Strona główna Miesięcznika ZNAK

 SIW ZNAK

 E-MAIL

 

WRZESIEŃ 2004, NUMER 592

Strona główna

Tolkien - powrót mitu


Lista mailingowa
Jeżeli chcesz otrzymywać aktualne informacje o nowościach w miesięczniku ZNAK i wydarzeniach organizowanych przez SIW Znak wpisz swój e-mail.

 

Diagnozy

"Europejczycy Europejczykom..."

Maria Krzysztof Byrski

Musiało minąć pół wieku z okładem od ostatniej wojny w Europie, żeby się okazało, jak ciągle jeszcze otwarty jest problem rozliczenia się nas, mieszkańców tego naszego subkontynentu Azji, z naszą własną przeszłością - i tą odleglejszą, i tą nie tak bardzo odległą. O wielkiej dojrzałości naszej cywilizacji świadczy już sam fakt, że na ten temat rozmawiamy bez potrząsania szablą, choć ciągle jeszcze śpiewając w związku z uroczystymi okazjami: "Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy!" .

Tę refleksję wywołała aktualna dyskusja o wyartykułowanej przez panią Erikę Steinbach propozycji zorganizowania w Niemczech, w Berlinie, ośrodka upamiętniającego historyczny fakt zmuszenia znacznej liczby Niemców, zamieszkujących tereny dziś należące do Polski, Czech, a także Rosji (o której się mniej mówi), do opuszczenia swych stron ojczystych w wyniku powojennych rozstrzygnięć politycznych. Sposób, w jaki tę operację przeprowadzono, nie był przesadnie humanitarny i często - zbyt często - nabierał charakteru zemsty, z zastosowaniem zasady odpowiedzialności zbiorowej. Wiele (zbyt wiele) osób - jak zawsze w takich wypadkach - doznało niewysłowionych cierpień. Wiemy o tym dobrze, bo wielu (zbyt wielu) z nas, Polaków, miało podobne lub - częściej - dużo gorsze doświadczenia. Trudno się dziwić, że ktoś, kto w dzieciństwie przeżył taką gehennę i widział cierpienie swojej matki, siostry czy dziadków (choć nie wiem, czy to dotyczy samej pani Steinbach), chciałby oddać cześć ich cierpieniu wynikającemu również z tego, że musieli oni na zawsze opuścić swoje strony rodzinne. Wrogowie przecież też mają prawo pogrzebać swoich zmarłych, choć to od czasów Antygony nie dla wszystkich jest oczywiste. Także mają oni prawo do tęsknoty za utraconą ziemią ojczystą. Ja sam staram się traktować ten pomysł właśnie w kategoriach grzebania zmarłych i nikt tego Niemcom nie powinien zabraniać. Zupełnie osobną sprawą, choć dla nas niezmiernie ważną, jest, komu przy tej okazji zostanie przypisana historyczna odpowiedzialność za te cierpienia i czy w rezultacie pojawią się jakieś pretensje rewindykacyjne. Podkreślam, że chodzi przede wszystkim o odpowiedzialność historyczną, bo tu wątpliwości być nie może, że ta odpowiedzialność spada na hitlerowców i na tych wszystkich Niemców, którzy w latach 30. XX wieku oddali swój głos na NSDAP. Pozostaje jednak także odpowiedzialność jednostkowa tych Polaków, Czechów czy Rosjan, którzy znęcali się nad wysiedlanymi Niemcami, i podobnie jak jednostkowa odpowiedzialność tych Niemców, którzy znęcali się nad Polakami, Czechami czy Rosjanami. W tym wymiarze my, Europejczycy, znęcaliśmy się nad sobą nawzajem! Takie postawienie sprawy jest uprawnione nawet wtedy, gdy - statystycznie rzecz ujmując - wśród znęcających się było więcej Niemców niż Polaków, i nawet wtedy, gdy bezpośredniego pretekstu do tego znęcania się dostarczyli ci Niemcy, których opętała idea narodowego socjalizmu. W końcu, jeśli przyjąć starą żydowską maksymę, że "kto uratował jedno życie, uratował świat", to konsekwentnie trzeba też przyjąć, że kto zniszczył jedno życie, zniszczył świat. W tym kontekście statystyka nie ma zastosowania. Zrozumienie tej niezbyt skomplikowanej, choć psychicznie trudnej do przyjęcia prawdy powinna nam, Polakom, ułatwić świadomość, że PZPR liczyła bodaj trzy miliony członków, a większości z nich nie dręczyło specjalnie sumienie z powodu tego, co robiła niepokornym służba bezpieczeństwa. Mechanizm zniewolenia jest wszędzie bardzo podobny. Wszystko zaczyna się niby niewinnie, na przykład od palenia książek czy - jak u nas dzisiaj - od pojedynczych aktów samosądu wymierzanych przez tych, którzy samozwańczo przyznają sobie prawo do samoobrony. Potem w pewnym sensie okoliczności, już poza kontrolą jednostek, mogą sprawić, że ten mechanizm nagle zaczyna przynosić przerażające owoce, tak jak w przypadku nazizmu czy komunizmu sowieckiego. Bakcyl zniewolenia zda-je się endemiczny, jeśli chodzi o europejską cywilizację, bo nie uniknęła tego nawet Francja, tak dumna ze swej wyrafinowanej kultury. Musimy postarać się zrozumieć, że jeżeli nagle pojawia się wrzód wywołany przez takiego bakcyla, to na ogół oznacza, że cały organizm jest zainfekowany i że należy, oczywiście, przeciąć wrzód, ale również wzmocnić antybiotykiem cały organizm. Pozostaje więc tylko odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Europa to zbiorowisko niezależnych organizmów narodowych czy jeden organizm w postaci cywilizacji. W pierwszym wypadku wystarczy chorego poddać odpowiednio długiej kwarantannie (jak widać, pięćdziesiąt lat to nie dosyć), wyperswadować mu pewne zachowania i czekać, aż wydobrzeje. W drugim wypadku trzeba poddać analizie krew ożywiającą cały organizm i podać odpowiedni antybiotyk.

Jestem zwolennikiem tej drugiej opcji z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że powstająca na naszych oczach Unia Europejska - bez względu na szybkość i głębokość procesu integracji - świadczy o tym, iż poczucie jedności europejskiej jest już faktem, choć jeszcze nie akceptowanym powszechnie. Drugi powód stanowi bardzo specyficzne doświadczenie osobiste, którym dysponuję, a które - jak mniemam - jest doświadczeniem stosunkowo niezbyt licznych Europejczyków.

Otóż czternaście lat dorosłego życia spędziłem poza granicami Europy, w Azji Południowej. Oczywiście, wielu Europejczyków podróżuje. Ale załatwianie w Azji interesów czy uprawianie turystyki może nie dostarczyć wystarczających impulsów do odkrycia własnej tożsamości europejskiej i do wyjścia z zacisznego kokonu świadomości narodowej po to, by stawić czoło wyzwaniu, jakim jest odpowiedzialność za cywilizację.

Dwa wydarzenia z czasów mego pobytu w Indiach urastają do rozmiarów symbolicznych. Pierwsze - to proste pytanie, jakie zadał mi jeden z moich indyjskich znajomych współstudentów. Zapytał on mianowicie, czy w mojej schedzie kulturowej jest coś, co można by porównać z Mahabharatą i Ramajaną - dwiema wielkimi, starożytnymi epopejami indyjskimi. Scheda polskiej kultury narodowej czegoś takiego nie zawiera. Myśląc o tym, uzmysłowiłem sobie, że pytający mnie Indus nie mówi po sanskrycku, tj. w języku obu wymienionych epopei, lecz we współczesnym języku hindi. Więc i ja mam prawo wymienić Iliadę i Odyseję. Zrobić to wszakże mogłem tylko jako Europejczyk! W tym momencie zrozumiałem, że jedynie jako Europejczyk mogę na równych prawach prowadzić dialog z Indusem i szukać z nim wspólnych płaszczyzn porozumienia.

Drugie wydarzenie nieco bardziej bezpośrednio odnosi się do problematyki, do której nawiązuję w tym tekście. Otóż w czasie moich studiów w Uniwersytecie Hinduskim w Benaresie poznałem wykładowcę języka niemieckiego, Eberhardta Busera. Indyjska odmienność sprawiła, że my obaj, najbliżsi europejscy sąsiedzi, bardzo bezpośrednio zaczęliśmy odczuwać tę bliskość, prowadząc ze sobą długie rozmowy i dzieląc się reakcjami na to niezwykłe wyzwanie, jakiego nam obu codziennie dostarczała konfrontacja z rzeczywistością indyjską. Gdyśmy razem wędrowali uliczkami Benaresu, dzieci wołały za nami: Angrez! - co znaczy dosłownie: Anglik. W ten sposób ja - Polak - i on - Niemiec – uzmysłowiliśmy sobie, że z perspektywy Indii nie ma Polaka, Niemca czy Anglika, lecz jest ów Angrez, który tam często dla mniej wykształconych znaczy tyle, co Europejczyk. Nie od razu jednak stało się dla mnie jasne, że w oczach Indusa jestem spadkobiercą całej schedy cywilizacyjnej Europy. Uzmysłowiłem to sobie dopiero wtedy, gdy jako reprezentant świata, z którego wzięła początek ekspansja kolonialna, zacząłem wysłuchiwać tyrad przeciw kolonializmowi, i tylko z trudem do świadomości moich rozmówców docierała informacja, że losy Polski w ciągu ostatnich dwustu lat bardziej przypominały losy kolonii niż imperiów kolonialnych. Reasumując: moje azjatyckie doświadczenie kazało mnie, Polakowi, dostrzec swoją europejskość i ją zaakceptować - w całej rozciągłości, także razem z odpowiedzialnością za kolonializm. W końcu Liga Morska i Kolonialna w wystarczająco przekonujący sposób zdradzała nastroje panujące w II Rzeczypospolitej.

Jest jeszcze jeden aspekt mego indyjskiego doświadczenia, który pozostaje w ścisłym związku z problemem wypędzeń. Otóż w 1947 roku powstały na subkontynencie indyjskim dwa niepodległe państwa: Republika Indii i Pakistan. Podział Indii Brytyjskich został okupiony cierpieniem nieprzeliczonej rzeszy ludzi wygnanych ze swych stron rodzinnych. Co takiego się stało, że być może (statystyki są tu bardzo niepewne i tylko przybliżone) aż dwanaście milionów ludzi musiało porzucić miejsca, w których żyli od pokoleń? W trakcie tej morderczej wędrówki, w rzeziach i pogromach, dodatkowo straciło życie przynajmniej pół miliona (choć niektórzy Indusi twierdzą, że być może aż dwa miliony) osób. Powodem nie był bałwochwalczy nacjonalizm czy równie bałwochwalczy internacjonalizm komunistów, jak w Europie, lecz głęboka nieufność elit muzułmańskich wobec elit hinduskich i vice versa. Nieufność ta wyrasta z zupełnie odmiennego w obu wypadkach traktowania państwa. Tożsamość zbiorowa hindusów nie musi być gwarantowana przez państwo, na straży tej tożsamości stoi bowiem kasta. Hindusi określają kastę mianem dźati. To słowo, którego najwłaściwszym europejskim ekwiwalentem jest określenie "naród". Państwo jest potrzebne po to, by strzec poprawności wzajemnych relacji między kastami - tymi swoistymi "narodami" hinduskich Indii. Muzułmanie w Indiach nigdy nie zaakceptowali tego porządku i nie przyjęli statusu kasty - dodać należy - bardzo niskiego, przynależnego "krowożercom". A także nie zrobili nic, żeby zyskać wyższy status, na przykład rezygnując ze spożywania wołowiny. Ponadto islam zakłada, że tożsamość muzułmańskiej ummy musi być gwarantowana przez państwo, które powinno się z nią utożsamiać. Dopóki w Indiach silną ręką rządzili Anglicy, dopóty problem ten pozostawał uśpiony, choć muzułmanie nigdy nie zapomnieli, że to Anglicy zadali ich władzy w Indiach śmiertelny cios. Kiedy więc pojawiła się perspektywa przekazania przez Anglików w systemie demokratycznym - a więc w ręce hinduskiej większości - pierwotnie odebranej muzułmanom władzy, podczas gdy sami muzułmanie nie mogli oczekiwać otrzymania adekwatnych gwarancji respektowania własnych interesów zgodnie z ich przekonaniami, zażądali oni wtedy dla siebie odrębnego państwa. Przemieszanie ludności muzułmańskiej z hinduską jest w Indiach tak wielkie, że nawet po podziale i po morderczym przegonieniu milionów ludzi w obie strony w Indiach do dziś mieszka około 130 milionów muzułmanów. Tak w największym skrócie wygląda „anatomia” indyjskich wypędzeń. Europejczyk nie będzie miał wątpliwości, że za krwawe rezultaty decyzji o podziale Indii - podjętej przecież przez Indusów, a nie przez Anglików, jak się niekiedy sądzi - odpowiedzialny jest charakter tej cywilizacji. To ta cywilizacja nie potrafiła uruchomić w sobie odpowiednich mechanizmów zapobiegających takiemu monstrualnemu nieszczęściu.

Dziś więc nie ma dla mnie również wątpliwości, że tzw. II wojna światowa to rezultat europejskiej słabości i europejskich fobii narodowych i narodowej buty, od której żaden naród europejski nie jest całkiem wolny. Odpowiedzialni za nią są wszyscy Europejczycy, choć w różnym stopniu. Jedni, jak ci Niemcy, którzy oklaskiwali Hitlera i wypełniali z naddatkiem jego rozkazy - bardziej. Inni, tacy jak my, Polacy - mniej, ale także, bośmy się okazali za słabi, by się przeciwstawić Hitlerowi. Przy czym nie chodzi tu jedynie o słabość militarną II Rzeczypospolitej. Wina nasza sięga głębiej w przeszłość i obe-jmuje zmarnowanie dorobku I Rzeczypospolitej, roztrwonienie jej siły i w rezultacie dopuszczenie do rozbiorów. Kto, jak nie polskie ówczesne elity, jest odpowiedzialny za to, że sąsiedzi mogli robić z naszym krajem, co im się żywnie podobało, i w rezultacie zniknęliśmy z mapy Europy na sto lat z okładem? A czy w krótkim okresie II Rzeczypospolitej nie tliły się wśród Polaków sympatie faszystowskie? Dobrze też sobie przypomnieć, że to, iż w Polsce nie było Pétaina, zawdzięczamy przede wszystkim brakowi zainteresowania takim rozwiązaniem Niemców, a nie brakowi chętnych. Choć pocieszam się, że Armia Krajowa wydałaby odpowiedni wyrok na takiego człowieka. Tyle że rozłam wśród Polaków mógł być wtedy ogromny. Nie przymierzając, taki, jak za czasów PRL. Gdyby bowiem hitlerowcy dali nam tyle swobody, co sowieci, na pewno znalazłoby się wielu chętnych do aktywnej z nimi współpracy, również w ich najbardziej ponurych przedsięwzięciach.

A zatem my wszyscy, Europejczycy, musimy się zmierzyć ze schedą naszych wojen, prześladowań i nieprawości, w tym również wypędzeń. Dlatego bliska mi jest idea utworzenia europejskiego centrum, zdecydowanie nie tylko przeciw wypędzeniom. Problem bowiem jest znacznie szerszy. Chodzi o wielki europejski rachunek sumienia. Dyskusja, którą wywołała z iście teutońskim "wdziękiem" Erika Stein-bach, stwarza niepowtarzalną szansę rozpoczęcia takiego rachunku, ale nie w kadencji "twoja wina", lecz w kadencji "moja wina". Jeśli w proponowanym centrum europejskim powstałyby narodowe ekspozycje tego, co złego każdy naród zrobił innym (ekspozycje przygotowane przez każdy naród o sobie samym), wtedy zapewne centrum to odniosłoby wielki sukces w cementowaniu europejskiej tożsamości. Niech Kowalski pokaże, co złego sam zrobił, a Schmidt to, za co on jest odpowiedzialny, i niech każdy z nich ma prawo i obowiązek się wzajemnie zrecenzować.

Niestety, ton aktualnej debacie nadała tępa, roszczeniowa postawa pani Steinbach i środowisk, które ona reprezentuje. To w zrozumiały sposób sprowokowało reakcje ludzi, których zasług dla pojednania polsko-niemieckiego nie można przecenić. Zaczęliśmy się licytować w wyliczaniu, ile to Niemcy są nam winni za II wojnę światową. Obawiam się jednak, że to nas zaprowadzi donikąd. Obudzą się uśpione z takim trudem demony wzajemnych rekryminacji, a Polacy nabiorą przekonania, że Niemcom jednak nie można ufać.

Jedynym wyjściem jest dokonanie wielkiego, europejskiego rachunku sumienia. Temu celowi służyć powinno takie europejskie centrum. Jeżeli Erika Steinbach i środowiska przez nią reprezentowane byłyby skłonne zaakceptować taką zmianę ideologii proponowanego centrum, to nie widzę lepszego miejsca na jego usytuowanie niż Berlin i lepszych jego kustoszy niż owe związki wypędzonych. Nie ulega bowiem wątpliwości, że faszyzm i jego niemiecka mutacja - nazizm, były jednym z dwóch najohydniejszych przejawów wspomnianej europejskiej choroby zniewolenia.

Na frontonie budynku mieszczącego proponowane centrum powinny znaleźć się tylko dwa słowa: EUROPEJCZYCY EUROPEJCZYKOM...

Czas bowiem najwyższy wziąć odpowiedzialność za Europę - całą, nie podzieloną na narodowe komórki. Dziś dla wszystkich jest jasne, że jakość środowiska naturalnego musi być naszą wspólną troską. Zdajemy sobie sprawę, że granica na Odrze i Nysie nie oddziela czystego powietrza polskiego od wywołującego kwaśne deszcze powietrza niemieckiego. Czas także zrozumieć i to, że atmosfery naszej wspólnej przestrzeni cywilizacyjnej nie da się podzielić i powiedzieć: za ten kawałek my odpowiadamy, a za tamten - oni. Jeżeli dochodzi do tego, że w tej przestrzeni ze względu na naszą początkową bierność (vide Chamberlain i Monachium), a potem bezsilność, mogą panoszyć się bandyci pokroju Hitlera czy Stalina, to bez względu na to, jak bardzo dokuczyli oni poszczególnym narodom, wszyscy ponosimy odpowiedzialność cywilizacyjną za takie zjawiska. I nie chodzi tu o rozmywanie odpowiedzialności na poziomie lokalnym. Fakty są znane i stanowczo musimy się domagać szacunku dla prawdy historycznej, ale jednocześnie musimy być świadomi, że w szerszym kontekście, nawet wtedy, gdy jesteśmy uwikłani tylko jako ofiary, stanowimy integralną część zjawiska i wobec przedstawicieli innych cywilizacji musimy za nie przyjąć odpowiedzialność.

Żaden naród europejski, nawet ten najbardziej doświadczony, nie może negować swojego udziału w odpowiedzialności cywilizacyjnej za losy Europy. Dobrym przykładem jest postawienie jednego z "adoptowanych" narodów europejskich, ale pozbawionego państwa, terytorium i nawet wspólnego języka, przed alternatywą: całkowita rezygnacja ze swej odrębności narodowej i doskonałe roztopienie się w rodzimych, europejskich żywiołach narodowych, tak by nawet test DNA nie mógł wykryć jego tożsamości lub - w przeciwnym razie - wyniesienie się z Europy. Chodzi o Żydów, których (nie tak znów nieliczni) obywatele II Rzeczypospolitej radzi byli widzieć na Madagaskarze, a których w rezultacie Europejczycy, z przemożnym udziałem Niemców, zdecydowanie zachęcili do reaktywowania własnego państwa w Izraelu. Teraz wielu Europejczyków ma pretensję, że tym samym przeszkadzają owi Żydzi mieszkającym tam od wieków Arabom. Dobrze byłoby pamiętać również i o tym wypędzeniu, za które cała Europa jest odpowiedzialna.

Drugim, nie mniej obrzydliwym przejawem europejskiej choroby zniewolenia był sowiecki komunizm. Prawie na pewno statystyka wypędzeń i nieprawości systemu sowieckiego, jeśli nie przewyższa, to dorównuje dokonaniom niemieckiego nazizmu. Wiedzą to oprócz Polaków Bałtowie, Białorusini, Ukraińcy, Tatarzy i nie tylko ostatnio Czeczeńcy, a także sami Rosjanie. Dlatego drugie, bliźniacze centrum europejskiego rachunku sumienia powinnno powstać kiedyś w Moskwie, o ile kiedykolwiek stać będzie Rosjan na przeprowadzenie podobnej samooceny, jakiej na naszych oczach, w trudnej dyskusji, dokonują Niemcy.

Tekst wykładu wygłoszonego z okazji inauguracji międzynarodowego programu stypendialnego koordynowanego przez Wschodnią Szkołę Letnią Uniwersytetu Warszawskiego.

MARIA KRZYSZTOF BYRSKI, prof. dr hab., indolog, pracuje w Instytucie Orientalistycznym UW. W latach 1993-1996 był ambasadorem RP w Indiach. Przetłumaczył z sanskrytu Manusmryti ("Traktat o zacności") i Kamasutrę ("Traktat o miłowaniu").

 

 

POCZĄTEK STRONY

Szukaj na stronach Wydawnictwa ZNAK


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


SIW ZNAK

E-Mail

Redakcja

Archiwum

Wydarzenia

Prenumerata

Aktualny numer

Bibliografia

© Copyright by Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK
Strona wykonana przez Akrateia Inc.