślę, że lustro pomniejsza, a pomniejszać to prawie tyle, co upiększać".
Wszystko to w powieści Theodora Fontane Stina, napisanej w latach 80. XIX wieku.
W lustrze wszystko wygląda inaczej, lustro pomniejsza, a "pomniejszać to prawie tyle, co upiększać" - oto zwięzły przyczynek do teorii estetycznej. Platonowi metafora zwierciadła służyła do dezawuowania ludzkiej działalności, która niczego nie tworzy, a jedynie naśladuje. U Stendhala zwracała się polemicznie przeciwko kanonom klasycyzmu: zwierciadło nie ustala hierarchii przedmiotów, zdaje się na zmienne okoliczności, dotrzymuje kroku swoim czasom. Tutaj zaś atrakcyjność lustra u framugi okiennej polega na tym, że daje inny, piękniejszy obraz rzeczywistości. Tu nie cenimy lustra za idealnie wierne odbicie rzeczywistości, przeciwnie - za to, że ją odmienia. Invalidenstrasse odbita w lustrze nie jest już wycinkiem świata, w którym sami żyjemy, którego sami jesteśmy cząstką, który dociera do nas za pośrednictwem wszystkich naszych zmysłów. Zostaje wyjęta z naturalnego środowiska, przeniesiona w wymiar czystej wizualności, zamknięta w ramach, którymi są krawędzie lustrzanej tafli. W ramach niedużego lusterka, jeśli patrzeć z odpowiedniej odległości, widać całkiem spory kawał ulicy. A dodatkowy smak lustra zainstalowanego przy oknie polega jeszcze na tym, że jedno sąsiaduje z drugim, możemy na przemian patrzeć na ulicę i patrzeć w lustro - i zdumiewać się różnicą. Zwykła, normalna ulica - i ulica cudownie przemieniona, tak jakby lustro otwierało tajemne przejście i pozwalało oglądać świat od jakiejś niezwykłej strony.
"Pomniejszać to prawie tyle, co upiększać". Nie po prostu "małe jest piękne" - piękne jest to, co pomniejszone, to, co skądinąd znamy też w naturalnych rozmiarach. O przewagach miniatury Bachelard pisze: "To, co małe, jest wąską bramą otwierającą cały świat", "zwyczajna miniaturowość otwiera drogę do wszystkich niezwykłych przygód", "miniatura to ćwiczenie, które daje poczucie metafizycznej świeżości".
Powieści Fontanego są mocno osadzone w miejscu i czasie, solidnie podmurowane realiami, aż po owo przyokienne lusterko, u podłoża fabuł tkwi zwykle autentyczne zdarzenie, znane mu osobiście albo z relacji, z plotki, z gazety, z kronik historycznych. Ale kochamy Fontanego chyba za to, że w tym jego realnym świecie nie do końca można się połapać. Ciągle napotykamy jakieś przerwy w zabudowie, jakieś niedomknięcia, wyjaśnienia nie całkiem przekonujące, decyzje tylko pozornie umotywowane.
I we wszystkich chyba jego powieściach pojawiają się w wielkiej ilości obrazy. Płótna dawnych mistrzów, oglądane w podróżach do Włoch, portrety przodków w arystokratycznych rezydencjach, malowidła zdobiące kościoły, sceny historyczne, obrazki rodzajowe, pejzaże, karykatury - żaden chyba pisarz nie zgromadził takiej kolekcji. Oryginały, kopie i reprodukcje - jak gdyby już wtedy, w latach 80. XIX wieku, wiedziano dobrze, że sztuka będzie czym innym, gdy jej stan skupienia rozpryśnie się w tysięcznych replikach.
Czasem są elementem tła, pomocnym przy charakteryzowaniu postaci i całych grup społecznych. Czasem odgrywają kluczową rolę w zawiązaniu i rozwiązaniu akcji. Powieść L'Adultera już w tytule odwołuje się do dzieła Tintoretta, a sam obraz - a właściwie jego kopia, a potem miniaturowa reprodukcja - jest właśnie takim fabularnym rozrusznikiem i zwornikiem. W historii rotmistrza von Schacha rozgrywa się istna wojna wizualna: po mieście krążą karykatury, ośmieszające go jako niefortunnego wielbiciela pięknej matki, zmuszonego do ożenku z oszpeconą córką; rotmistrz ucieka z Berlina do rodowego majątku, gdzie znowu ma wokół siebie portrety przodków. Pod presją obrazków Schach ostatecznie popełni samobójstwo.
Często opis obrazu albo sama o nim wzmianka zastępują wgląd w przeżycia postaci: Fontane stroni od introspekcji, woli sygnalizować nastroje swoich bohaterów, umieszczając przed nimi obrazy. Effi Briest w poczekalni u ministrowej którą chce błagać o wstawiennictwo - ogląda Aurorę Guida Reni i miedzioryt, przedstawiający króla Leara na pustkowiu. Pani von Carayon, oczekując na rozmowę, która ma rozstrzygnąć o losie córki, patrzy na reprodukcje Reynoldsa, Gainsborougha i mistrzów włoskich. Lena Nimptsch w gospodzie, gdzie spędza noc z kochankiem, z którym zaraz potem będzie musiała się rozstać, "zaczęła się przyglądać wiszącym nad łóżkami obrazom w szerokich ramach". Fontane nie wdaje się w szczegółowe analizy, nie interesują go aspekty artystyczne i ranga dzieła, ważne jest przede wszystkim, że ktoś w pewnych okolicznościach na nie patrzy.
W powieściach Fontanego wygląda się też przez okno. Lena, zniechęcona treścią litografii, siada w oknie i wpatruje się w krajobraz z rzeką, lasem i księżycem. W Stinie baron spiera się z hrabią, który z nich ma lepszy widok. Hrabia "już od siedmiu lat z górą wpatruje się (...) w portal małej Mauerstrasse, by nie zobaczyć nic poza powozem ze starą księżną albo jakąś jeszcze starszą damą dworu", baron ma przed oczyma pomniki pruskich generałów, gmachy ministerstw, a jak się lepiej wychyli, to nawet pałac Bismarcka. Młody hrabia von Haldern szczególnie lubi widok z okien swojej sypialni. Melania van der Straaten, wyglądając jak zwykle na targ przed oknem, widzi wirujące płatki śniegu i ogarnia ją "coś jakby tęsknota".
Ale nawet nie na zamalowanym płótnie i nie ujęty w ramy okna świat może zmienić się w doznanie czysto wizualne i tym samym się przemienić. Gdy młody von Haldern odbywa swoją ostatnią przechadzkę, coraz to przystaje, by się czemuś przyjrzeć - nie czemuś szczególnemu, po prostu temu, co widać. Kiedy na koniec stwierdza melancholijnie: qui vivra verra, ta banalna sentencja też niespodziewanie nabiera innego sensu.
Patrzą na obrazy, wyglądają przez okno, idąc ulicą, zatrzymują się, żeby patrzeć, już tylko patrzeć. Nieważne, co akurat przyciąga ich uwagę. Poszczególne obiekty zatracają cechy konkretu i zamieniają się w znaki tęsknoty, w obietnice szczęścia. Jak imiona miejscowości u Prousta, o których Adorno napisał, że zdają się przyrzekać szczęście - "człowiek wierzy, że kiedy tam dojdzie, zazna spełnienia, jak gdyby ono istniało". Jak zatopione miasto w Morskim widziadle Heinego (o tym wierszu major von Crampas rozmawia z Effi Briest) - widać je tak wyraźnie, na wyciągnięcie ręki, jakby w jednej chwili można było zejść "w głąb" i wreszcie odnaleźć utracony skarb, którego się szukało "po całej ziemi".
Im bardziej tak patrzą, tym bardziej wydaje się, że widzą coś innego niż Invalidenstrasse, krajobraz, wróble i pomniki pruskiej potęgi. Albo raczej - że to wszystko, tak dobrze znane i zwyczajne, objawia się w niezwyczajnej postaci, magicznie przemienione samym spojrzeniem. Spojrzenie może być jak podróż, wiodąca nie tylko poza miejsce, z którego się patrzy, ale poza świat, na który się patrzy, dokądś, gdzie odnaleźlibyśmy może tylko samych siebie, ale prawdziwszych i fajniejszych, niż jesteśmy tutaj, i gdzie bylibyśmy bardziej u siebie niż tu, gdzie jesteśmy. Zagadkowy dystych lozański Mickiewicza: "Uciec z duszą na listek i jak motyl szukać / Tam domku i gniazdeczka", to też taka podróż, niby niedaleko, a przecież w zupełnie inny świat, niby w inny świat, a przecież po to, by wreszcie poczuć się jak w domu.
T. Fontane, Stina. Rozdroża, bezdroża, przeł. M. Kłos-Gwizdalska, Warszawa 1960; tenże,L'Adultera, Rudolstadt 1975; G. Bachelard, Miniatura, przeł. K. Mokry, T. Markiewka, "Literatura na Świecie" 9/1999; T. W. Adorno, Dialektyka negatywna, przeł. K. Krzemieniowa, Warszawa 1986; H. Heine, Morskie widziadło, przeł. R. Stiller, w: H. Heine, Księga pieśni, Warszawa 1980; A. Mickiewicz, Wiersze, Warszawa 1955.
MAŁGORZATA ŁUKASIEWICZ, tłumaczka, eseistka, autorka monografii Robert Walser (1990).
POCZĄTEK
STRONY |