|

Temat miesiąca
Teleportacja
Paweł Huelle
Mogłoby się wydawać, iż o telewizji powiedziano już niemal wszystko, że osiągnęła pewien poziom swojego rozwoju i że jedyne, o czym winniśmy teraz rozprawiać, to kwestia takiego, a nie innego jej użytkowania. Asceta wzywałby do całkowitego jej bojkotu. Stoik do rozumnego wyboru programów - z naciskiem na powściągliwość. Epikurejczyk podobnie, ale z akcentem na umiarkowanie. Hedonista rozwinąłby przed nami wizję oszałamiającego morza zjawisk i możliwości. Schizofrenik odnalazłby w niej głos demonów pomieszany z językiem boga. Ktoś jeszcze, świeżo po lekturze Schopenhauera, określiłby telewizję jako zasłonę Mai, pod którą ukrywa się wiecznie ta sama, mało pocieszająca prawda o rzeczywistości. Trzeźwy ekonomista mógłby nam przedstawić zupełnie realną wizję krachu na giełdach jako efektu jednodniowego wyłączenia wszystkich telewizorów świata, przy którym to krachu kryzys lat 30. byłby zaledwie drobnym zefirkiem wobec nadchodzącego huraganu. Zaś autor powieści science fiction przekonałby nas (nie po raz pierwszy i nie ostatni), że wynalazek telewizji spowoduje nieodwracalne przeobrażenia w naszym gatunku - włączając w to rzecz jasna zmiany genetyczne.
Żadnemu z nich nie moglibyśmy zarzucić kłamstwa, ponieważ każdy z nich (nie wyłączając schizofrenika) mógłby przytoczyć sporo sensownych argumentów. Rzecz bowiem w tym, że telewizja okazała się nie tyle wynalazkiem ułatwiającym pewien nowy rodzaj zajęć czy czynności - taką mogła się wydawać w epoce raczkowania, kiedy mówiono o edukacji, kulturze i rozrywce. Dzisiaj jest czymś zupełnie innym. Z narzędzia stała się trwałym elementem naszego życia, jego cząstką, warunkiem bycia w świecie niemal tak koniecznym, jak powietrze, woda czy pożywienie. Przykład najbiedniejszych favelos, gdzie na falistej blasze dachów wyrastają anteny satelitarne, czy Indian, którzy po statystowaniu w filmie Her-zoga chcieli porzucić swoją puszczę, ponieważ u siebie nie mieli właśnie telewizji, mówi nam tylko jedno: ci, o których bylibyśmy skłonni myśleć jako o szczęściarzach, uznają się za wykluczonych właśnie ze względu na brak tego wynalazku. Bunty więźniów, podobnie jak rewolucje, wybuchają nie z nadmiaru telewizji, ale z jej niedostępności bądź ograniczeń.
Telewizja jednak nie tylko kreuje czy obala władzę, wygrywa lub przegrywa wojny, ochrania jedne mniejszości, a inne niemal zmiata z powierzchni ziemi: jest także, a może przede wszystkim codzienną, niematerialną (choć opartą na zmysłach) strawą miliardów ludzi, którzy nie wyobrażają sobie samej choćby możliwości życia bez tego pokarmu. To ich przekonanie jest równie mocne, jak wiara naszych przodków, którym nie mieściło się w głowie, że świat mógłby trwać choćby ułamek sekundy - gdyby pozbawić go wsparcia bogów. Nie znaczy to jednak, że telewizja - jak sądzą niektórzy - wyparła bądź zastąpiła dawną więź, poczucie wspólnoty - czyli najszerzej rozumianą religię. Raczej wprowadziła zupełnie nowy porządek, w którym komunikacja i poczucie więzi rządzą się nie do końca przewidywalnymi hierarchiami. W tym właśnie, a nie w technicznych nowinkach tkwi niebezpieczeństwo, które ze sobą niesie.
Sprzężenie zwrotne pomiędzy odbiorcami a nadawcami wcale nie jest jasne i nie zawiera żadnych właściwie reguł, wedle których moglibyśmy cokolwiek przewidywać, nie wspominając już o projektowaniu. Im bardziej wydaje się nam, że telewizji strzeże prawo, minimum dobrych obyczajów czy wreszcie jakaś nieokreślona mglista humanitas, tym mocniej i częściej jesteśmy zaskakiwani tym, jak telewizja zmienia nasze prawo, wpływa na obyczaje, kształtuje pojęcie humanitas. Według rynkowych specjalistów - a telewizja sprzężona coraz ściślej z Internetem jest największym rynkiem świata - nie ma powodu do obaw, ponieważ niewidzialna ręka tegoż rynku, sama reguluje mechanizm, wprowadza korekty, przezwycięża kryzysy i sprzeczności. Ale to nieprawda, ponieważ telewizja, będąc rynkiem, jest także czymś, czego rynek nigdy dotąd nie ośmielał się proponować: stale zamieszkującym pod naszym dachem domokrążcą, który z równym zapałem dostarcza nam lirycznych wzruszeń, co wstrząsających obrazów okrucieństwa, poważnych idei i zupełnych kłamstw, pornografii i ojca Rydzyka, historii starożytnej i relacji porwanych przez Marsjan ludzi, którzy mogą okazać się naszymi sąsiadami. Powie ktoś, że to problem stary jak świat i że ten, który nie potrafi dokonywać mądrych wyborów, sam sobie winien. Zapewne, ale rzecz nie dotyczy przecież zwykłego nadmiaru, który - redundancją zwany przez informatyków - oznacza ową niekonieczną dla zrozumienia treści komunikatu, zbędną liczbę informacji. Ów domokrążca, który nie tylko wprowadził się do naszego domu, ale musimy go na dodatek opłacać, bo przecież nie ofiarowuje nam swoich obrazków jak misjonarz, posiada pewną, bardzo ważną cechę, jakiej nie miał przed nim żaden nawiedzony kaznodzieja, dyktator czy święty. Jest nią wykorzystanie naszych świadomych i podświadomych, bardzo mocno rozwiniętych u Homo Sapiens dążności mimetycznych - pragnienia naśladownictwa, które wypływa z woli rywalizacji. Najprostszym sprawdzianem skuteczności metod stosowanych w telewizji są nasze reakcje seksualne, począwszy od pornografii, a skończywszy na subtelnej reklamie perfum czy samochodu. Ale rzecz idzie oczywiście głębiej, dotyczy bowiem - jak pisał o tym mądrze René Girard - całej struktury naszych zachowań: rodzinnych, grupowych, wreszcie społecznych. To właśnie dzięki tej naszej przypadłości, o której doskonale wiedzieli szaleni pustelnicy z Gazy, uczniowie Buddy, członkowie bractw sufickich, dzięki naszej skłonności do oglądania, podglądania, zaglądania i przeglądania się w zwierciadłach, telewizja jest żywiołem, który skończy się dopiero wraz z naszym gatunkiem.
Tę cechę ludzkiej psychiki opisywał także w pierwszych zdaniach Metafizyki Arystoteles: "Wszystkim ludziom wrodzone jest pragnienie poznania. Znakiem zaś tego jest przyjemność z wrażeń zmysłowych. Niezależnie bowiem od korzyści, jakie z nich wynikają, pragnie się ich dla nich samych. Odnosi się to szczególnie do wrażeń wzrokowych. Nie tylko bowiem, aby działać, ale i nic nie mając działać, przedkładamy widzenie, żeby tak powiedzieć, nad wszystkie inne wrażenia". Zdanie to - "nie tylko aby działać, ale i nic nie mając działać, przedkładamy widzenie (...) nad wszystkie inne wrażenia" - właściciele i szefowie wszystkich stacji telewizyjnych powinni wykuć złotem w marmurach swoich portali i w duszach swoich pracowników. Bez tej skłonności, czy może raczej: dominującej cechy naszej psychofizycznej konstytucji, telewizja byłaby ciekawą zabawką, może i rozrywką, ale na pewno nie stale opłacanym przez nas domokrążcą, który nigdy już nie opuści naszego domostwa. Podejrzany to gość, skoro za jednym naciśnięciem pilota zmienia się z anioła w stręczyciela.
Właśnie dlatego wszelkie dyskusje na temat głupoty, brutalności, tandety i "klipowatości" (cóż za miłe słówko) programów telewizyjnych uważam za potrzebne, ale wtórne. Oczywiście konieczny jest przyzwoity ład prawny, który pozbawi - choćby częściowo - sprzedawców ich tupetu, bezczelności i braku jakichkolwiek skrupułów. Trzeba jednak pamiętać, że to, co jeszcze wczoraj wydawało się przyzwoitym ludziom nie do pomyślenia, jutro staje się na antenach normą. Big Brother z kanibalem w roli głównej za dwadzieścia lat? A dlaczego nie za pięć? Zabieg eutanazji na żywo, z udziałem rodziny i sąsiadów? Już widzę paru poważnych ekspertów, którzy doskonale to uzasadnią. A pasmo reklam - wymarzone.
Powinniśmy - nawet jako posądzana o brak piątej klepki mniejszość - rozmawiać raczej o uzależnieniu od telewizji. W ankiecie prezentowanej na łamach "Tygodnika Powszechnego" przy okazji rozmowy z autorem Rehabu każdy mógł sprawdzić, czy jest uzależniony od alkoholu albo nałogiem zagrożony. Symptomem zniewolenia jest na przykład fakt sięgania po alkohol nie rzadziej niż co trzy, cztery dni i niepokój, gdy okres abstynencji się wydłuża. "Straszne skutki awarii telewizora" to właśnie objaw takiej nerwowości, wywołanej przymusową abstynencją od upragnionej dawki ruchomych obrazków. Pożytki z alkoholu, podobnie jak pozytywy telewizji - wszyscy znamy. Anonimowi alkoholicy nie potępiają żadnego pijącego, pomagają jednak tym, którzy przekroczyli mroczną barierę uzależnienia. Anonimowi teleholicy mogliby pomagać tym, którzy bez dziennej dawki migających obrazów nie potrafią już żyć, normalnie funkcjonować, samodzielnie myśleć, kochać się, przyjaźnić, rozmawiać, widzieć świat takim, jaki jest realnie.
Kiedy przez jakiś czas pracowałem w telewizji, przekonałem się prędko, z jak ogromną determinacją, uporem, czasem bezczelnością ludzie pragną zaistnieć na ekranie choćby ten jeden jedyny raz, choćby przez kilkanaście sekund. Telewizja nadaje każdemu, nawet błahemu wydarzeniu rodzaj sakralizacji, wpisania do księgi wydarzeń w rubryce: ważne. Imprezy kulturalne mają swoją hierarchię i dzielą się z gruntu na te, gdzie była telewizja, oraz te sieroce, gdzie panienka z kamerą nie wpadła nawet na minutę, by zrobić dwudziestosekundową skrętkę. Najlepiej, kiedy zdobędzie się patronat, czyli magiczne przyrzeczenie, że coś tam będzie na ekranie. Niestety kupieckie zabiegi organizatorów mają swe uzasadnienie: można mieć realne przekonanie o wartości tego, co się robi, ale obecność telewizji przekłada się na przychylność sponsorów albo urzędników zarządzających placówką. W istocie ważne staje się tylko to, co pokazano na ekranie. Dobrze, gdy rozumieją ten mechanizm redaktorzy. Ale najczęściej rutyna i wygodnictwo biorą górę i sami dziennikarze wierzą, że tam, gdzie byli - być powinni, a tam, gdzie nie dotarli - nic istotnego przecież się nie działo. W ten sposób koło się zamyka i można dojść do wniosku, że to, co nie zaistniało na ekranie - prawdopodobnie się nie wydarzyło. Mechanizm ten wielokrotnie już opisywano i nie dodaję tu nic nowego, warto jednak uświadomić sobie jego działanie w skali globalnej, przekraczającej wieczór debiutancki młodego poety czy skrzypka w prowincjonalnym mieście. Prawdopodobnie największe korzyści osiągają dziś za pośrednictwem telewizji politycy, terroryści, producenci rozmaitych dóbr oraz szaleńcy - bo tych zawsze i wszędzie pokażą. A przecież o to im chodzi. Doborowa ferajna, szkoda gadać.
PAWEŁ HUELLE, ur. 1957, pisarz i eseista, autor m.in. powieści Weiser Dawidek (1987), Mercedes--Benz (2001), Castorp (2004). W latach 1994-1996 był dyrektorem Gdańskiego Ośrodka TVP.
POCZĄTEK
STRONY |